wtorek, 7 stycznia 2020 14:21

Disco polo a stan polskiej demokracji

Autor Mirosław Haładyj
Disco polo a stan polskiej demokracji

Po niedawnym Sylwestrze powróciła (przynajmniej na chwilę) do głównego nurtu medialnego dyskusja na temat gustu muzycznego Polaków. Jak zwykle, bowiem do podobnych dywagacji dochodzi za każdym razem, kiedy TVP zgarnia największa liczbę widzów. Słupki oglądalności sprawiły, że publicyści zaczęli utyskiwać na poziom muzyczny imprezy zorganizowanej w Zakopanem pod nazwą „Sylwester Marzeń z Dwójka”.

Larum podniesione przez autorytety, które z wielką troską wypowiadały się na temat stanu polskiej kultury, jest cokolwiek dziwne i w skali globu z pewnością musi uchodzić za coś osobliwego. Nie spotkałem się jeszcze z informacją, aby w jakimś innym kraju toczyły się podobne dyskusje w podobnym, tj. posylwestrowym, czasie. Wypływająca z tej racji polska wyjątkowość jakoś niespecjalnie dowartościowuje. Wręcz przeciwnie, każe się raczej zastanowić, dlaczego, podczas gdy pozostała część świata leczy skutki uderzeń szampańskich bąbelków do głowy, w Polsce biorą się za łby disco polo i tzw. kultura wyższa. Choć może cała ta (pseudo)afera to właśnie skutek tego, że wspomniane bąbelki nie zdąży jeszcze z głów wyparować? Może to one odpowiadają za to, że wieść o 8 mln widzów zgromadzonych przed ekranami telewizorów telewizji publicznej, działa na co poniektórych, jak przysłowiowa płachta na byka?

Za całą sprawą stoi nie tylko stara, (nie)dobra pycha i zazdrość. Ciężko jest przyznać się do błędu, a jeszcze ciężej pogratulować wrogowi, zwłaszcza politycznemu, wygranej walki. Tak, drodzy państwo, dobrze przeczytaliście. Cała ta afera jest bowiem stricte polityczna i kiep ten, kto dał się przekonać, że jest inaczej. 8 mln przed ekranem jest bowiem liczbą, której prezesowi Kurskiemu nie można odebrać. I w porównaniu do innych mediów telewizyjnych, zarządzana przez niego TVP nie miała w tym dniu (a raczej tej nocy) nikogo, kto godnie mógłby stawać z nią w szranki. To, zresztą, jak już chyba wszystko w Polsce, oczywiście musiało przenieść się na grunt polityczny. Zapewne dlatego wśród przegranych, niestety, nie znalazł się nikt na tyle dorosły, żeby powiedzieć: „Gratulacje”. Zamiast tego zaserwowano nam różnego rodzaju dywagacje, w których w wątpliwość poddano misję statutową TVP (całkiem słusznie), a na głównego sprawcą całego zamieszania wskazywano zły gust muzyczny Polaków (co jest słabe). Jako przyczynę owego fonicznego zepsucia podano nasze małe lub żadne obycie kulturalne, co sprowadzone zostało do prostego równania: w Sylwestra „chamy” słuchają disco polo, zaś „pany” arii operowych. To delikatne (ale niestety jedynie delikatne) przerysowanie naszych wewnętrznych dyskusji sprawia, że cała ta sytuacja, jeżeli chcieć potraktować ją na poważnie i na chłodno rozważyć, staje się co najmniej paranoiczna. Dochodzimy bowiem do punktu w którym wszystko, ale to absolutnie wszystko, zaczyna nabierać wymiaru politycznego. I paranoją trzeba nazwać to, że rodzaj muzyki, przy której bawimy się podczas najbardziej karnawałowej nocy, ukazywany jest jako problem polskiej racji stanu.

Z przytoczonego powyższej równania wyprowadzić można też prostą konstatację, że oto pod sceną na Równi Krupowej bawili się tylko i wyłącznie wyborcy PiS natomiast w Warszawie wyborcy partii opozycyjnych. To twierdzenie, cokolwiek ryzykowne, forsowali tzw. "ludzie kultury", którym przez głowę (i gardło) nie może przejść myśl, że rytmiczne i melodyczne, w więc nieskomplikowane dźwięki, idealnie nadają się do tańca i przyciągają na parkiet osoby o rożnych politycznych poglądach. Zwłaszcza w taką noc jak sylwestrowa. Ponadto oznaczałoby to, że pomimo trawiących nas różnic potrafimy jeszcze spotkać się i wspólnie poświętować. A taka idea jest dla niektórych najwidoczniej cokolwiek szkodliwa.

Przy tej "sylwestrowej" okazji pojawia się także kilka innych kwestii, które warto poruszyć. Po pierwsze, porównując artystów telewizji publicznej i stacji prywatnych trudno było dopatrzyć się znaczących różnic. Nie mniej tylko TVP oberwało się za disco polo. Widać kilka mądrych głów zapominało, że Polsat również posiadał wśród swoich gwiazd wykonawców z tego gatunku. Po drugie, wypada zapytać w czym polska odmiana muzyki dance różni się od tego, co słyszymy na co dzień w radiu lub telewizji? I dlaczego z tej racji codziennie nie słychać podobnych utyskiwań na żenadę zalewającą nasze uszy? Po trzecie, choć wcale nie ostatnie – dlaczego, skoro od kilku lat jest tak wielkie zgorszenie poziomem artystycznym Sylwestra w publicznej telewizji, najbardziej opozycyjna stacja TV nie zdecydowała się zorganizować zabawy z towarzyszeniem orkiestry filharmonicznej przygrywającej do menueta, walca angielskiego, czy innego contredansa, tak aby pokazać, jak powinna wyglądać impreza z klasą, gustem i smakiem?

Dywagacji snuć można wiele. Na koniec jednak, już zupełnie serio, wypada zapytać, czy demokracja, to dla jej obrońców rzeczywiście najlepszy z możliwych ustrojów, skoro okazuje się, że nie sposób pogodzić się z tym, że większość zadecydowała o tym, kto ma nią rządzi i o tym, czego chce słuchać. Jeżeli obywatele tak samo źle decydują przy urnie, jak przy wyborze muzyki na Sylwestra, to chyba wreszcie nadeszła pora, żeby zrzucić maskę obrońców "głosu ludu" i zacząć jawnie opowiedzieć się za postokragłostołową elitarną oligarchią.

Fot.: PSP Zakopane

Styl Życia - najnowsze informacje