wtorek, 26 luty 2019 12:09

Pamiętamy o żołnierzach niezłomnych (2): Stanisław Szuro

Kapitan Stanisław Szuro, lat 95, urodzony 20.10. 1920 r. w Krakowie, jako syn Anny i Jana, urzędnika bankowego. Miał młodszego brat Tomasza. Absolwent Gimnazjum im. B. Nowodworskiego. Uczestnik kampanii wrześniowej, żołnierz Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) i Armii Krajowej (AK), ps. Kruk, Zamorski, więzień niemieckich więzień i obozów koncentracyjnych (Montelupich, obozu w Pustkowie, KL Sachsenhausen-Oranienburg, KL Bergen-Belsen).

Do Polski powrócił w czerwcu 1945 r. W konspiracji żołnierz dywersji w Lidze Walki z Bolszewizmem (LWB), aresztowany w listopadzie 1946 r. 3. 02. 1947 r. skazany na karę śmierci, na mocy amnestii, z 14. 02. 1947 r., wyrok złagodzono na 15 lat więzienia. Karę odbywał w więzieniach: w Krakowie przy ul. Motelupich, Rawiczu i Wronkach od 20. 06. 1947 r. do 22. 08. 1955 r., Strzelcach Opolskich, po 10 latach otrzymał warunkowe zwolnienie. Ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był żonaty z wieliczanką Danutą Gelles, ojciec dwóch synów: Stanisława i Jana. Nauczyciel historii w Niższym Seminarium Duchownym OO. Franciszkanów w Wieliczce w latach 1973 – 1997, w 1989 r. organizator i pierwszy prezes Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego (ZWOS) RP w Krakowie. Zrehabilitowany w 1994 r.

 Pan Stanisław w 1939 r., gdy wybuchła II wojna światowa był po maturze w I Gimnazjum im. B. Nowodoworskiego w Krakowie. Jako junak służył w batalionie koło Augustowa, w pobliżu granicy z III Rzeszą. Brał udział w kampanii wrześniowej a po klęsce był internowany w obozie w Birsztanach na Litwie. Z obozu przedostał się do Lwowa, a stąd przez zieloną granicę do Krakowa, gdzie przybył 5 grudnia. 6. 01. 1940 r. wstąpił do działającego w konspiracji ZWZ, w lutym 1942 r. przekształconego w AK. Aresztowany przez Niemców został osadzony w krakowskim więzieniu przy ul. Montelupich. Jesienią 1942 r. przewieziono go do obozu w Pustkowie, gdzie przebywał do jego likwidacji, skąd w czerwcu 1944 r. został przewieziony do obozu koncentracyjnego na terenie Niemiec w Sachsenhausen-Oranienburg. Od stycznia 1945 r był więźniem KL Bergen-Belsen. Po zakończeniu wojny wrócił do Polski, do Krakowa w czerwcu 1945 r. Nie mógł się pogodzić ze zmianą ustroju w kraju, bo z Niemcami walczył o Polskę wolną i demokratyczną. Wstąpił do nielegalnej organizacji antykomunistycznej - Ligi Walki z Bolszewizmem (LWB), w skład której wchodzili studenci krakowskich uczelni. Organizacja ta działała od początku 1946 do marca 1947 r. w Krakowie, powiecie chrzanowskim i była powiązana z Narodową Organizacją Wojskową i Stronnictwem Narodowym. (LWB była rozpracowywana przez Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych do 1985 r.)      

W 2010 r. Stanisław Szuro na 152 spotkaniu „Wieliczka-Wieliczanie“ wspominał,: ”Proszę Państwa, kiedy przyszło to tzw. wyzwolenie, to razem z nim przyszedł nowy terror. Nikt z nas, kto czuł się Polakiem, nie udawał, że Polska już powstała. Najbardziej łagodnie mówiło się, że to jest Królestwo Polskie tylko bez Konstantego. Oczywiście zaczęły się rozwijać ruchy oporu, które wywołały aresztowania i odpowiednie represje, które można podzielić na kilka faz. Pierwsza faza była wtedy, kiedy sowieci wkroczyli na nasze tereny wschodnie i zatrzymali się na linii Wisły. Kto wtedy wpadł, no to, niestety, bardzo często po przejściu miejscowego śledztwa jechał w transporcie na zesłanie do ZSRR. Tam widział jeszcze tych, co pojechali w 1939 r., a mieli dopiero niektórzy z nich wrócić. I to była fatalna zsyłka, bo ten kogo wywieźli w czasie wojny, to liczył, że wróci, jak się wojna skończy, ale tego, kogo wywieźli po wojnie, to liczył, że wróci, jak wybuchnie III wojna światowa. Więc można było długo oczekiwać na powrót. Faktycznie zaczęli wracać po śmierci Stalina. A ilu nie wróciło? To już wie tylko Pan Bóg. Następna faza zaczęła się, gdy sowieci w 1944, 45 r. opanowali ziemie polskie. Wtedy było mnóstwa aresztowań, ale aresztowanych nie wywozili na Wschód. Ludzie byli więzieni w rożnych więzieniach na terenie Polski, przechodzili wymyślane katusze w Urzędzie Bezpieczeństwa (UB)….“

(…) Byłem aresztowany jesienią 1946 r. Trafiłem do więzienia, bo byłem w grupie dywersyjnej, która miała zabójczy kryptonim LWB - Liga Walki z Bolszewizmem. Mieliśmy akcje z bronią w ręku i tzw. akcję mokrą, czyli ktoś tam żył za długo i przez nasze działanie przestał żyć. Niestety, mieliśmy między sobą zdrajcę, wtyczkę ubowską. To był wtedy los wszystkich prawie organizacji. W pewnym momencie zapukali, podali hasło, otworzyłem drzwi, weszli. Miałem parę pistoletów przed sobą. Mój był daleko. Mogłem być martwym bohaterem, ale wolałem być żywym więźniem, bo liczyłem na okazję. Przyszła, niestety, dopiero po 10.ciu latach. Wyszedłem z więzienia w lipcu 1956 r.

 (...) Na naszym procesie w dniu 3. 02. 1947 r. w Krakowie, zapadł wyrok, kara śmierci, przy czym głównym punktem oskarżenia było wykonanie wyroku na szpiclu ubowskim. Prokurator Ligęza, wtedy porucznik, domagał się dziewięciu wyroków śmierci. Sąd, któremu przewodniczył krwawy Julek, czyli słynny Polan Haraschin, był bardziej wyrozumiały, dał tylko siedem wyroków. Sąd był w trybie dorażnym tzn., że do dwóch tygodni wyrok powinien być wykonany. Nie mieliśmy prawa do apelacji, tylko można było odwołać się do łaski prezydenta Bolesława Bieruta. Taką prośbę wysłali nasi adwokaci. Ale prezydent ułaskawił tylko jednego – mnie nie. W dziesiątym i jedenastym dniu po wyroku przyszedł naczelnik więzienia i oznajmił nam, że ponieważ w toku jest ustawa amnestyjna, wykonanie wyroku zostało zawieszone. Amnestia, którą oficjalnie podpisałem dopiero w więzieniu w Rawiczu, zmieniła nam karę śmierci na 15 lat więzienia, a po 10 latach otrzymałem warunkowe zwolnienie.”

 (…) Jeśli, ktoś mówi, że w więzieniach polskich była sielanka, to bardzo się myli. Więzienia wyglądały różnie, ale miały kilka wspólnych cech, m. in. w porównaniu z tym, do jakich celów były przeznaczone, kiedyś były piekielnie zatłoczone. W więzieniu przy ul. Montelupich w Krakowie spało się na podłodze, cele były tak zatłoczone, że nie było mowy umieścić więźniów na pryczach i siennikach. W malej celi mieściło się 6 – 8 ludzi. Wyposażenie jej stanowił stół, ława podpinana i sienniki. Do spania na drzewie można było szybko przyzwyczaić się. Początkowo bolą kości w stawach biodrowych, ale to mija. Gorzej było w Rawiczu i we Wronkach. Tam podłogi były z betonu i spało się na niby siennikach. Były to worki od czasu do czasu wypełnione mokrą słomą. Ta słoma ruszała się, po wysuszeniu naszymi ciałami i wtedy siennik przypominał worek sieczki. W celi były trzy takie sienniki. Rozkładano je na podłodze tak, żeby przynajmniej głowa i tułów były tylko jako tako zabezpieczone, a nogi wystawały na beton. Gdy cela była bardzie zatłoczona, to trzeba było odwracać się na komendę, raz na lewy raz na prawy bok. Do potrzeb fizjologicznych służyła beczka, niczym nie osłonięta, wynoszona dwa razy na dobę, rano i wieczór, co zmuszało uwięzionych do regulowania pewnych czynności. Do mycia była miednica i dostarczana co rano pewna ilość wody. Nie było mowy o porządnym umyciu się, czy przepraniu czegoś. Jedzenie ohydne, jednostajne i bez witamin. We Wronkach całymi latami podawano nam kaszę, urozmaiconą gnijącym dorszem. Mam wstręt do kaszy na całe życie. Jak podano grochówkę, to był rarytas. Własny kącik w nim mieć swoje łóżko wydawało się snem. Podstawową troską więźniów było wypełnienie czasu. Najgorzej, gdy w celi był kapuś, bo wtedy trzeba było liczyć się z każdym słowem. Najgorsi byli tacy kapusie, którzy władzom więziennym donosili różne zmyślone historie. Szczęście, że po jakimś czasie wszyscy ci panowie byli nam dobrze znani, a ich głupota była często bezdenna. M. in. siedzący kiedyś w Rawiczu pułkownik Borzobohaty, wiedząc, że ma kapusia w celi, ostentacyjnie powiedział, że do tej pory ma przymocowany pistolet, siódemkę, tylko brakuje mu naboi. Kapuś to doniósł. W taką bajkę, już nawet spec nie uwierzył i wchodząc do celi głośno zapytał: „No Borzobohaty, gdzie macie tę siódemkę?” A ten mówi: „Ale Pan ma idiotów informatorów”. No to spec rozłożył ręce, powiedział: „No słuchajcie, jak wy nie chcecie z nami współpracować, to musimy brać takich, co chcą”. Powiedział prawdę, więc przy tych trzeba było uważać, a nawet, jak nie było uszatego, jak się dobrała taka cela, gdzie właściwie nikt nie miał, o czym z drugim gadać, to też była makabra. Czasem wśród takich półanalfabetów dochodziło do scysji, nawet awantur na zasadzie teorii samorództwa, o to potrafili się bić niektórzy. Teoria polega na tym, przepraszam muszę użyć trochę brzydkich słów, ale bez tego nie da się powiedzieć, jak się za przeproszeniem nasiusia do wiór, będą pchły czy nie będą? Albo czy jak się coś wytrze tłustym papierem, będą z tego wszy, czy nie będą? Oto się bili. Popularne było opowiadanie powieści różnego typu, przeczytanych, zmyślonych. Kto miał takie zdolności, to był bardzo popularny w więzieniu. Za przewinienia więźnia czekała pojedyncza cela. Będąc w odosobnieniu, ludzie załamywali się psychicznie, sami do siebie mówili, czasem udawali wariatów. Zaczęło się dopiero zmieniać po śmierci Stalina w 1953 r. Tak się złożyło, że w celi, w której wtedy siedziałem, była wyjątkowo równa atmosfera, a obok w celi był więzień - inżynier, którego często brano do pracy, bo był potrzebny. Wtedy miał dostęp do gazet. Jak nigdy nie stosowano alfabetu Morsa, bo za dużo było kapusiów, to wtedy wieczór nadano nam Morsem: „5. 03. 1953 r. Stalin nie żyje”, och jaka była radość!. Przez trzy dni nie wypuszczono nas z celi na spacer. Potem powiedziano baczność, to wiedzieliśmy, że wielkiego wodza chowają. Wreszcie pierwszy spacer. Wtedy od celi do celi nikt się z niczym nie liczył i krzyczał: „Stalin zdech, Stalin zdech”, och jaka to była radość!. Zaczęło się zmieniać na lepsze. Przychodzili strażnicy, taki jeden dziadek, postać humorystyczna, „Jak ktoś przyjdzie z nas, to nie musicie krzyczeć: Baczność!, chcecie to możecie, ale nie musicie. Jak staniesz na korytarzu, to nie twarzą do ściany.” Były to drobne rzeczy, ale dla nas bardzo ważne. W więzieniach do końca 1950 r. można było dostawać z domu paczki, chociaż ograniczone co do ilości i jakości. Przynoszono też gazety, a nawet książki z biblioteki więziennej. Po 1950 r. wszystko się zmieniło. Zniknęły książki i gazety, zamiast paczek można było robić tzw. wypiskę, na którą przez prawie trzy lata był tylko chleb i rzeczy niejadalne. Dopiero w 1953 r. wypiska nabrała wartości. Gdy np. dostałem cebulę zjadłem ją z wielkim apetytem. Przekonałem się, że jak organizm czegoś potrzebuje, to nie reaguje na smak, zapach. Po bólu, nieludzkim wysiłku, najgorsza jest nuda. Wreszcie zaczęto nas brać do pracy, co w więzieniu było ogromnym przywilejem. M.in. zacząłem pracować w pralni, a potem zaczęli nas wywozić do ośrodków pracy. To już było pół wolności. Ja swoją karierę więźnia skończyłem w kamieniołomach w Strzelcach Opolskich. Niektórzy lądowali w kopalniach. Różnie było w tych ośrodkach, w niektórych był głód, w innych nie, to już zależało od tego, gdzie się trafiło, ale zawsze już była swoboda ruchu. Wreszcie przyszedł rok 1956. Wtedy zaczęły się masowo tzw. warunkowe zwalniania. Na wszystkich tych, którzy nie podlegli amnestii, przychodziły tzw. warunkowe zwolnienia i wtedy człowiek wychodził i mówił sobie: Adijos.”

Stanisław Szuro po wyjściu z więzienia ukończył historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Inwigilowany przez UB miał kłopoty z zatrudnieniem. Pracował w bursach akademickich i szkołach średnich, m.in. w LO Zakonu Pijarów w Krakowie i Niższym Seminarium Ojców Franciszkanów w Wieliczce. Po przemianach ustrojowych w 1989 r. był jednym z organizatorów i pierwszym prezesem Oddziału Krakowskiego Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego. 22. 02. 1994 r. został zrehabilitowany. W 2008 r. był odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Aktualnie jest członkiem ZWPOS w Krakowie. Zawsze towarzyszą mu trzy najważniejsze słowa: „BÓG – HONOR - OJCZYZNA”, z którymi idzie przez życie..

 Obecnie uczestniczy w obchodach świąt narodowych 3 maja i 11 listopada, 1 marca w Narodowym Dniu Żołnierzy Wyklętych, w spotkaniach w Muzeum Armii Krajowej w Krakowie, w instytucjach kultury, szkołach Krakowa i Wieliczki. Wygłasza na nich prelekcje na różne tematy historyczne, głównie o powstaniach narodowych w XIX i wojnach w XX w. Jest częstym goœciem w Wieliczce, gdzie odwiedza syna Jana i jego rodzinê oraz uczestniczy w wydarzeniach patriotycznych, w spotkaniach z cyklu „Wieliczka-Wieliczanie”, w wielickiej bibliotece i w szkołach w spotkach z cyklu "Mnie Ta Ziemia od innych droższa". Był prelegentem w 1999 r. wraz z synem Stanisławem na 23 spotkaniu wygłaszając prelekcję na temat Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w okresie międzywojennym w Małopolsce i prezentując książkę swojego autorstwa „Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” w Małopolsce zarys dziejów”. Jako pierwszy prezes Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego (ZWOS) RP w Krakowie uczestniczył w 2010 r. 152 spotkaniu "Wieliczka-Wieliczanie" z prelekcją pt. „Martyrologia Polaków w latach 1944-1956”. Jego prelekcja została zawarta przez Jadwigę Dudę w zeszycie 97 „Biblioteczki Wielickiej". Informacje o nim i o jego zaangażowaniu w edukację wielickiej młodzieży znajdujemy również w zeszycie 152 "Biblioteczki. Wielickiej" S. Szuro jest współautorem i redaktorem książki „Przetrwaliśmy piekło zgotowane przez KOMUNĘ”, wydanej (ZWOS) RP w Krakowie, która znajduje się w zbiorach wielickiej biblioteki.

 

 W latach 2010-2015 w ramach organizowanych przez piszącą te słowa spotkań z cyklu „Mnie Ta Ziemia od innych droższa” Stanisław Szuro spotykał się społecznie blisko 50 razy z nauczycielami i uczniami wielickich szkół: Zespołu Szkół Zawodowych dziś PCKZiU, Liceum Ogólnokształcącego im. J. Matejki, Prywatnego LO OO. Franciszkanów, Gimnazjum, Szkół Podstawowych nr 2 i 3 wygłaszał prelekcję min. na temat: „Epizody Powstania Styczniowego”, “Droga Polaków do niepodległości”, ”Powstanie i rozwój faszyzmu w Europie”, “Agresja Niemiec hitlerowskich na Polske we wrześniu 1939 r.”, “W walce o wolną Polskę w latach 1945-1956” “Stawialiśmy opór komunie w latach 1944-1956”, “Aresztowanie przywodców Polskiego Państwa Podziemnego w 1945 r.”, “Więźniowie polityczni okresu stalionwskiego skazani na karę śmierci w latach 1945 – 1956”, “Dlaczego zostałem skazany na karę smierci w 1947 r.?”, “Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych”, “W 75 rocznicę wybuchu II wojny światowej (1939-2014)”a po nich odpowiadał na pytania w sposób barwny i trafiający do wyobraźni uczniów. Recytował wiersze i śpiewał piosenki więzienne. Mimo grozy tamtych dni zachował w pamięci również sytuacje humorystyczne, którymi się dzielił, wywołując śmiech wśród zebranych.

 Panu Stanisławowi w 1998 r. zmarła żona, spoczywa na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Po synach Stanisławie i Janie ma pięć wnucząt i czworo prawnucząt. 20. 05. b.r. przybył do Wieliczki na otwarcie wystawy pt. „Niech polska ziemia utuli ich do spokojnego snu”. Ekshumacje i identyfikacje ofiar terroru komunistycznego” zorganizowanej przez IPN na Placu Prof. Mieczysława Skulimowskiego – dotarł już po uroczystym otwarciu ponieważ złamał mały palec u lewej ręki i musiał odwiedzić pogotowie. 17 sierpnia b.r. uczestniczył pogrzebie dr Dionizego Smyka, żołnierza BCh, przewodniczącego Małopolskiej Rady Kombatantów i Osób Represjonowanych w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Jadwiga Duda

Piotr Sosin

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.