niedziela, 19 maj 2019 12:00

Chrzanów, Trzebinia: W czasie bombardowania rafinerii uratował go rower

Na zdjęciu: Jan Maciejczyk Na zdjęciu: Jan Maciejczyk

24 stycznia 1945 roku nastąpiło wyzwolenie Chrzanowa. Wraz z wkroczeniem wojsk II Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej zakończyła się okupacja. Czytamy dużo publikacji na ten temat, jednak po tylu latach od zakończenia II wojny światowej, są jeszcze historyczne wydarzenia, które rozegrały się na ziemi chrzanowskiej, a o których nie można nigdzie przeczytać.

Na granicy Pagórów Chrzanowskich i Kotliny Chrzanowskiej, na terenie Osiedla Kąty znajduje się wzgórze Wójtowa Góra, o wysokości 315,8 m n.p.m. To właśnie na szczycie Wójtowej Góry podczas okupacji Niemcy rozstawili działa przeciwlotnicze typu „Flak”. Z opowiadań naocznych świadków, którzy w tym czasie byli dziećmi, wiem, że pod wzgórzem były duże połacie pól, a na nich rosła dorodna trawa. Tam dzieci wypasały bydło. Gdy Niemcy z dział strzelali do samolotów swoich przeciwników, dzieci nie uciekały. Chociaż rodzice przestrzegali, aby podczas nalotów chowały się, te z uwagą patrzyły, jak pociski rozrywają się w powietrzu.

Jednym z chłopców, którzy obserwowali te zdarzenia, był pan Jan Maciejczyk, od pokoleń związany z Osiedlem Kąty w Chrzanowie.

7 sierpnia 1944 roku, w południe, nad Kątami pojawiły się samoloty. Były to samoloty w kolorze srebrzystym 8. Armii Powietrznej Stanów Zjednoczonych, które leciały w kierunku Trzebini (jak się później okazało, ich celem było zbombardowanie trzebińskiej rafinerii). Niemcy zaczęli strzelać do nich ze swoich dział, lecz pociski nie były w stanie ich dosięgnąć.

Dzieci wypasały w tym czasie bydło, a pan Jan swoje kozy. Jego ojciec był murarzem i pracował właśnie w rafinerii. Pan Jan Maciejczyk relacjonuje, co on i jego rodzina przeżywali w tym dniu:

„[...] W południe poszliśmy narwać trawy i usłyszeliśmy alarm. Położyliśmy się z bratem pod miedzą i czekaliśmy, co będzie. Nadleciały samoloty, były srebrzyste. Zaczęły się wybuchy. Odłamki tylko gwizdały. Cały czas leżeliśmy. Gdy wszystko ucichło, wróciliśmy do domu.

W tym czasie ojciec pracował w rafinerii w Trzebini. Był murarzem i w tym dniu również był w pracy.

Gdy przyszliśmy do domu, nad Kątami pojawiły się ogromne dymy. Z dymami leciały mokre sadze, które przypominały czarny deszcz, gdyż opadały na ziemie. My, jak co dzień, czekaliśmy na powrót ojca. Czas jego powrotu już dawno minął, a jego nie było widać. Obecną ulicą Śląską jeździło mnóstwo sanitarek w kierunku Jaworzna i z powrotem. Wyszliśmy z domu i z bratem udaliśmy się w stronę pól, gdzie z daleka widzieliśmy szyb „Aleksander”, Trzebinię. Często tam przychodziliśmy i czekaliśmy na tatę, ale w tym dniu nie mogliśmy opanować lęku, stresu, łez... Chociaż byliśmy dziećmi, to widząc, co dzieje się wokół nas, zdawaliśmy sobie sprawę, co mogło się stać.

Utkwionym w stronę dymiącej rafinerii, zapłakanym wzrokiem, w pewnym momencie zobaczyliśmy postać, prowadzącą rower. Postać zbliżała się do nas. Wspólnie z bratem zaczęliśmy krzyczeć „Tata! Tata! Tatuś!” Czuliśmy wtedy coś takiego, że słowami nie da się tego opisać. Ojciec wrócił, przyszliśmy do domu i nie wiedzieliśmy, jak go ze szczęścia witać.

Gdy trochę ochłonęliśmy, ojciec opowiedział, co się działo. Mówił, że ludzie palili się, uciekali jak płonące pochodnie. Benzyna płynęła ulicami, rowami. Gdy w to miejsce uderzyła bomba, to widok był straszny. Temperatura była tak duża, że parzyło na odległość 100 metrów. Zbiorniki wybuchały jeden po drugim. Ojciec miał szczęście od Boga. Miał rower i on go uratował. Siadł na niego i tyle, ile miał sił, pedałował, uciekając przed ogniem.

Ojciec pojechał na drugi dzień do pracy, jednak nie było już do kogo i do czego wracać. [...]”

Wspomnienia tamtych dni ogromnie wzruszyły pana Jana. W jego oczach pojawiły się łzy. Podobne wzruszenie ogarnęło wszystkich słuchaczy, rodzinę i mnie.

To tylko jedno z wydarzeń z czasów dzieciństwa pana Jana, które mi opowiedział. Wszystkie, podobnie jak to, są emocjonalne, wzruszające i z pewnością warte opublikowania.

Bardzo dziękuję panu Janowi, że podzielił się swoimi, tak osobistymi przeżyciami. Są to niezwykle cenne historyczne informacje, które jednocześnie uczą pokory i szacunku.

Roman Madejski