niedziela, 16 czerwiec 2019 12:00

Chrzanów: Śmierć za dwa kamienie. Historia we wspomnieniach

Zdjęcie rodzinne pana Jana Maciejczyka – mama, tata, starszy brat i pan Jan (najmłodszy). Gdyby podczas rewizji żarna zostały znalezione, mogłoby to być ostatnie zdjęcie rodziny pana Maciejczyka... Zdjęcie rodzinne pana Jana Maciejczyka – mama, tata, starszy brat i pan Jan (najmłodszy). Gdyby podczas rewizji żarna zostały znalezione, mogłoby to być ostatnie zdjęcie rodziny pana Maciejczyka...

W czasie okupacji niemieckiej w latach 1939–1945 wieś bardzo ucierpiała. Zastosowano przymusowy przemiał zboża w młynach, za pobierane odsypy w naturze. Prywatne żarna (obrotowe urządzenie składające się z dwóch kamieni, które służyło do mielenia zboża) do przemiału na własny użytek likwidowano bezwzględnie. Za ich posiadanie Polaków karano śmiercią, wysyłką do obozu koncentracyjnego lub do łagru.

Opisując dalsze wspomnienia z lat dzieciństwa pana Jana Maciejczyka, mieszkańca Osiedla Kąty w Chrzanowie, które przypadają na okres okupacji niemieckiej, muszę wspomnieć o donosicielstwie. Donosiciel mógł zniszczyć życie drugiego człowieka z czystej, okrutnej złośliwości, nie otrzymując w zamian ani wynagrodzenia, ani zapewnionego bezpieczeństwa. Donosiciele byli i za czasów II wojny światowej, i za komuny, są i dziś. Wielu znamy, ale udajemy, że tego nie widzimy. Najlepiej omijać ich z daleka.

Pan Jan Maciejczyk wspomina:

„Mieliśmy żarna. Zboże mieliliśmy nocami po kryjomu. Była bieda, zboża nie było dużo, ale zawsze trochę mąki się przydało. Mama upiekła chleb. Wtedy nie miałem jeszcze takiej świadomości jak dzisiaj. Dziś, jedząc kromkę chleba upieczonego przez mamę zdawałbym sobie z tego sprawę, że może być ona ostatnią kromką w moim życiu.

Wśród sąsiadów był donosiciel. Doniósł na nas do Niemców, więc przyszli na rewizję. Mój ojciec jako murarz dorabiał w magistracie, dzisiejszym urzędzie miasta w Chrzanowie. Zajmował się drobnymi robotami murarskimi. Jeden z Niemców, którzy weszli do naszego domu na rewizję, poznał mojego ojca, znał go właśnie z pracy w magistracie.

Czy było to kolejne przeznaczenie w naszych rodzinnych dziejach? Z perspektywy czasu wiem, że tak.

Zaczęła się rewizja, trwała długo. Ja z bratem byliśmy bardzo wystraszeni, chociaż nie zdawaliśmy sobie sprawy z powagi sytuacji. Mieliśmy ukryte żarna.

Dziadek wybudował piwnicę, a raczej taką małą przybudówkę przy stajni. Zrobił drzwi. Wejście było bardzo małe, ale widoczne. Mocno trzeba było się schylić, aby tam wejść. To właśnie tam mieliśmy żarna. Za ich posiadanie groziła śmierć lub wywózka całej rodziny do obozu w Oświęcimiu. Owszem, było ryzyko, ale był głód, rodzice robili więc wszystko, aby nas wyżywić. Tak samo było również w innych rodzinach.

Mieliśmy dużą okrągłą balię, w której kąpaliśmy się i w której mama robiła też pranie. Drzwi do przybudówki znajdowały się w rogu izby. Nie przypuszczając, że będzie rewizja, ojciec balię postawił właśnie w tym rogu. Szczęśliwie balia zakryła drzwi i Niemcy nie zauważyli ich podczas rewizji, zatem żaren nie znaleźli.

Zastanawiam się, co mogli przeżywać wtedy moi rodzice? Po rewizji emocje opadły na kilka chwil. Przy naszym domu stanęła osoba (donosiciel), krzycząc do Niemców: „[...] Panowie szukajcie dalej, te żarna tam są schowane [...]”. Nie zapomnę tego nigdy. Niemiec, który przeprowadzał rewizję, podszedł do ojca i powiedział głośno, że nic nie znaleziono - tak głośno, aby słyszała to ta osoba (donosiciel). Myślę, że gdyby rewizja była bardziej szczegółowa, gdyby Niemiec nie znał ojca chociaż z widzenia, to dziś bym tego nie opowiadał.

Dorastając, często widziałem tę osobę (donosiciela). Z roku na rok coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, co ta osoba zrobiła. Czy zemsta byłaby rozwiązaniem? Uważam, że nie. Lepiej podziękować Panu Bogu, że czuwał nad nami, niż przez całe życie nosić w sobie myśl o zemście. Do końca życia nie ujawnię nazwiska tej osoby, która doniosła na moją rodzinę.”

Roman Madejski