czwartek, 01 sierpień 2019 15:03

Historia pewnego zegara. Rozdział V. Odcinek 23

W tym pomieszczeniu było tak ciasno, że po ustawieniu szaf, biurek i krzeseł przechodząc musieliśmy się ocierać o siebie. Były to najgorsze warunki do pracy jakie miałem aż do odejścia na emeryturę. W Donosach mieliśmy chociaż kącik czystości i ubikację na polu, a tu i tego nie było.

W budynku nie było wodociągu, a zatem nie było wody bieżącej, natomiast było centralne ogrzewanie, które było podłączone z kotłowni Cukrowni Łubna, która pracowała po przeciwnej stronie ulicy. Z toalety korzystaliśmy w budynku Komitetu Powiatowego PZPR, który był usytuowany w pobliżu. Od drzwi naszego budynku do drzwi budynku komitetu było około 40 m. Po każdą szklankę wody, po każde umycie rąk, nie mówiąc już o cięższych przypadkach, musieliśmy chodzić do sąsiadów. Ale co było robić, takie były czasy, w takich żyli wszyscy i z tym musieliśmy się zgodzić.

Przy tym temacie opowiem jeden przypadek z tym związany, trochę uciążliwy, a trochę śmieszny. Otóż pewnego dnia około godziny piętnastej, kiedy to mieliśmy kończyć pracę jedna z naszych koleżanek zapragnęła skorzystać z toalety. W związku z tym poszła do budynku komitetu jak zwykle. My na nią czekaliśmy już przed budynkiem ponieważ mieliśmy iść razem do dworca. Po załatwieniu swoich spraw, zapewne również po podmalowaniu i przypudrowaniu, poszła do drzwi wyjściowych. Okazało się, że drzwi są zamknięte. W międzyczasie kiedy ona była w toalecie, woźny zamknął budynek i poszedł, nie wiedząc, że ktoś tam został. To czekanie na koleżankę wydawało nam się za długie i już zaczynaliśmy się niepokoić, kiedy nagle otwiera się okno i w nim ukazuje się nasza koleżanka. Podeszliśmy bliżej i z jej relacji dowiedzieliśmy się, że drzwi wejściowe są zamknięte. W związku z tym należało koleżance przyjść z pomocą. Woźny zamieszkiwał stronę szczytową tegoż budynku i tam jeden z kolegów się udał. I co się okazało? Okazało się, że drzwi do mieszkania woźnego też są zamknięte. Ktoś tamtędy przechodzący powiedział nam, że widział jak woźny wraz z żoną szli na działkę. No masz babo placek. Nie wiedzieliśmy gdzie ów woźny ma działkę i poszukiwania trwałyby bardzo długo. Więc postanowiliśmy wziąć sprawę w swoje ręce, a może nie tak sprawę jak uwięzioną w budynku komitetu Małgosię. Podeszliśmy pod okno, w którym ukazywała się Małgosia i kazaliśmy jej wychodzić. To okno mimo iż było na parterze, to było tak wysoko usytuowane, że odnosiło się wrażenia jakby było na piętrze. Żeby sama wyszła tym oknem, raczej nie było mowy, bo mogłaby upaść, a przy tym nie wiadomo co mogło by się zdarzyć. W tym celu Małgosia wyszła na parapet, na którym usiadła spuszczając nogi na zewnątrz i pomału zaczęła się zsuwać, aż wreszcie oderwała się od parapetu i upadła. Upadła prosto w nasze objęcia, dwóch młodych silnych junaków. Ale, że uwięziona nie była chabinką, bo nie miała zamiaru startować w konkursie Miss Polonia, wszyscy troje runęliśmy na ziemię. Śmiechu było co niemiara i opowiadania o tym zdarzeniu przez długie lata. Na szczęście nic się nikomu nie stało, tylko pozostało otwarte okno, co spędzało mi sen z oczu przez całą noc, żeby jakiś złodziej nim nie wszedł. Ale miałem nadzieję, że woźnemu, gdy wróci z działki ktoś powie o tym fakcie i okno zamknie, tak też się stało.

Zdjęcie nr 1. Dawna siedziba KP PZPR, obecnie siedziba KRUS

 Likwidacja części Gromadzkich Rad Narodowych była dla mnie na rękę, bo w nowo utworzonych powstały nowe stanowiska, głównych księgowych i ja w nowej jednostce administracyjnej awansowałem na to stanowisko. A więc od 1 stycznia 1969 roku pracowałem jako główny księgowy Gromadzkiej Rady Narodowej w Kazimierzy Wielkiej. Przewodniczącym był nadal Stefan Falęcki, a sekretarzem Kazimierz Oleś. Po kilku dniach przyuczenia do nowych obowiązków, zacząłem się wdrażać w księgowość, którą nawet polubiłem i tak na tym stanowisku przepracowałem dwadzieścia lat do 1989 roku, kiedy to w ogóle nastąpiła zmiana ustrojowa w Polsce. Wówczas stanowiska głównych księgowych w gminach zostały zlikwidowane, a rolę tę zaczęli spełniać skarbnicy. Aby powołać takiego skarbnika musiały być spełnione odpowiednie kryteria, poczynając od  wykształcenia, stażu pracy i przynależności organizacyjnej, aż po zatwierdzenie przez radę gminy włącznie. Bardziej szczegółowo na ten temat napiszę w dalszej części, kiedy to w chronologicznym układzie, mój zegar dojdzie do 1989 roku. Księgowość jest poważną instytucją i wymaga systematyczności i dokładności. W celu nauczenia się zasad księgowości i prawidłowego ich stosowania były organizowane częste szkolenia w Urzędzie Wojewódzkim w Kielcach, które najczęściej prowadził nieżyjący już główny księgowy budżetu województwa Zdzisław Niedziela. Prowadzone szkolenia, narady i kursy pozwoliły nie tylko pogłębić znaną już wiedzę w dziedzinie księgowości, ale także zapoznać się ze zmianami oraz nowymi przepisami, które bardzo często zostały wprowadzane. Nie śledzenie tych zmian na bieżąco, znaczyło cofanie się do tyłu i wykluczało takiego pracownika z wykonania zawodu księgowego.

 Po raz pierwszy na kursie byłem w 1962 roku, kiedy to pracowałem jeszcze w Gromadzkiej Radzie w Donosach, a właściwie w początkach mojej pracy. Był to kurs księgowych  Kółek Rolniczych zorganizowany w Wolicy koło Chęcin. Wolica to wioska położona dwa przystanki pociągiem za Kielcami w stronę Jędrzejowa. W tym czasie działały słynne Kółka Rolnicze i przecież jakąś dokumentację księgową trzeba było w nich prowadzić. Ktoś sobie wymyślił, żeby tę pracę powierzyć właśnie mnie, oczywiście poza pracą w Gromadzkiej Radzie. Przyjechał prezes Kółka Rolniczego ze wsi Paśmiechy Mieczysław Boryka i zaproponował mi wzięcie udziału w tym kursie, na co oczywiście wyraziłem zgodę, bo przecież czegoś nowego się nauczę, a dla mnie młodego, to wszystko,  co nowe, było ciekawe. Zgodę także wyrazili moi przełożeni i po paru dniach byłem już słuchaczem kursu. Kurs był bardzo długi, gdyż trwał dwa tygodnie i kończył się egzaminem. Wykłady odbywały się od godziny ósmej do piętnastej w podworskim budynku, w którym mieścił się Ośrodek Szkoleniowy kadr dla rolnictwa, tam też były pomieszczenia noclegowe. To było wiosną. Po południu mieliśmy wolne i w tym czasie urządzaliśmy liczne spacery po okolicy, a najczęściej do pobliskiego lasku. Byliśmy też zwiedzić ruiny zamku w Chęcinach. Wieczorami, jeszcze wtedy niezbyt krótkimi, wymyślaliśmy różne rozrywki, a najczęściej śpiewaliśmy przeróżne piosenki. Do tej pory pozostało mi w głowie wiele piosenek, których się nauczyłem, a najbardziej jedna z nich. Na okrągło śpiewała ją jedna z uczestniczek, dość tęgawa, średniego wzrostu, o donośnym głosie  młoda panienka. Raczej wyglądała na jakąś przekupkę niż księgową. Słowa piosenki przytoczę na końcu tej części.             

Egzamin końcowy nie był zbyt surowy, ale jednak trzeba było mieć sporo wiadomości wyniesionych z kursu, żeby go zdać pomyślnie.

Czas płynął, lata mijały, a my pracowaliśmy jak tylko można było w takich warunkach, wracając do pomieszczeń Gromadzkiej Rady Narodowej w Kazimierzy Wielkiej mieszczących się w obecnym tzw. Dworku Niedzieli. W krótkim czasie odszedł z pracy Stefan Falęcki, a na jego miejsce został zatrudniony Marian Pietrzyk z Wojciechowa. W obecnym dworku Niedzieli pracowaliśmy do roku 1970, a decyzja o przeniesieniu do innego budynku bardzo nas ucieszyła, chociaż jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy dokąd.

Zdjęcie nr 2. Pierwsza siedziba Gromadzkiej Rady Narodowej w Kazimierzy Wielkiej, obecny Dworek Niedzieli

 

A oto zapowiadana piosenka bez tytułu.

 

Zamknęli mnie na Kraszewskiego.

Zamknęli jako niewinnego.

Niewinną mnie wzięli, cnotliwą zamknęli

Od zeszłej niedzieli tak siedzę tu.

 

Zamknęli mnie na Kraszewskiego

Jak delbana odpinałam mu.

On mówi kochana, a ja mu delbana,

A potem barana i znikam stąd .

 

Po nocach mi się ciągle marzy

Cała ferajna bikiniarzy.

Każdego bym chciała z każdym się kochała,

A potem płakała, płakała bym.

 

Ciąg dalszy nastąpi  Zdzisław  Kuliś

 

 

 

Piotr Sosin

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.