czwartek, 03 październik 2019 15:09

Historia pewnego zegara. Rozdział V. Odcinek 32- Jak składano sprawozdania finansowe w Urzędzie Wojewódzkim

Całe szczęście, że służby drogowe zdążyły to przekopać, bo w przeciwnym razie musielibyśmy zawrócić, ale jak? Z wielkim trudem dojechaliśmy do Pińczowa. Za Pińczowem było już lepiej. Im bliżej Kielc, tym droga była lepsza.

Zajechałem do Kielc na godzinę dziesiątą, a w Urzędzie Wojewódzkim byłem około dziesiątej trzydzieści. Księgowych ze wszystkich gmin było multum i obawiałem się, że nie zdążę moich dokumentów złożyć. Nie wyobrażałem sobie jechać po raz drugi następnego dnia. Po zlikwidowaniu powiatów w 1975 roku w naszym województwie było 76 gmin. Proszę sobie wyobrazić, że te wszystkie gminy musiały sprawozdania i bilanse złożyć w przeciągu kilku dni, a najwięcej było księgowych, gdy zbliżał się ostateczny termin. Z tych wszystkich złożonych sprawozdań Wydział Finansowy Urzędu Wojewódzkiego musiał zrobić zestawienia zbiorcze i w odpowiednim terminie złożyć w Ministerstwie Finansów. Trzeba sobie wyobrazić, że te wszystkie sprawozdania, bilanse i inne zestawienia robiło się ręcznie tzn. nie przy pomocy komputerów jak dzisiaj, bo takowych nie było, tylko już w tym czasie przy pomocy maszyn liczących, w których wystukiwało się liczby i naciskało odpowiedni klawisz zsumuj i na specjalnej taśmie papierowej pokazywała się suma. A jeszcze niedawno liczyło się wszystko na liczydłach. Nie wiem czy wszyscy wiedzą, co to są liczydła, na pewno młodsi nie znają liczydeł, bo i w szkole teraz rzadko ich używają. Liczydło biurowe, była to drewniana rama o wymiarach około pięćdziesiąt centymetrów długości i trzydzieści szerokości, w którą wmontowane było dziesięć metalowych prętów, inaczej drutów o przekroju jednego milimetra wmontowanych w układzie poprzecznym, na które były nałożone też drewniane krążki o średnicy około trzech centymetrów i przesuwając odpowiednio te krążki wykonywało się sumowanie. Tak w największym skrócie wyglądało liczydło, na którym pracowałem wiele lat.

Fot nr 1. Tak wyglądały liczydła.

Gdy otrzymałem pierwszą maszynę liczącą tzw. sumator, to ulżył mi bardzo w mojej pracy, chociażby nawet dlatego, że liczyło się dużo szybciej, a ponadto wszystkie sumowane liczby były drukowane na tzw. tasiemce. W przypadku gdy się pomyliłem, to łatwo było znaleźć błąd przeglądając tą tasiemkę. Natomiast licząc na liczydłach w razie pomyłki trzeba było liczyć wszystko od nowa. Pani Hania Nogowa, która ze mną pracowała posługiwała się natomiast tzw. kręciołkiem. Była to taka półmaszynka ręczna, na której wybierało się oczywiście ręką odpowiednie cyfry i po pokręceniu korbką wyskakiwała suma.

Wydział Finansowy Urzędu Wojewódzkiego, a konkretnie jego główny księgowy Zdzisław Niedziela wymyślił tzw. arkusze pomocnicze. Gdy nadeszła kolejka, wchodziło się do jego pokoju, a on od drzwi pytał: Dobrze masz wszystko, jak źle, to nawet mi nie pokazuj. Odpowiadałem: Jakbym miał źle, to bym z tym nie przyjeżdżał. Wtedy robił się jeszcze bardziej naburmuszony i z szyderczym uśmiechem odpowiadał: Zobaczymy i brał się za sprawdzanie. Jeżeli wszystko było w porządku, to chwała Bogu, a jeśli był najmniejszy błąd odrzucał do poprawienia, nie wskazując gdzie jest błąd. Nie było żadnej dyskusji, trzeba było wyjść na hol, bo wzywał do pokoju następnego i na tym holu szukać błędu do upadłego. Jeżeli natomiast było dobrze, to każdy składający sprawozdanie musiał osobiście ręcznie nanieść długopisem liczby ze swoich sprawozdań w odpowiednich rubrykach na wymienionych wcześniej arkuszach pomocniczych, a pracownicy Wydziału Finansowego to wszystko sumowali i sprawozdanie gotowe. Ale czy naprawdę było ono gotowe?

Ja jeden raz miałem takie zdarzenie. Dałem panu Niedzieli sprawozdania do sprawdzenia, on patrzy, patrzy wreszcie mówi : Tu masz źle. Gdzie? - pytam. - Tu w funduszu gminnym ten numer rozdziału nie jest taki. - A jaki? Zawsze taki wpisywałem. - Taki wpisywałeś, ale się zmienił. - No to wpisz właściwy - mówię do niego. A on na to: - E, to by było za proste. Widzisz tę szafę, która tam stoi? - Widzę. - Więc podejdź do tej szafy, na ostatniej półce u samej góry są segregatory. Wyciąg ten niebieski i podaj mi. Podszedłem, była to oszklona biblioteczka i wyciągnąłem odpowiedni segregator pełen akt. Podszedłem i położyłem go na jego biurku, a sam usiadłem na krześle. - Nie siadaj, tylko podejdź tu i otwórz ten segregator. Więc uczyniłem jako mi kierownik nakazał. - Teraz znajdź dziennik ustaw, w którym będzie pisać: fundusz gminny. - Znalazłem - mówię po chwili. - Więc teraz znajdź napis: klasyfikacja budżetowa funduszu gminnego. - Znalazłem. - Więc zobacz jaki rozdział ma fundusz. Znalazłem, on spojrzał i mówi: Cóżeś znalazł? Fundusz gminny, ty masz szukać fundusz miasta i gminy. - O, rzeczywiście - odrzekłem. Patrzę w ten dziennik,  jest! Porównuję z tym w moim sprawozdaniu, tylko jedna cyferka była niezgodna. O co chodziło? Chodziło o to, że każdy rozdział miał odpowiedni symbol wyrażony cyframi, np. 7221, a ja napisałem 7222 (cyfry podaję przykładowe). I tu był błąd. Wtedy dla swojej jak mi się wydawało obrony powiedziałem: przecież zawsze taki wstawiałem i było dobrze. Było dobrze, bo taki był, ale w ciągu ostatniego miesiąca zaszła zmiana, a ty tego nie doczytałeś.

 Więc taki to był pan Niedziela główny księgowy budżetu województwa. Ja gdybym był na jego miejscu powiedziałbym: Popatrz Zdzichu (zbieg imion, jemu Zdzisław i mnie Zdzisław) tu masz wpisany niewłaściwy numer rozdziału, bo ostatnio zaszła zmiana, popraw to i zapamiętaj abyś na następny raz nie zrobił tego samego błędu. I byłoby po sprawie. Ale on chciał pokazać, sam nie wiem co. To, że miał to samo imię co ja i pochodził z naszego kazimierskiego powiatu i kiedyś pracował w Kazimierzy Wielkiej w Wydziale Finansowym Urzędu Powiatowego, nie miało żadnego znaczenia i nie miałem przez to żadnej ulgi, jak się niektórym księgowym z innych gmin wydawało. Przez te wszystkie lata, które pracowałem na stanowisku głównego księgowego nie zdarzyło mi się abym nie złożył bilansu lub sprawozdania za jednym razem. Nigdy nie pojechałem drugi raz z tym samym sprawozdaniem, a moi przełożeni w gminie myśleli, że tak wszyscy z innych gmin, a nie wiedzieli oni, że niektórzy jeździli nawet trzy i cztery razy, żeby się tego swojego produktu pozbyć. Młode dziewczyny nawet płakały z żalu. Niektórzy przecież mieli rodziny, małe dzieci i nikt im nie mógł pomóc.

fot: nr 2. Pani Anna Noga ze swoim kręciołkiem. Na pierwszym planie ciemne  biurko, to moje stanowisko pracy.

                     

 

Taka, to była moja praca na stanowisku głównego księgowego. Szumny tytuł, a roboty co niemiara i jeszcze w jakich warunkach i te dojazdy do Kielc, a wynagrodzenie 200 złotych więcej jak zwykły pracownik. Pozostał mi na pamiątkę zakres czynności z 1976 roku, który zeskanowałem i zaprezentuję go w następnej części. 

 Ciąg dalszy nastąpi.       Zdzisław Kuliś

 

 Z I M A

 Na strzępach wiatru i zamieci przybyła zima.

Tak po prostu, nie zapowiedziana, znienacka.                          

Nocą dość spory mróz trzyma,                             

A na stawie nie popływa już kaczka.                                       

                                                        

Niebo dość obficie śniegiem sypnęło.

A płatki tego uroczego puchu,

Zanim kilka godzin minęło,

Okrywając ziemię, zastygły w bezruchu.

                                                                 

Śnieżnobiała pierzyna okryła okolicę całą,

Szczelnie łąki, zasiewy, doliny i pagórki,

Sprawiając przy tym frajdę niemałą

Dzieciom, które wyciągnęły sanki i zjeżdżają z górki.

 

W blasku zimowego słońca

Błyszczą srebrzyste gwiazdki śniegu.

I tak nieustannie, aż do dnia końca

Na polach, w parku i na stawu brzegu.

 

A dzieci się bawią, fikając koziołki.

Nie straszny im chłód zimowy,

Nie bacząc, że latem rosły tu fiołki,

Każdy chce być mocny i zdrowy.

 

Dzielny Kamilek ciągnie pod górę sanki.

Za nim Gabrysia po śniegu drepce.

Mały Tomek lepi z tatą bałwanki,

A Nikoś stoi i jeździć nie chce.

 

I po męczącej takiej zabawie,

Spokojnie i bez gadania,

Idą do domu już śpiące prawie -

Prosto do spania.

 

A gdy nazajutrz otworzą oczy,

Patrzą zdziwione przez okno do sadu

I uwierzyć nie mogą, co się stało w nocy,

Bo po śniegu nie ma ani śladu.

 

Zdzisław Kuliś

Donosy, styczeń 2009 r.                    

 

 

 

 

Piotr Sosin

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.