Znam dużo lepiej ciemną stronę Krakowa Wyróżniony

poniedziałek, 04 grudzień 2017 16:39

Kazimierz Kyrcz jest policjantem, a jednocześnie autorem poczytnych kryminałów. Jego najnowsza powieść „Dziewczyny, które miał na myśli”, podobnie jak i poprzednie, bazuje nie tylko na jego wyobraźni, ale i na osobistych doświadczeniach jako funkcjonariusza. A zna on realia tej pracy zarówno w Krakowie, jak i w mniejszych miejscowościach, takich jak Proszowice czy Chrzanów. Poprosiliśmy go, by nam opowiedział o latach służby.

W pana książkach Kraków jest miejscem pełnym psychopatów, ludzi „spod ciemnej gwiazdy”. Natomiast przeciętny mieszkaniec postrzega to miasto zupełnie inaczej. Czy to oznacza, że w pewnym sensie go nie zna? Pan jako policjant zna zupełnie inny Kraków?

Na pewno policjanci z racji wykonywanej pracy mają większe rozeznanie co do zagrożeń występujących w naszym mieście, niż przedstawiciele innych profesji. Oczywiście może to rzutować na sposób postrzegania stolicy Małopolski. Kiedy mieszkałem na Białym Prądniku i powiedzmy jechałem z żoną na zakupy, nieraz opowiadałem jej, że, o tutaj niedaleko byłem na oględzinach, tu się komuś włamali, tam doszło do pobicia, a kawałek dalej mieszka mocno patologiczna rodzina. Żona żartowała, że chciałaby dla odmiany posłuchać, że gdzieś w pobliżu stało się coś pozytywnego.

Jako zwykli obywatele mamy możliwość przeczytania w mediach o najbardziej spektakularnych zdarzeniach kryminalnych. Natomiast o drobniejszych, mniej „efektownych”, których jest przecież znacznie więcej, rzadko się mówi. Jedyny moment, w którym na pewno dowiadujemy się o tego rodzaju „drobnicy”, następuje wtedy, gdy sami stajemy się ofiarami.

Możliwe, że jako policjant jestem lekko przewrażliwiony na punkcie przestępczości i zagrożeń społecznych. Na swoją obronę mam to, że poza służbą w policji, od kilkunastu lat jestem także kuratorem społecznym. Co za tym idzie, zajmuję się dysfunkcjonalnymi rodzinami, niszczonymi przez alkoholizm i przemoc (co często bywa skrzętnie ukrywane przed sąsiadami). Czasami wydaje nam się, że ktoś tam wiedzie spokojnie, dostatnie życie, a prawda jest taka, że w zaciszu czterech ścian ktoś komuś urządza piekło.

W jakim więc stopniu to, co się dzieje w pana książkach jest oparte na pana policyjnych doświadczeniach?

Zdarzenia kryminalne, które znam z autopsji, stanowią dla mnie inspirację, ale same w sobie nie są na tyle bogate, że tak powiem „fabularnie”, by na ich podstawie stworzyć całą powieść. Są oczywiście tacy przestępcy jak seryjni zabójcy, podpalacze czy gwałciciele, ale prawda jest taka, że takie przypadki zdarzają się stosunkowo rzadko. Muszę się więc tutaj posiłkować własną wyobraźnią. Natomiast doświadczenie policyjne przydaje się przy tworzeniu tła obyczajowego czy opisywaniu szczegółów służby, które wzbogacają historię.

Jeśli chodzi o zabójstwa, spotykałem się ze stosunkowo łatwymi do wykrycia przypadkami, kiedy na przykład dwóch facetów piło alkohol, pokłóciło się, i jeden z nich w delirium tremens zamordował drugiego młotkiem czy siekierą. Co nie znaczy, że prowadzenie takich spraw nie jest stresujące

Pamiętam, że kiedy jeszcze byłem bardzo młodym policjantem, musiałem pewnemu zabójcy pobrać odciski palców. W trakcie tej czynności on oczywiście miał wolne ręce. A że był tak na oko ze dwa razy większy ode mnie i stał za moimi plecami, to w zasadzie mógł mi skręcić kark w dowolnym momencie.

indziej zatrzymywałem z kolegą pedofila, co z kolei było stresujące z innego powodu. Mianowicie otrzymaliśmy polecenie, by wszystko przebiegło dyskretnie, tak, żeby facet nie wyrządził sobie krzywdy, bo ponoć groził rodzinie, że jeśli sprawa się wyda, to on się zabije… Gdy go zatrzymywaliśmy w miejscu pracy, musieliśmy to zrobić bez kajdanek, trochę wbrew sobie cackać się z nim. To są takie sytuacje, które raczej nie będą stanowić głównej fabuły książki, ale pozwalają zbudować klimat.

Nie da się ukryć, że policjanci na służbie często stykają się z drastycznymi, obciążającymi emocjonalnie sprawami. Mam to szczęście, że pisanie pomaga mi się uporać z tym bagażem doświadczeń…

Pracował pan w różnych miejscach. Zarówno w dużym mieście, jak Kraków, ale także i w mniejszych miejscowościach, jak choćby Proszowice. Czy sprawy w tego typu miejscach czymś się od siebie różnią?

Niekoniecznie. W gruncie rzeczy są bardzo podobne. Natomiast nieco inaczej wygląda praca policjanta, bo w mniejszych miejscowościach – przynajmniej jak ja to widzę – funkcjonariusze są trochę mniej obłożeni sprawami. Jeśli więc dla kogoś służba jest powołaniem, wtedy będzie mu łatwiej coś wykryć, bo zwyczajnie będzie miał na to więcej „mocy przerobowych”. W Proszowicach zwykle zostawało mi 10-20% czasu na to, by pojechać w teren. Mogłem ustalać pewne rzeczy, uzyskać od ludzi ciekawe informacje… Pomagało też to, że mieliśmy tam świetną ekipę, mogliśmy z kolegami polegać na sobie. W Krakowie policjant często jest zasypany taką ilością dochodzeń, że nie ma kiedy ruszyć się zza biurka. Nieraz zdarzało mi się, że w wolnym czasie kogoś przesłuchiwałem, albo w trakcie urlopu pisałem postanowienia. Najchętniej te o przedstawieniu komuś zarzutów.

Foto: Urząd Fotografii

(red)

(red)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Pozostałe artykuły

  1. Więcej na GŁOS24
  2. EDUKACJA
  3. FINANSE I GOSPODARKA
  4. KULTURA
  5. MOTORYZACJA
  6. POLITYKA
  7. SPORT
  8. STYL ŻYCIA
  9. TURYSTYKA
  10. ZDROWIE I URODA