czwartek, 30 maj 2019 13:50

Daniel Barłóg: Życie na 120%

Napisał
fot. Zbigniew Smolik (źródło: Daniel Barłóg – archiwum) fot. Zbigniew Smolik (źródło: Daniel Barłóg – archiwum)

Niebanalna osobowość i niecodzienny styl życia – taki jest Daniel Barłóg, trener, miłośnik sportu, ekstremalny mors, który kilka lat temu uciekł od cywilizacji, zaszył się w Suchej Beskidzkiej i zaczął hodować owce. Sam określa siebie jako wojownika. Dlaczego zmienił swoje życie? Po co robi wszystko na 120%? I jak wspomina swój pobyt w Domu Wielkiego Brata?

Boks, karate, joga, lekkoatletyka, morsowanie... Dużo tego. Zawsze był Pan taki aktywny?

Daniel Barłóg:

– Sport towarzyszył mi od najmłodszych lat. Jednak moim problemem (ale jak się później okazało – również wielką zaletą) było to, że zawsze byłem człowiekiem słomianego zapału. Za cokolwiek się brałem, gdy w krótkim czasie nie widziałem efektów, zamykałem taki rozdział i rozpoczynałem coś nowego, niejednokrotnie wchodząc w zupełnie inny klimat sportu, inną dyscyplinę. I niestety przez cały okres swojego „rozwoju sportowego” nie natrafiłem na odpowiedniego Motywatora/Mentora.

Na przykład kiedyś grałem w piłkę nożną i zapowiadałem się bardzo dobrym bramkarzem. Niestety, w pewnym momencie zabrakło kogoś, kto pomógłby mi w dalszym rozwoju, tzn. zdopingował, podkręcił, zmotywował, pokierował. I tak było z każdą dziedziną sportową. Gdyby taka osoba pojawiła się na mojej drodze, siedziałbym pewnie teraz w fotelu i wspominał lata swojej świetności. Tymczasem nadal jestem człowiekiem niespełnionym, cały czas próbującym się zrealizować w życiu, na różnych jego płaszczyznach. Z jednej strony uważam to za porażkę życiową, z drugiej jednak – jest to pewien plus. Taki stan rzeczy sprawia, że nadal bardzo dużo się dzieje w moim życiu. Każdy rok wnosi nowe wyzwania, przynosi nowe doświadczenia. To mnie uskrzydla i sprawia, że żyję pełnią życia,i dając energię do dalszego działania. Mam świadomość, że idę już z pewnym bagażem doświadczeń, a różne działania, które podejmuję, dodają mi wiatru w żagle.

Całe doświadczenie mojego życia: sport, wyzwania, towarzystwo, sprawiło, że teraz jestem dojrzałym sportowcem, dojrzałym człowiekiem, który bazuje na swoim doświadczeniu. Mało teorii, a przede wszystkim praktyka. Nie wykład, a przykład. To dodało mi wiatru w przysłowiowe żagle. W tym momencie mogę iść przed siebie, mając świadomość tego, że idę z niesamowitym bagażem doświadczeń.

 

O co chodzi z „Wojownikiem Mrozu”? Często właśnie tak się Pana określa.

– Nazwę „Wojownik Mrozu” nadał mi jeden z redaktorów, który lata temu przygotowywał materiał o moich poczynaniach związanych z ekstremalnym morsowaniem, całej mojej filozofii życia, również z podejściem do sportu.

Chciałbym jednak przybliżyć moją definicję „wojownika”. Nie jestem zawodnikiem, który konfrontuje się z innym człowiekiem i staje się np. zwycięzcą. Jestem wojownikiem, czyli człowiekiem, który podejmuje różne wyzwania, ale wie, w których momentach trzeba ustąpić, zmienić taktykę, odpuścić, nie brnąć w coś bez względu na okoliczności. Wojownik to nie zawodnik – te dwa pojęcia bardzo mocno rozgraniczam.

 

A skąd to się wzięło? Jak powstał „Wojownik Mrozu”?

– Przez lata zajmowania się różnymi dyscyplinami sportowymi w pewnym momencie brakowało mi sił do dalszych treningów, ze względu na zmęczenie, pewną eksploatację organizmu. Próbowałem znaleźć wytłumaczenie, dlaczego nie mogę robić czegoś, co mi się podoba, czym żyję, jeszcze częściej, jeszcze efektywniej i dłużej?

W którymś momencie natrafiłem na informację o kanadyjskich hokeistach, o ich formie, determinacji i niesamowitej wytrzymałości. Jak się okazało, swoją formę czerpali poprzez odpowiedni kontakt z zimnem. Co prawda, nie zgłębiałem tego, co oni dokładnie robili, ale to mnie zainspirowało, żeby stworzyć własny system treningowy, oparty na morsowaniu i hartowaniu organizmu. Zaczęło się to jeszcze w szkole średniej. Godzinami przesiadywałem pod zimnym prysznicem (rachunki za wodę pewnie były ogromne…), medytując, analizując zachowania swojego organizmu. Potem zacząłem trenować w zimie na zewnątrz bez koszulki. W pewnym momencie przyszła myśl, by swój organizm zdominować, nie współgrać z nim, ale go zdominować.

 

Czyli zupełnie przeciwnie do tego, co twierdzą różni trenerzy, wspominający o życiu w zgodzie z własnym organizmem.

– Tak, ale skoro o swój organizm w odpowiedni sposób dbam: regularnie i odpowiednio odżywiam, rozsądnie prowadzę, spełniam jego zachcianki, to i od niego wymagam. Wymagania moje są bardzo wysokie, a efekt mówi sam za siebie.

 

Czyli nie zdarza się Panu chorować? :)

– To byłoby dla mnie wielką porażką, kiedy np. ktoś by mnie odwiedził, a ja wyszedłbym z katarem, przeziębiony, owinięty kocykiem. (śmiech). Nie ma takiej możliwości. Nie chcę tu wyjść na cwaniaka, bo nie toleruję tego typu zachowań i ludzi. Jestem pewniakiem i wiem, że nic i nikt nie jest w stanie mnie złamać. Z tą swoją filozofią idę cały czas do przodu.

 

Mieszka Pan w Suchej Beskidzkiej, na swoim ranczo, blisko natury, z daleka od wielkich miast. To ucieczka od nowoczesności?

– Technika i technologia, które nam towarzyszą na co dzień, są jak najbardziej potrzebne i pożyteczne, ale można bez nich przeżyć. Jestem tego żywym przykładem. Technika i ta najnowsza technologia nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Można powiedzieć, że funkcjonuję jak człowiek starej daty i tak też chcę funkcjonować. Mój telefon komórkowy pamięta jeszcze czasy pierwszych telefonów GSM. Właściwie gdyby nie biznes owczarski, który prowadzę i muszę mieć na bieżąco kontakt z klientami, byłby mi niepotrzebny.

I mam świadomość, że uciekłem od cywilizacji. Pęd świata mnie niesamowicie dobija. Ludzie są obecnie bardzo zadufani w sobie, zacietrzewieni, wyzbyli się wszystkich naturalnych uczuć, które towarzyszyły nam od zarania dziejów. Wystarczy obejrzeć się wokoło, jakie emocje towarzyszą ludziom na co dzień, jakie są relacje międzyludzkie – świat się niesamowicie zmienił. Oczywiście nie chcę wszystkich wrzucać do jednego worka.

Życie jest tak piękne, a to my sami sobie niejednokrotnie je komplikujemy. Skąd to się bierze? Nie wiem.

Oczywiście są wyjątki, pokazujące, że można być w dzisiejszym świecie pozytywną osobą, że można zarażać swoim pozytywnym nastawieniem, ale niestety tych drugich są całe rzesze. Dlatego ja uciekłem od tego świata, odciąłem się totalnie.

Przez lata pracowałem w różnych korporacjach, teraz żyję zupełnie inaczej. Mieszkam z dala od cywilizacji, od tego pędu codziennego świata. To jest moja droga, spokojna, stonowana, wyciszona, naturalna.

Sporym problemem jest dziś to, że biegniemy, ale tak naprawdę nie wiemy, dokąd. Problemem również jest to, że nie mamy określonych celów życiowych, swoich priorytetów. Wystarczy zapytać kogokolwiek, czy jest szczęśliwy. Ile osób odpowie, zdecydowanie bez zastanowienia, że „tak”?

Ludzie tłumaczą się takim stanem ze względu na to, że brakuje im czasu na wszystko. A ja się pytam: dlaczego nie mamy CZASU? Przecież to jest kwestia odpowiedniej organizacji dnia i ustalenia najważniejszych celów. Jeżeli cokolwiek przeszkadza nam w realizacji samych siebie, to trzeba to zmienić. Ja to mówię z perspektywy praktyka, gościa, który przerabiał różne płaszczyzny życia społecznego i mówię: MOŻESZ BYĆ TYM, KIM CHCESZ, bo wszystko zależy od Ciebie.

Wystarczy stanąć przed lustrem i odpowiedzieć na proste pytania: „O co Tobie chodzi w życiu? Czego pragniesz? Do czego dążysz?” Te pytania mogą diametralnie zmienić myślenie i podejście do życia wielu ludziom. Tutaj nie potrzeba godzinnych wykładów, te trzy pytania trafiają w sedno i niejednokrotnie zaczynają się refleksje i głębokie przemyślenia. Wiem to z praktyki życiowej ;)

 

W wielu wywiadach podkreślał Pan, że zawsze stara się robić wszystko na 120%. Nie boi się Pan wypalenia? I tego, że kiedyś zabraknie sił?

– Zawsze staram się mierzyć siły na zamiary i kiedy podejmuję się zadania, i wyczuwam, że coś jest nie tak, że nie podołam, to nie wchodzę w taki temat, i najzwyczajniej w świecie odpuszczam. I w żadnym wypadku nie traktuję tego w kategoriach porażki. To kolejna lekcja, nawet sprawdzian, który coś wnosi, więc uważam go jako kolejne doświadczenie.

Nie chcę, by pod zadaniem czy wyzwaniem, którego się podejmę, było napisane: „Daniel Barłóg – 100%”, albo jeszcze mniej. Nie ma takiej opcji. Pod każdym zadaniem, na które się zdobyłem, ma być napisane „Daniel Barłóg – 120%”. Niektórzy mogą to odbierać jako przerost formy nad treścią albo, że jest to niewykonalne. Ok, może dla Was, ale ja tak nie uważam. Dla mnie musi być wykonane właśnie na te 120%. Pod tym się podpisuję, zamykam temat i idę dalej.

 

Ludzie często przyjmują swego rodzaju pozy, maski, często udają kogoś, kim nie są. Pan tymczasem zawsze stara się być sobą i na każdym kroku podkreśla swoją indywidualność. Choć zdaję sobie sprawę, że nie zawsze jest łatwo.

– Powiem nieskromnie: To wymaga mocnego, twardego charakteru, mocnej osobowości i maksymalnego zmotywowania, aby dążyć do konkretnego celu. Tam, gdzie inni widzą porażkę, ja upatruję swój sukces. Takie sytuacje mnie nakręcają i dodatkowo motywują. Wchodzę w każdy temat, nawet kiedy inni mówią, że to niewykonalne, a mnie akurat udało się to wykonać, to wtedy dostarczam sobie dodatkowych bodźców do dalszego, mocniejszego działania.

Trzeba mieć świadomość, że ludzie zawsze będą mówić, zawsze będą mieć swoje uwagi do wszystkiego. Zawsze znajdą się przeciwnicy. Nie zrażam się, bo mnie to kompletnie nie rusza, wręcz przeciwnie – dodaje mi to skrzydeł i idę dalej ;)

 

Chciałam jeszcze przypomnieć Pana pobyt w programie Big Brother. Nie czuł się Pan tam osaczony, zamknięty? Pan działa na otwartej przestrzeni, robi wszystko po swojemu, a tam musiał Pan zostać wciśnięty w pewne ramy?

– Potraktowałem to jako kolejne wyzwanie, żeby sprawdzić siebie, swoją osobowość, swoje cechy charakteru. Projekt Big Brother polega na zderzeniu różnych osobowości, wielu typów charakterów. Przeszedłem niesamowitą ilość castingów, podczas których producenci chcieli wyłonić garstkę uczestników – jak się potem okazało, spośród setki tysięcy zgłoszeń.

Udało mi się i znalazłem się w projekcie. Wtedy zrodziła się we mnie pewna misja – całym swoim postępowaniem, postawą chciałem coś przekazać ludziom, tym oczywiście, którzy chcą, którzy mają w sobie pokorę i są podatni na nowinki, nowości – nowe światło.

Wytrzymałem, ile wytrzymałem. Opuściłem Dom Wielkiego Brata na własne życzenie.

 

Co było powodem Pana wyjścia z programu Big Brother?

– Tak jak już mówiłem, jeśli nie czuję jakiegoś klimatu, to odpuszczam. I tak było właśnie w przypadku Big Brothera. Pierwsze trzy-cztery dni w Domu Wielkiego Brata to był Daniel Barłóg na 120%. Kolejne dni to już była egzystencja, czekanie na wyjście. Po siedmiu dniach ostatecznie, oficjalnie podziękowałem za możliwość wzięcia udziału w projekcie Big Brother producentom i wszystkim osobom, które tworzą ten projekt. Potraktowałem to jako niesamowite doświadczenie w moim życiu. Mój temat z projektem się zamknął, dla mnie Big Brother to już historia. Wróciłem na swoje stare tory i idę dalej.

 

Teraz można Pana spotkać na ranczo w Suchej Beskidzkiej, gdzie hoduje Pan owce. Czym jeszcze się Pan zajmuje?

– Oprócz tego prowadzę zajęcia sportowe, ogólnorozwojowe – połączenie elementów ze wszystkich dziedzin sportowych, które przerabiałem, a to wszystko okraszone ekstremalnym morsowaniem jako formą niesamowitej regeneracji, redukcji, regulacji i totalnej poprawy wydolności, a przede wszystkim odporności. Można nas spotkać w suskim liceum ogólnokształcącym, zawsze w poniedziałki, środy i piątki o 18:30. GORĄCO wszystkich, serdecznie zapraszam.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

– Dziękuję i pozdrawiam z ogromnym powerem.

 

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

fot. Zbigniew Smolik (źródło: Daniel Barłóg – archiwum)

Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.