środa, 21 marzec 2018 17:49

Trudne decyzje – dać szansę czy skrócić cierpienie?

Napisał

Wydawałoby się, że niektóre zabiegi, jak chociażby operacja przepukliny u będącej w ciąży sarny, można obejrzeć tylko w programach przyrodniczych na Animal Planet. Tymczasem wykonuje się je również w Bielsku-Białej. O pomocy dzikim zwierzętom i nieraz bardzo trudnych decyzjach, jakie trzeba podjąć, rozmawiamy ze Sławomirem Łyczko, który wspólnie z żoną Agnieszką założył i prowadzi niewielki Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Mysikrólik”.

Jak zrodził się pomysł na utworzenie ośrodka, niosącego pomoc dzikim zwierzętom?

Sławomir Łyczko:

– To zalegalizowanie naszej pasji. Od zawsze w mniejszym lub większym stopniu interesowaliśmy się dziką przyrodą. To się rozwijało krok po kroku, jednak opieka na własną rękę nad zwierzęciem chronionym jest zabroniona prawem. Owszem, można udzielić mu pierwszej pomocy, ale już dalsza opieka jest zabroniona. Ponieważ zdarzało się coraz więcej przypadków, gdzie zwierzętom trzeba było pomóc, postanowiliśmy uzyskać zgodę Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska i założyliśmy ośrodek. Zgodę otrzymaliśmy w 2014 roku. Aby zdobyć środki na prowadzenie ośrodka, w 2016 roku założyliśmy Fundację Mysikrólik – Na Pomoc Dzikim Zwierzętom.

Wspomniał Pan, że leczenie chronionych zwierząt bez specjalnej zgody jest niezgodne z prawem. Jak zatem ma postąpić człowiek, który spotyka ranne zwierzę?

– Jeśli kierujący pojazdem potrąci dzikie zwierzę, to w miarę możliwości powinien udzielić mu pomocy. Zatrzymać się, zawiadomić odpowiednie służby. Oczywiście powinien dbać o swoje bezpieczeństwo, więc jeśli się boi, nie musi tego zwierzęcia dotykać, wystarczy, że poczeka przy nim, aż nadjedzie pomoc.

Kiedy natomiast jesteśmy na spacerze i znajdziemy na przykład sowę ze złamanym skrzydłem, można zabrać ją do kartonu i zawieźć do lekarza weterynarii. Jeśli jest już późno wieczorem, można to zrobić następnego dnia. W takich wypadkach nikt nikogo nie będzie karał za złamanie prawa, jest to bowiem pierwsza pomoc.

Jeśli natomiast człowiek sam próbowałby leczyć taką sowę i trzymał ją przez dwa-trzy tygodnie w domu, to jest to już zabronione. Zwierzęta chronione mogą być leczone i rehabilitowane tylko w miejscach, które mają status ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt.

Ważne jest uświadomienie sobie granicy, kiedy kończy się pierwsza pomoc, a zaczyna rehabilitacja. Niektórzy niestety to naciągają. Przykładowo – ktoś może trzymać jeża w domu przez całą zimę i mówić, że udziela mu pierwszej pomocy. W tej sytuacji to już jest wykroczenie i wówczas trzeba powiadomić organy ścigania.

„Mysikrólik” to SOR czy raczej klinika?

– Ośrodek działa i jako SOR i jako klinika. Świadczy kompleksową opiekę nad zwierzętami. Czasem musimy być karetką, gdy bardzo szybko trzeba dojechać na miejsce zdarzenia, ponieważ auto potrąciło sarnę, albo ktoś znalazł pogryzione zwierzę. Musimy pojechać do lekarza weterynarii, a po zabiegu wracamy z tym zwierzęciem do ośrodka i tak jak w klinice dochodzi ono do zdrowia, mając zapewnioną opiekę pooperacyjną, wszelkie potrzebne zastrzyki i antybiotyki.

A co z tymi, które nie wrócą już do pełni sił?

– Zajmujemy się zwierzętami tak długo, aż ocenimy, czy jego stan pozwala mu na powrót do natury czy nie. Staramy się nie przetrzymywać zwierząt trwale okaleczonych. Jeśli bocianowi będziemy chcieli naprawić skrzydło, ale po zabiegu i tak nie da on rady latać skutecznie, to przekazujemy go do Leśnego Pogotowia w Mikołowie. Tam bocian będzie miał dożywotnią opiekę. U nas – ze względu na brak miejsca – nie możemy go trzymać dłużej.

Jakimi gatunkami zwierząt się zajmujecie?

– Możemy przyjmować do ośrodka „Mysikrólik” ptaki, ssaki i gady. Musimy mieć jednak wystarczająco dużo miejsca, by stworzyć dla nich odpowiednie warunki, np. przygotować wybieg o odpowiednich wymiarach.

Ile zwierząt rocznie przyjmujecie?

– Rocznie przyjmujemy do 350 zwierząt. Są to sarny, jeże, zające, nietoperze, rysie, sowy, kawki, gawrony, bociany i wiele innych. Mamy do dyspozycji 22 ary, ale na pewno przydałoby się więcej miejsca. Nie mamy na razie możliwości wybudowania większego ośrodka, a marzymy o takim, najlepiej pod lasem, z dala od zabudowań.

Ratowaniem dzikich zwierząt jak na razie zajmujemy się hobbystycznie, po pracy. „Mysikrólik” nie jest dużym wyspecjalizowanym ośrodkiem, dlatego nie jesteśmy w stanie interweniować w każdym przypadku. Bez rozbudowy i odpowiednich środków finansowych niestety nie damy rady pomóc wszystkim dzikim zwierzętom na Podbeskidziu.

W jakim stanie zwierzęta do Was trafiają?

– W okresie zimowym praktycznie co dzień były sarny, ranne w wypadkach komunikacyjnych. Często zdarzają się też sarny, które uderzyły w siatkę ogrodzeniową. Jak do tego dochodzi? Bardzo prosto. Zwierzę weszło do ogrodu w poszukiwaniu smakołyków, gdy zostało spłoszone, zaczęło uciekać, a w trakcie ucieczki uderzyło w ogrodzenie, łamiąc sobie kręgosłup szyjny, albo nadrywając jakiś mięsień. Trzeci dość częsty przypadek to pogryzienia przez psy, ostatnio mieliśmy cztery takie przypadki – na szczęście udało nam się rany pozszywać.

Zdarzają się też otwarte złamania kończyn. Ludzie dzwonią do nas z informacją, że np. kozioł sarny biega na trzech nogach, a ta czwarta dynda w powietrzu. W okresie zimowym po takim złamaniu zwierzęta żyją jeszcze przez jakiś czas, zakażenie bakteryjne nie zabija ich tak szybko. Gdy uda nam się je złapać, to co robić? Eutanazja? Przecież zwierzę jest zdrowe, ma tylko złamaną nogę.

I co wtedy robicie?

– Niestety w przypadku dzikich zwierząt nie można postępować tak, jak z naszymi pupilami. Leczenie, jakie zastosowalibyśmy u naszego psa lub kota, nie jest odpowiednie dla dzikiego zwierzęcia. Chodzi o opiekę pooperacyjną. Nawet jeśli złożymy kończynę, wykonane zostanie śrubowanie i nawet założymy gips, to co w sytuacji, gdy zwierzę, wracając do zdrowia, odbije się na tej nodze i złamie gips? Często nie pozwoli, by założyć mu go po raz kolejny. Dlatego czasem rozwiązaniem w takiej sytuacji jest amputacja kończyny.

Zwierzę na trzech nogach jest w stanie później normalnie żyć? Przykładowo taki kozioł sarny, o którym Pan już wspomniał?

– Amputacja kończyny to dla niego często „żyć albo nie żyć”. Niejednokrotnie takie zwierzę nadawałoby się do eutanazji, ale oceniamy każdy przypadek indywidualnie. Akurat biorąc pod uwagę kozła sarny, w sytuacji amputacji jednej kończyny możliwy jest jeszcze jego powrót do środowiska. Kozioł bez jednej nogi sobie poradzi, będzie nawet skakał.

Niestety, w przypadku kozy, czyli samicy sarny, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Jeśli zwierzę zaciąży, zwiększa się masa ciała i ta jedna noga, która nie ma pary, może nie wytrzymać. Koza częściej będzie leżeć, przez co może uciskać na młode. Te z kolei – przygniecione – mogą obumrzeć. Stąd też w przypadku złamania nogi u samicy sarny zdecydowalibyśmy się raczej na eutanazję. Kozłowi natomiast możemy zrobić amputację.

To bardzo trudne decyzje. „Dać szansę” czy skrócić cierpienie? Tego się nie da wyczytać z książek. Postępowania w poszczególnych przypadkach uczymy się z doświadczania. Chociaż zawsze chcielibyśmy uratować zwierzę, niestety czasem trzeba podjąć decyzję o eutanazji. Oczywiście nigdy nie podejmujemy jej pochopnie. Poranione zwierzę zawsze trafia do gabinetu lekarza weterynarii, wykonywane są badania, prześwietlenie. Dopiero wtedy można podjąć decyzję. Jeśli jest szansa, by uratować zwierzę, podejmujemy takie działania. Jeśli możemy pomóc, to operujemy, leczymy, opiekujemy się zwierzęciem.

Teraz mieliśmy taki przypadek. Sarna przeciskała się między ogrodzeniami, przez co poraniła całe boki (brzuch, uda), a dodatkowo zrobiła się jej przepuklina brzuszna, a w nią dostało się młode. W gabinecie lekarza weterynarii została przeprowadzona operacja przepukliny. W tym momencie zwierzę dochodzi do siebie, jest tydzień po zabiegu. Niestety trudno sprawdzić, czy młode żyje. Sarna jest zbyt żywiołowa i dzika, by pozwoliła na wykonanie USG brzucha. Nie możemy jej narażać na kolejny stres. Jej stan musimy oceniać po jej kondycji i zachowaniu.

Trafia do Was także spora ilość młodych zwierząt.

– Tak, są to młode, które nie wymagają opieki lekarza weterynarii, tylko okresowej opieki człowieka, ponieważ albo zostały osierocone, albo po prostu przez niewiedzę ludzi zbyt pochopnie zabrane. Nie zawsze da się je szybko przywrócić do środowiska naturalnego, więc trzeba podjąć trud wychowania ich przez człowieka. To jest oczywiście niedoskonały sposób, ale jest on koniecznością. Musimy zwierzę przystosować do powrotu do naturalnego środowiska.

Jak to się odbywa? Musicie zachować się jak leśni rodzice? :)

– Oczywiście nie przebieramy się za bociany czy sarenki :) A tak poważnie, to trzeba pamiętać, że wychowanie przez człowieka a oswojenie to są dwie różne sprawy. To tak jak z dzieckiem. Wychowanie nie polega na niańczeniu, noszeniu na rękach. Jeśli dzikie zwierzę coś pozna, to przestaje się tego bać, dlatego im mniej kontaktu z ludźmi, tym lepiej. Staramy się więc szybko odstawić młode do większych klatek zewnętrznych, gdzie będą miały coraz mniej kontaktu z nami, przez co powoli będą stawać się coraz bardziej dzikie. Choć wcześniej jadły nam z ręki, zaczną się nas bać. W ten sposób przygotowujemy je do powrotu do środowiska. Jednym z założeń ośrodka jest, aby jak najwięcej zwierząt przywrócić do natury.

Pamiętajmy, by zbyt pochopnie nie zabierać zwierząt. Gdy na przykład natkniemy się na małego zajączka, nie zabierajmy go od razu, myśląc, że jest opuszczony. Matka przychodzi do niego z pokarmem dwa razy na dzień. On nie wydziela zapachu, jest niewyczuwalny dla nosa lisa, psa itd. Jest więc bezpieczny. Tak samo malutki ptaszek siedzący sam na gałązce – on nie wypadł z gniazda, ale opuścił je ze względów bezpieczeństwa. Zawsze powtarzam, że gniazdo jest niebezpieczne dla ptaków, ponieważ gdy pojawia się drapieżnik, może wszystkie od razu zaatakować. Dlatego, jeśli ptaki już mogą opuścić gniazdo, choć jeszcze niekoniecznie są samodzielne, to robią to, a rodzice przylatują do nich co jakiś czas z pokarmem. To taki system obronny.

Jeśli ludzie zabraliby takiego małego ptaka, skazaliby go na inwalidzkie wychowanie w ośrodku. Nie jesteśmy przecież w stanie zająć się nim tak, jak jego prawdziwi rodzice.

Edukujecie też społeczeństwo, by takie sytuacje się nie powtarzały.

Prowadzimy edukację w szkołach. Śmieję się często, że „Mysikrólik” ratuje i edukuje :) Ośrodek spełnia właściwie trzy funkcje. Po pierwsze pomaga ludziom – zdejmuje z nich ciężar opieki nad znalezionym zwierzęciem. Po drugie – pomaga zwierzętom. Po trzecie – edukuje, przekazuje dalej wiedzę zdobytą na podstawie doświadczeń, konkretnych przypadków, z którymi mieliśmy do czynienia.

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

fot. Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Mysikrólik”



Każdy, kto chciałby pomóc w ratowaniu dzikich zwierząt, może przelać dowolną kwotę na konto fundacji.

Fundacja Mysikrólik – Na Pomoc Dzikim Zwierzętom
Nr konta: 86 1540 1261 2010 3452 2200 0001

 

Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.