Żydzi nie poradziliby sobie w czasie wojny, gdyby nie Polacy Wyróżniony

– Właściwie cała moja rodzina poświęcała się, by ratować Żydów, by im pomagać w czasie wojny. I to nie były odosobnione przypadki. Również nasi sąsiedzi robili podobne rzeczy, pomagali, jak tylko mogli, narażając siebie i swoich bliskich. Tymczasem siedemdziesiąt lat później mówi się publicznie, że Polacy Żydów mordowali. Jak komuś to mogło przejść przez gardło? Żydzi nie poradziliby sobie, gdyby nie Polacy – mówi Dorota Radym, mieszkanka Chrzanowa.

W ostatnich tygodniach pojawiło się coraz więcej oskarżań względem Polaków, jakoby wcale nie pomagali Żydom, a wręcz przeciwnie – mieli współudział w ich mordowaniu. Pomija się natomiast historie ludzi, którzy narażali życie swoje i swoich bliskich po to, by uratować Żydów.

– Jeszcze miesiąc temu w telewizji było o tym bardzo głośno. W pewnym momencie stwierdziłam, że już tego nie wytrzymam, jeśli po raz kolejny usłyszę, że polski naród przyczynił się do zagłady Żydów. Wtedy właśnie do pani zadzwoniłam – mówi Dorota Radym, której rodzina w czasie wojny czynnie angażowała się w pomoc Żydom.

Tymczasem dziś o tym jakby zapomniano… Nie nagłaśnia się przykładów poświęcenia Polaków. – Nie chodzi tu o żadne nagrody, tylko o prawdę. Być może jakiś Polak zrobił krzywdę Żydowi, ale były to epizodyczne przypadki. Tak samo jak Żyd mógł zrobić krzywdę Polakowi. Nie można jednak uogólniać, że cały nasz naród mordował Żydów! – podkreśla Dorota Radym i dodaje: – Nie możemy dopuścić, by powtarzano, że Polacy mordowali Żydów, tak samo jak nie możemy mówić o „polskich obozach koncentracyjnych”. Polacy pomagali, sami będąc w ciągłym zagrożeniu. Trzeba o tym pamiętać.

Panią Dorotę poprosiliśmy o przytoczenie przykładów. W jej rodzinie bezinteresownie Żydom pomagała nie jedna, ale więcej osób, podobnie sąsiedzi. Jej tata przypłacił to nawet własnym zdrowiem. Przedstawmy zatem kilka historii. Tak wspomina je pani Dorota.

– Mój tata był zarządcą w chrzanowskiej rzeźni, jednocześnie – jako trichinoskopista – badał mięso. Rzeźnia mieściła się przy ul. Trzebińskiej, w miejscu, gdzie teraz jest przystanek przy centrum handlowym. Jako naganiacz bydła pracował w niej młody Żyd, miał około 15-16 lat. Kiedy zaczęła się wojna, mój tata pomógł mu ukryć się na strychu rzeźni. Przez pięć lat go tam ukrywał, codziennie przynosząc mu potajemnie jedzenie, picie. Chował je pod płaszczem i wchodził na strych, gdy jako zarządca robił obchód po zakładzie. Przynosił też czyste ubrania na zmianę i oczywiście pilnował, by nikt inny z pracowników o tym się nie dowiedział.

Chłopak miał na imię Szymek. Pochodził z Chrzanowa i mieszkał na Kościeleckiej – dziś ta ulica nazywa się 29 Listopada. Po wojnie wyjechał za granicę i słuch o nim zaginął. Był później jeszcze u nas w odwiedziny początkiem 1960 roku. Nie wiem, co było z nim potem. Mój tata niejednokrotnie mówił do mamy: co tam Szymek teraz robi? Oboje zżyli się z tym chłopcem. W końcu, zarówno mama, jak i tata pomagali mu przez pięć lat...

W latach siedemdziesiątych, gdy przejeżdżałam koło żydowskiego kirkutu w Chrzanowie, w pobliżu stacji paliw, zauważyłam mężczyznę (jego wygląd wskazywał, że jest on prawdopodobnie Żydem), który chodził wzdłuż torów. Podeszłam do niego, ponieważ pomyślałam, że być może pomoże mi w odnalezieniu Szymka. A nuż coś będzie wiedział. Powiedziałam, że mój tata pomagał temu chłopcu podczas wojny i że po prostu chcemy wiedzieć, jak mu się życie ułożyło. Niestety, nie otrzymałam odpowiedzi. Usłyszałam tylko: „A ile Pani za to chce?” Tak się zdenerwowałam, że jak najszybciej się pożegnałam, o nic już nie pytając.

Inna historia, również związana z moim ojcem, to organizowanie ucieczek więźniów z obozu Auschwitz. Tata miał duży czarny motocykl. Jeździł nim do Oświęcimia i bardzo powoli przejeżdżał koło obozu. Wówczas szybko jeden z więźniów wskakiwał na jego motor. Tata przewoził go kawałek, a następnie ten przesiadał się na inny motocykl, bo dalej czekała już następna osoba na motorze. Tak to było zorganizowane, by w razie gdyby Niemcy zorientowali się, że ktoś ucieka, osoby, które przewoziły więźniów, były bezpieczne. Nieważne, czy na motor wskakiwał Polak czy Żyd, wszystkich ratowano.

Dlatego serce mnie dziś boli, gdy słyszę, jak ktoś mówi, że Polacy mordowali Żydów. Nie wiem, może były niechlubne przypadki, ale nie można mówić, że taki był cały naród, że Polacy przyczynili się do zagłady Żydów. Przecież mój tata poświęcał się, jak mógł, by ich ratować. Ukrywanie Żyda na strychu w czasie wojny przez pięć lat, to nie była prosta sprawa. Ile nerwów go to kosztowało? Ile strachu o życie swojej rodziny i własne? A akcje z ucieczkami więźniów obozu? Przecież to był ciągły stres. Mój tata właściwie nic z tego życia nie miał, a to że pomagał Żydom, przypłacił własnym zdrowiem – po wojnie bardzo chorował.

A moja mama? Ona też niosła pomoc. Wsiadała do pociągu, udawała, że niby jedzie do Bielska, a tymczasem przekazywała więźniom z Auschwitz chleb, nieistotne jakiej byli narodowości. Ci więźniowie pracowali przy torach, więc kiedy pociąg ich mijał, mama rzucała im chleb. Raz zauważył to kapo i zaczął strzelać do pociągu. Moja mama była ostrożna i na szczęście w porę się schowała. W tym momencie wstał jednak jakiś Niemiec i kula trafiła w niego. Wtedy od razu zatrzymano pociąg. Mama uciekła, bo wiedziała, jak to może się skończyć.

Moja babcia Agnieszka Radym natomiast była akuszerką i odbierała porody Żydówek. Jako Polka musiała mieć specjalne zezwolenie od rabina. Wiele lat po wojnie przypadkiem spotkałam panią, Żydówkę, która przyjechała do Chrzanowa i pytała o dom Kleinów. Wskazałam jej właściwą bramę. Zaczęłyśmy rozmawiać. Gdy dowiedziała się, jak się nazywam, powiedziała: „Radym? Tak się nazywała przecież pani, która odbierała poród, gdy rodziłam”. Potwierdziłam, że była to na pewno moja babcia, gdyż tylko ona miała pozwolenie.

Również ciocia Salomea Radym, z wykształcenia nauczycielka, była zaangażowana w ratowanie dzieci żydowskich.

 

To historia tylko jednej rodziny. Podobnych przykładów było jednak więcej. Czy nie warto o nich mówić?

 

Anna Piątkowska-Borek

fot. Muzeum w Chrzanowie im. I. i M. Mazarakich (Facebook)

Anna Piątkowska-Borek

Anna Piątkowska-Borek

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Skomentuj

1 komentarz

  • Link do komentarza niepelnosprawny.org wtorek, 27 marzec 2018 13:40 napisane przez niepelnosprawny.org

    nie chciał bym nikogo urazić, ale w Jerozolimie (szczególnie) lub nawet w Izraelu nawet co drugi rodowity mieszkaniec mówi, ze jego rodzina pochodzi z terenów byłej ówczesnej Rzeczpospolitej

Pozostałe artykuły

  1. Więcej na GŁOS24
  2. EDUKACJA
  3. FINANSE I GOSPODARKA
  4. KULTURA
  5. MOTORYZACJA
  6. POLITYKA
  7. SPORT
  8. STYL ŻYCIA
  9. TURYSTYKA
  10. ZDROWIE I URODA