piątek, 14 czerwiec 2019 16:51

Nauczmy się liczyć. Na siebie…

Napisane przez Grzegorz Kozioł

Wszyscy Czytelnicy „Głosu Tarnowskiego”, którzy od czasu do czasu zerkną choćby okiem na te refleksje, którymi staram się regularnie z Państwem dzielić, wiedzą, że od czasu do czasu moje przemyślenia biegną do świata wielkiej międzynarodowej polityki. Tak też będzie i dzisiaj.

Od lata konsekwentnie budujemy nasz polityczny i militarny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. To oczywiście właściwy kierunek. Na obecną chwilę, we współczesnym świecie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej są najpewniejszym i najlepszym sojusznikiem. Niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie, na tej sojusz jesteśmy więc niejako skazani. Rozumieją to doskonale polscy politycy i niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi w kraju, konsekwentnie kontynuują i rozwijają strategiczny sojusz z Ameryką. Jesteśmy bodaj najbardziej proamerykańskim państwem Unii Europejskiej. Dzięki temu, krok po kroku, więzy sojuszu się zacieśniają.

Czasem jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to miłość trochę nieodwzajemniona, okraszona licznymi dowodami sympatii po naszej stronie, przy nader powściągliwej reakcji Wuja Sama. Przykłady? Proszę bardzo. Dlaczego, obok Rumunii, Bułgarii, a także Chorwatów, Cypryjczyków, jesteśmy jednym z niewielu już państw Unii Europejskiej, dla których amerykańskie wizy wciąż obowiązują? Bo mimo że zbliżamy się już do magicznego wskaźnika 3% odmów, poniżej którego wizy zostają zniesione, to wciąż jednak statystyka jest nieubłagana. I choćby nie wiadomo jak amerykański prezydent uśmiechał się do Polaków i podkreślał ich wielkość, to jednak trzeźwa kalkulacja amerykańskiej racji stanu weźmie górę nad najszczerszymi nawet dowodami sympatii polityków.

Co więcej, masowo kupujemy od Amerykanów broń, niekoniecznie najnowocześniejszą. Kupiliśmy rakiety Patriot, i samoloty F-16, mamy zamiar zakupić również F-35. Zrezygnowaliśmy z zakupu francuskich caracali na rzecz amerykańskich blackhawków. Nasz wkład w budowę stałej bazy wojsk USA w Polsce zwanego czasem „Fortem Trump” miałby wynieść nawet 2 mld. dolarów, a po jej powstaniu polski rząd pokrywałby część kosztów stacjonowania wojsk. Co mamy z tego, że niemal dobrowolnie zrezygnowaliśmy z budowy silnego polskiego przemysły zbrojeniowego? Poza faktem, że napełniamy dolarami kieszeń Wuja Sama nie odnosimy żadnej korzyści – ani gospodarczej, ani politycznej, ani militarnej – w przeciwieństwie np. do Izraela, który z powodzeniem rozwija swój projekt czołgów ze sztuczną inteligencją Merkava IV Barak, a mimo to jest dla USA strategicznym sojusznikiem.

W tych sojuszach strategicznych widać zresztą jak na dłoni tę chłodną amerykańską kalkulację. Strategicznym sojusznikiem jest Izrael – bo zapewnia równowagę polityczną i militarną na Bliskim Wschodzie, Japonia – bo stanowi przeciwwagę do Chin, czy Korea Południowa – bo jest buforem dla komunistycznej Północy. Do tego grona strategicznych sojuszników ma szansę dołączyć Ukraina, która ma potencjał, aby politycznie i militarnie buforować Rosję. A Polska w tej chłodnej amerykańskiej kalkulacji nie ma tak ważnej roli do spełniania, więc na takie partnerstwo się nie łapie, niezależnie od tego, jakbyśmy się o to nie starali, a nawet wydali cały budżet armii na amerykańską broń.

Cóż więc powinniśmy robić? Budując nasz sojusz z Amerykanami (bo zdecydowanie powinniśmy to robić) musimy równocześnie liczyć na siebie. Powinniśmy rozwijać nasze projekty zbrojeniowe. Mamy ku temu i potencjał, i tradycje. Niedoścignionym wzorem w tym względzie wciąż pozostają dla mnie twórcy II Rzeczpospolitej. Dzięki ich politycznej dalekowzroczności mieliśmy supernowoczesne samoloty, czołgi, broń przeciwpancerną. Gdyby nie wybuch wojny, gdyby nie zabrakło im czasu, losy świata dzięki tej broni mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej. Dlatego, budując koniecznie sojusze, nie ufajmy im bezgranicznie. I nauczmy się liczyć. Przede wszystkim na siebie.

Grzegorz Kozioł