To już jest III część prawdziwej historii „Kopalni Janina”, napisanej 20 stycznia 1964 r. przez lokalnych historyków: W. Namysłowskiego z Libiąża i M. Ziajkę z Żarek. To dzięki nim w „Głosie Chrzanowskim” historia kopalni błyszczy prawdą nad książką Leś-Runickiej z 2008 r. pt. „Historia kopalni węgla kamiennego w Libiążu”, którą przedstawiłem w II części tego artykułu.

Dział: Historia

Ja, rzecz oczywista, najpierw przeniosłem mój talizman w postaci zegara, który uprzednio przetarłem z kurzu, którego nie było zbyt wiele, co świadczy o tym, że sprzątaczka od czasu do czasu przecierała go i powiesiłem starodawnym zwyczajem nad drzwiami w pokoju, w którym zaczynałem urzędowanie.                                     

Muszę w tym miejscu trochę zmienić temat i napisać, że te wszystkie przenosiny odbywały się pod pełną parą, czyli podobnie jak wielką maszynę naprawia się lub smaruje na chodzie, czyli nie przerywając pracy. A jaśniej, to wyglądało to tak, że w tym czasie nie zamykaliśmy urzędu, nie wywieszaliśmy kartki, że nieczynne z powodu przenosin, tylko normalnie pracowaliśmy. Załatwialiśmy w miarę możliwości interesantów, którzy nas odwiedzali, wykonywaliśmy wszystkie bieżące prace, ale jak pamiętam ludzie byli tak wyrozumiali, że nawet mało nas nachodzili, chyba, że była bardzo pilna potrzeba. Wieść o przeprowadzce roznosiła się bardzo szybko, pomimo, że telefon był przeciętnie jeden we wsi tzw. sołecki.

 W przydzielonym nam nowym pomieszczeniu też były dwa pokoje przejściowe, w których, w jednym urzędowałem ja z panią Hanią, a w drugim była kasa, którą prowadził Stanisław Nowak, starszy pan, który poprzednio pracował w powiecie. Dobrze nam się tam pracowało, ale pracy było tyle, że nikomu bym jej nie pozazdrościł. Po złączeniu z Miastem doszło nam drugie tyle pracy, a pracownika nie dali dodatkowo żadnego. Gdy przychodził okres sprawozdań, bilansów półrocznych i rocznych, trzeba było zostawać po godzinach. Pamiętam kiedy pewnego razu kończyłem bilans roczny w miesiącu styczniu po godzinach, ponieważ w godzinach pracy nie dało się wyrobić. Właściwie było to kończenie przepisywania, jak się to mówiło na czysto. Muszę czytelnikom wyjaśnić, że sam bilans, to była jedna kartka papieru dużego formatu. Było to zestawienie całego majątku gminy i wykazanie wszystkich obrotów i sald w danym roku w połączeniu z latami poprzednimi.

Foto nr 1. Bilans jednostki budżetowej samorządu terytorialnego.

Ale do tego bilansu robiło się masę innych sprawozdań poszczególnymi działami, rozdziałami i paragrafami. W sumie tych kartek było może trzydzieści. W trzech egzemplarzach, to było ich około dziewięćdziesiąt. Tyle to podpisów musiałem złożyć, gdyż podpis musiał być na każdej kartce i tyleż samo podpisów musiał złożyć naczelnik gminy. Ja podpisywałem na dole z lewej strony, a naczelnik z prawej. Przepisywaniem zazwyczaj zajmowała się Pani Hania i szło jej to dość sprawnie. W tym celu brało się maszynę do pisania niekoniecznie pierwszej nowości, brało się odpowiednie trzy druki, wkładało między nie kalkę i wkręcało się je pomiędzy dwa wałki maszyny do pisania. I tak druk po druku, aż zostały przepisane wszystkie. Następnie trzeba było je posortować tzn. ułożyć na odpowiednie kupki, oryginały osobno, pierwsza kopia osobno i druga kopia. Obowiązkowo trzeba było to wszystko sprawdzić z brudnopisami, czy nie ma jakiegoś błędu, który mógł się wkraść w trakcie przepisywania. Tak ułożone druki pieczętowało się pieczęcią tzw. szyldówką, która zawierała nazwę instytucji, czyli w tym przypadku Urząd Gminy, nazwę województwa, adres i kod pocztowy. Tę pieczęć przybijało się w lewym górnym rogu, następnie pod nią odciskało się pieczątkę z numerem statystycznym, a na dole moją imienną ze stanowiskiem, imieniem i nazwiskiem. Na tej pieczęci składało się podpis, że wszystko się zgadza i dopiero przedkładałem do podpisu naczelnikowi lub jego zastępcy.

Właśnie w tym zimowym dniu, po godzinach pracy, wykonywałem te czynności, a na parterze w swoim gabinecie czekał na złożenie podpisu naczelnik Marian Mróz. Ma się rozumieć, że nie siedział bezczynne tylko wykonywał jakieś swoje obowiązki służbowe. Na polu była dość gruba pokrywa śniegu, a w dodatku sypał jeszcze obficie jakby go było mało. W pewnym momencie zadzwonił telefon, odebrałem, dzwonił naczelnik z pytaniem jak długo mi jeszcze zejdzie. Odpowiedziałem: Około pół godziny panie naczelniku. – Więc dobrze, mówi, ja wyjadę właśnie na jakieś pół godziny, a gdy wrócę podpiszę te sprawozdania. – Dobrze panie naczelniku – odpowiedziałem. Spojrzałem na „mój” wiszący na ścianie zegar, była godzina osiemnasta trzydzieści dwie. To spokojnie. Z powodzeniem się wyrobię na autobus, który jechał ostatni w kierunku Krakowa o godzinie dwudziestej i sobie dojadę do domu do Donos, gdzie zamieszkiwałem. Wróciłem do moich sprawozdań, skończyłem je segregować, szybko przybiłem wszystkie pieczęcie i zacząłem składać podpisy. Dla mnie to był najspokojniejszy czas, bo wieńczył koniec mojej pracy. Podpisałem, włożyłem do odpowiedniej teczki tekturowej i spojrzałem w okno. Samochodu naczelnika jeszcze nie było.

Foto nr 2. Spotkanie na milicji. Pierwszy z lewej: Naczelnik Miasta i Gminy  Kazimierza Wielka Marian Mróz.

 Więc wyjąłem odpowiedni sprzęt, włączyłem czajnik elektryczny i zrobiłem sobie pyszną, gorącą herbatę. Piję i co pewien czas spoglądam w okno. Samochodu nie ma. Powoli wypiłem herbatę, spojrzałem po raz któryś na zegar, dochodziła godzina dziewiętnasta trzydzieści. Samochodu nie ma. Prysła nadzieja na pojechanie autobusem do domu o godzinie dwudziestej. Śnieg dalej pada, wydaje się, że nawet większy jak poprzednio. I tak mijały godziny, pana naczelnika nie było. Nie można było się skontaktować. Telefonów komórkowych w tym czasie nie było. O godzinie dwudziestej trzydzieści zdecydowałem się pójść do domu. Prysły moje plany o wczesnym wyjeździe na drugi dzień do Kielc, aby się pozbyć tych  „szpargałów”, które wyprodukowaliśmy w takim trudzie. Pochowałem dokumenty, zamknąłem pokój, poszukałem woźnego, aby mnie wypuścił i poszedłem. Kiedy uszedłem około dwieście metrów do ulicy Kościuszki zobaczyłem w oddali światła jakiegoś samochodu jadącego w moją stronę. W krótkim czasie był już przy mnie. Był to naczelnik. Przystanął, wsiadłem i wróciłem z powrotem tam, skąd niedawno wyszedłem. Naczelnik poszedł do swojego gabinetu, a ja do swojego biura na piętrze po dokumenty i po chwili wróciłem do naczelnika. Ja przybijałem jego imienne pieczęcie i podsuwałem jemu druczek po druczku, a on podpisywał. W trakcie podpisywania przeprosił, że nie przyjechał o czasie, ale coś go zaszło i nie mógł. Wiedział, że ostatni autobus w moją stronę już dawno odjechał, więc obiecał, że mnie odwiezie i tak też uczynił.

Zaszedłem do domu była godzina dwudziesta pierwsza piętnaście. Nazajutrz nie pojechałem do Kielc planowanym autobusem o godzinie piątej, tyko o godzinie siódmej, kiedy było mniejsze ryzyko nie dotarcia do tych kochanych Kielc, ponieważ liczyłem na to, że dwie godziny później już szlaki będą bardziej przetarte. Ale się myliłem. Droga do Kielc nie była należycie odśnieżona.  Niektóre odcinki kierowca pokonywał z trudem, gdyż leżała gruba warstwa śniegu. Ponadto śnieg, chociaż już niewielki ciągle padał. Najgorzej było tam, gdzie droga prowadziła w zaniżonym terenie, albo w wąwozach niekoniecznie bardzo głębokich. Przed Pińczowem na odcinku około jednego kilometra jechało się w wąwozach śnieżnych sięgających okien autobusu.

 Ciąg dalszy nastąpi    Zdzisław Kuliś

 Zdjęcia ze zbiorów autora.

 

 

Dział: Historia

Te słowa ks. Władysława Gurgacza zabrzmiały w 70 rocznicę wyroku śmierci, który wykonano na nim 14 września 1949 roku na podwórzu więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie. 11 października w Łabowej odsłonięty zostanie pierwszego w Polsce pomnika kapelana Wyklętych-Niezłomnych.

Dział: Nowy Sącz
Strona 8 z 197