poniedziałek, 07 styczeń 2019 02:28

Plaga pożarów sadzy w kominie i niesprawna wentylacja w domu – strażacy alarmują!

Napisał

Jak strażacy docierają do zdarzeń zimą, gdy drogi są zasypane? Jakich wezwań jest teraz najwięcej? Dlaczego budynek nie powinien być zbyt szczelny? I po co nam w domu czujniki czadu i dymu? Na te i inne pytania odpowiada mł. bryg. Tomasz Kasperek, dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP w Andrychowie.

 

Od 1 stycznia 2019, na terenie gminy Andrychów, dokładnie w Roczynach i Sułkowicach funkcjonują nowe nazwy ulic. Zmieniła się też numeracja niektórych budynków. Czy ta zmiana nie utrudni Wam pracy?

mł. bryg. Tomasz Kasperek:

– Zostaliśmy o tym powiadomieni odpowiednio wcześniej, więc nie będzie żadnych problemów z dojazdem. Wiadomo, czekanie na aktualizację na mapach GPS jeszcze trochę potrwa, ale na szczęście wiemy o wprowadzonych zmianach i nasi kierowcy będą wiedzieć, jak w razie potrzeby jechać, by dotrzeć na miejsce zdarzenia.

 

Czy na terenie gminy Andrychów są miejsca, gdzie strażakom trudno dojechać lub dojazd jest wręcz niemożliwy, zwłaszcza zimą?

– Gmina Andrychów jest specyficzna ze względu na ukształtowanie terenu. Jest jeszcze sporo miejsc, zwłaszcza na obrzeżach, gdzie trudno jest dojechać. Właściwie wszystkie drogi bez utwardzonej nawierzchni w okresie większych opadów i w zimie mogą sprawiać trudności.

 

A co robicie, gdy drogi są zbyt wąskie?

– Te miejsca mamy rozpoznane i staramy się angażować w działania w tamtych rejonach mniejsze samochody. Korzystamy też z dłuższych linii wężowych. Nie jest to dla nas problem nie do przejścia.

 

Czyli nie było sytuacji, gdy nie dało się takich trudności pokonać?

– Nie przypominam sobie sytuacji, gdy z uwagi na wąskie drogi nie mogliśmy w ogóle dotrzeć do zdarzenia.

Trzeba jednak pamiętać, że nie tylko w gminie Andrychów, ale i na terenie całego powiatu wadowickiego są miejsca, gdzie ciężko dojechać. Są odosobnione gospodarstwa, znajdujące się na szczytach lokalnych wzniesień. Zawsze może się zdarzyć sytuacja, że nasz samochód nie dojedzie na miejsce lub nie dojedzie tak szybko, jakbyśmy tego chcieli.

 

Niemniej zawsze robicie wszystko, by tam dotrzeć.

– Jedno nie zaprzecza drugiemu. To, że my robimy wszystko, by tam dotrzeć jak najszybciej, nie oznacza, że dotrzemy tam bardzo szybko. Ludzie, którzy mieszkają w ustronnych miejscach, oddalonych od skupisk ludzkich, gdzie dojeżdża się przez drogi polne lub leśne, zwykle zdają sobie sprawę z realiów. Wiedzą, że dojazd do nich na pewno potrwa dłużej niż do zabudowań na terenie miasta. Pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie przeskoczyć, chociaż zawsze chcielibyśmy dotrzeć do zdarzenia jak najwcześniej.

 

Czy samochody, którymi dysponują strażacy, są przystosowane do jazdy w trudnym terenie, zwłaszcza zimą?

– Staramy się przygotować jak najlepiej. Część samochodów, będących na wyposażeniu JRG Andrychów, jest przystosowana do jazdy w trudnym terenie. Mamy w jednostce auta z napędem na cztery koła. Nasze pojazdy w większości wyposażone są też w łańcuchy przeciwpoślizgowe, które możemy założyć na koła w momencie ciężkich warunków śnieżnych.

Wszędzie dotrzemy, choćby piechotą, choć w ekstremalnych warunkach pogodowych może się zdarzyć, że przyjedziemy na miejsce z opóźnieniem.


Zdarzyło Wam się, że któryś z wozów strażackich się „zakopał”?

– Tak, ale przeważnie – można powiedzieć – we własnym zakresie jesteśmy w stanie pomóc sobie nawzajem. To znaczy jeden samochód pożarniczy wyciąga drugi.

Również kierowcy – co może budzić zdziwienie ludzi – czasami „odpuszczają” dojazd bezpośrednio na miejsce interwencji, jeżeli wiedzą że tuż za nimi jedzie pojazd o lepszych parametrach. Wiedzą, że ich samochód w tej sytuacji mógłby tylko zablokować drogę drugiemu, bardziej przystosowanemu do jazdy w trudnych warunkach. W ekstremalnych sytuacjach czasami lepiej poczekać chwilę, niż wjechać i zablokować drogę innym. Lepiej dotrzeć na miejsce trochę później niż wcale.

Kilka dni temu, dokładnie 31 grudnia 2018, strażacy zostali wezwani do pomocy ratownikom medycznym w Brzezince obok Andrychowa. Karetka nie mogła dojechać tam do jednego z domostw. Dowódca zadecydował, że pojedzie tam w pierwszej kolejności quad z OSP Targanice. Strażacy pojechali, zrobili wstępne rozpoznanie. Na miejscu okazało się, że stan pacjentki nie jest tak poważny, że musi natychmiast znaleźć się w szpitalu. Ratownicy medyczni razem ze strażakami spokojnie mogli podejść na nogach do tego budynku. Tam poszkodowana została przygotowana do transportu, a następnie przeniesiona przez całą grupę do karetki.

 

Często pomagacie zespołom ratownictwa medycznego?

– Nie wyręczamy ratowników w ich pracy, ale ich wspieramy. Ich pojazdy mają inne parametry, stąd niestety mogą dojechać w mniej miejsc niż my. To akurat jest rzecz zrozumiała i w takich warunkach pogodowych, jak mamy teraz, jak tylko jest potrzeba, to pomagamy.

 

Właśnie, zima w pełni. Jakich zdarzeń jest teraz najwięcej?

– Ostatnio walczymy z plagą pożarów sadzy w kominie. Jest ich znacznie więcej niż w poprzednich latach. Bardzo niepokoi nas ta sytuacja. Nie wiemy, czy to brak świadomości właścicieli, którzy nie dbają o stan i czystość kominów czy jakiś inny czynnik?

Zgodnie z przepisami (Prawo budowlane, art. 62) przynajmniej raz w roku trzeba dokonać przeglądu komina, co jest niebagatelną sprawą, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, a także późniejszą ewentualną wypłatę odszkodowania. Podczas takiego przeglądu kominiarz powinien sprawdzić, czy przewód kominowy jest szczelny, czy spaliny nie wydostają się gdzieś do wnętrza budynku, np. w okolice więźby dachowej. To bardzo ważne. Inaczej mogłoby dojść do zapalenia się więźby od nieszczelnego komina.

 

A jakie są wymogi odnośnie czyszczenia kominów?

– Do domów jednorodzinnych nie musimy wzywać kominiarza. Możemy komin wyczyścić samodzielnie. W przypadku palenisk na paliwo płynne i gazowe – wystarczy raz na sześć miesięcy, a w przypadku paliwa stałego – raz na trzy miesiące. Chciałbym jednak zaznaczyć, że wykonywanie takiej czynności bez odpowiedniego doświadczenia i zabezpieczeń nie gwarantuje jego prawidłowego wykonania. Sugeruję zostawić to fachowcom.

 

Jeśli zimą dochodzi do pożaru, to śnieg i mróz są sprzymierzeńcami strażaków podczas gaszenia czy wręcz przeciwnie?

– Na pewno nie pomagają. Sama praca ratowników jest zimą o wiele trudniejsza. Podczas gaszenia pożaru strażacy niejednokrotnie przebywają w temperaturze +40 stopni Celsjusza, a później wychodzą na zewnątrz, gdzie jest np. -15 stopni.

Druga sprawa jest taka, że – mówiąc krótko – ogień nie chce zamarzać, za to woda chętnie się zamraża. Wąż leży często na ziemi, w śniegu, więc woda dość szybko zamarza. Musimy więc dbać o to, by cały czas był przepływ wody. W lecie można sobie pozwolić na „oszczędzanie wody”, zimą natomiast musi być ciągłość przepływu, żeby woda po prostu nie zamarzała w wężach.

Ludzie często pytają, dlaczego niepotrzebnie robimy takie kałuże lodowe. Niestety, musimy to robić, inaczej woda w wężach zamarznie i nie będziemy w stanie później ugasić pożaru.

 

A jak wygląda sprawa z tlenkiem węgla? Czy widać większą świadomość społeczeństwa odnośnie montażu w mieszkaniach czujników czadu?

– Staramy się, gdzie tylko możemy, promować akcję, „Czujka na straży Twojego bezpieczeństwa!”, prowadzoną przez Komendę Główną Państwowej Straży Pożarnej. Ma ona na celu uświadomienie społeczeństwu, jak ważne są czujki, które wykrywają rzeczy, których my nie jest jesteśmy w stanie zauważyć. Chodzi zwłaszcza o czujki dymu i czadu.

Czad, czyli tlenek węgla jest gazem bezwonnym, bez koloru. Samodzielnie nie mamy jak go wykryć. Można jedynie na sobie zaobserwować objawy przy większych stężeniach, ale to zwykle dzieje się za późno…

Czujki w domach są bardzo ważne. Widać, że świadomość rośnie, choć cały czas dążymy do tego, by była jeszcze większa.

Mamy coraz częściej takie zgłoszenia, że mieszkańcy mówią, że uruchomiła się czujka czadu i proszą nas o interwencję. Niektórzy nawet informują, że zaczęli już wietrzyć mieszkanie i opuścili już budynek. Przyjeżdżając, sprawdzamy, czy czujka zadziałała w sposób prawidłowy i staramy się zlokalizować źródło powstawania tlenku węgla.

 

Gdzie najczęściej może się on pojawić?

– Przeważnie tlenek węgla pojawia się przy różnych źródłach ciepła, takich jak przepływowe podgrzewacze wody czy „kozy”, którymi dogrzewamy budynek. Bardzo niebezpieczne jest też nieprawidłowe działanie instalacji wentylacyjnej, a takie sytuacje niestety się zdarzają. O ile przepływowy podgrzewacz wody można wyłączyć, „kozę” wygasić i przewietrzyć pomieszczenie, to ciężko jest już „walczyć” z niesprawną wentylacją. W tym przypadku zostawiamy to kominiarzom, którzy zawodowo takimi sprawami się zajmują.

 

O czym trzeba pamiętać, by nie paść ofiarą „cichego zabójcy”?

– Przede wszystkim zapobiegajmy, wykonując regularne przeglądy instalacji wentylacyjnej, kominowej i pieców. Poza tym trzeba pamiętać, że każda wentylacja, by działać prawidłowo, musi być zaopatrzona w miejsce, z którego czerpie powietrze. Jeśli zbytnio uszczelnimy budynek, nie będzie ani jednej szczelinki, wentylacja przestanie działać. Wówczas również źródła ciepła nie będą miały, skąd brać powietrza i będzie dochodzić do tzw. niecałkowitego spalania. Przykładem zbyt szczelnego budynku jest ten, w którym podczas rozpalania w kominku, mamy duże problemy z ciągiem w kominie, dopóki nie otworzymy okna lub drzwi. Koniecznie trzeba to skonsultować z kominiarzem.

Niektórzy nierozważnie zakrywają też otwory wentylacyjne w drzwiach łazienkowych. Jeśli w takim pomieszczeniu znajduje się przepływowy podgrzewacz wody, to wówczas nie ma on skąd brać powietrza. Przy niekorzystnych warunkach atmosferycznych może dojść do tego, że piec przełamie ciąg wentylacyjny i zacznie zasysać powietrze przewodem wentylacyjnym. Jednym otworem kominowym wyrzuca spaliny na zewnątrz, na dach, a drugim otworem zasysa powietrze ze spalinami do łazienki. To bardzo niebezpieczna sytuacja.

 

A dlaczego tak ważny jest również montaż czujników dymu?

– Dzięki takim czujkom wcześniej można wykryć pożar i zawiadomić straż pożarną. Są sytuacje, gdy do zdarzeń na terenach w centrum wsi czy miasta straż pożarna przyjeżdża w momencie, gdy np. cały budynek jest już objęty ogniem, ponieważ pożar został bardzo późno zauważony. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, skuteczniej można byłoby działać. A tak, jesteśmy w stanie jedynie ograniczać straty tak, by pożar nie przeniósł się na inne budynki.

Czujnik dymu pomoże nam zwłaszcza nocą. Gdy śpimy, zmysł węchu jest – można powiedzieć – nieco słabszy. Nie czujemy wszystkiego. W czasie snu o wiele bardziej reagujemy na dźwięk niż na zapach. A czujka dymu czuwa cały czas. Wykryje za nas coś, co dzieje się w budynku i od razu zaalarmuje, gdy pojawi się jakieś zadymienie. Będziemy mieć szansę na to, by ocalić budynek, albo przynajmniej z niego wyjść.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

fot. JRG Andrychów / materiały kampanii „Czujka na straży Twojego bezpieczeństwa”

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 07 styczeń 2019 02:45
Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.