Budynek parterowy o długości ponad 20 metrów, szerokości 12 metrów był bardzo funkcyjny. Jednakże dla biura Gromadzkiej Rady za dużo miejsca nie przeznaczono, dlatego w rok, czy dwa po oddaniu do użytkowania myślano o dobudowaniu jednego pomieszczenia. Wykonano nawet fundamenty od strony południowej i na tym się skończyło. Nigdy tego zamiaru nie zrealizowano. Nowy budynek mieścił bowiem dużą salę widowiskową ze sceną, bibliotekę gromadzką, czytelnię, dość spory hol i pomieszczenie gospodarcze. a przy niej pomieszczenia dla biur Gromadzkiej Rady. Ładnie powiedziane „biur gromadzkiej rady”, jakby to były jakieś apartamenty, a tu niewielkie pomieszczenia, porównywalnie wielkościowo takie jak w poprzednim budynku, tyle, że nowe. Dwa pomieszczenia o powierzchni po około 16 metrów kwadratowych każde, korytarzyk 3x3 m i takież samo pomieszczenie, w którym znajdowało się archiwum. I to wszystko. W jednym z pomieszczeń urzędował przewodniczący, sekretarz i dorywczo agronom, a czasem majster drogowy, bo tych dwóch panów ostatnich miało pracę raczej w terenie. Natomiast w drugim pomieszczeniu urzędował referent podatkowy – Józef Gącik, gdyż w tym czasie podatki, które były wymierzane i pobierane w powiecie przeniesiono do Rad Gromadzkich, referent skupu Zdzisław Kuliś, czyli ja i referent meldunkowy – Mieczysława Nalepa. Natomiast sprzątaczka urzędowała we wszystkich pomieszczeniach.

Zdjęcie nr 1: Tymi drzwiami ze szczytu wchodziło się do biura GRN. Okno z lewej strony drzwi – pomieszczenie przewodniczącego i sekretarza, okno z prawej strony – pomieszczenie Zdzisława Kulisia, Józefa Gącika i Zofii Czuber, wcześniej Mieczysława Nalepa.

W między czasie został zmieniony agronom i majster drogowy, którymi zostali: Antoni Gaudyn agronomem i Julian Kołton majstrem drogowym. Pracująca na stanowisku referenta meldunkowego Mieczysława Nalepa wkrótce odeszła do Powiatowego Zarządu Dróg Lokalnych w Kazimierzy Wielkiej, a na jej miejsce zatrudniona została Zofia Czuber.

Wspomniany wyżej referent podatkowy Józef Gącik był żywą, chodzącą maszyną do liczenia. Bez trudu sumował, odejmował i mnożył czterocyfrowe liczby i dzielił też. Jednakże z dzieleniem szło mu trochą ciężej. Był znany na całą okolicę, a wiele osób chcąc go sprawdzić i przekonać się osobiście, wydzwaniali telefonicznie podając mu do wykonania odpowiednich działań liczby mając wyniki przygotowane wcześniej przez maszynę do liczenia. Józek wyniki podawał bezbłędnie i miał z tego wielką satysfakcję. Wiele razy pytałem go nawet po jakiejś uroczystości, kiedy trochę kurzyło nam się z głów, żeby zdradził tajemnicę jak on to robi, czy może ma jakąś wypracowaną regułkę, zawsze odpowiadał jednakowo: Nie mam żadnej regułki. Gdy byłem mały matka kazała mi pilnować gęsi. Kiedy się pasły na pastwisku to ja z nudów uczyłem się tak jak tabliczki mnożenia. Najprzód małe liczby, potem większe, aż wreszcie doszedłem do tego co dziś. I tyle się od Józka dowiedziałem. Wspomniany Józef Gącik był ode mnie osiem lat starszy, przed 1956 rokiem pracował w Komitecie Centralnym PZPR w Warszawie. Początkowo nie wierzyłem, ale jak pokazał mi legitymację - uwierzyłem, a na zapytanie Dlaczego do tej pory tam nie pracujesz?, odpowiedział dosłownie tak: Jak przyszedł Gomułka, to nas wszystkich wyrzucił. Zrozumiałem to tak, że jak Władysław Gomułka został I sekretarzem KC PZPR, to dokonał zmian kadrowych. Józek nigdy nie chciał powiedzieć na jakim stanowisku tam pracował, ale gdy oglądałem jego legitymację, którą chyba tylko mnie pokazał, zdążyłem przeczytać, że w rubryce stanowisko pracy stało wyraźnie: magazynier. Wtedy zrozumiałem, że ponieważ Józek umiał dobrze liczyć w pamięci, jakimś cudem dostał się do KC, może za jakąś protekcją, a że ludzi do pracy brakowało więc go przyjęli na magazyniera. Ów Józek opowiedział mi, że w czasie rozmowy, którą z nim przeprowadzano przed przyjęciem do pracy, jeden z rozmawiających z nim w pewnym czasie zapytał: A pocieszycielkę strapionych, to wy towarzyszu lubicie? Józek takim pytaniem był zaskoczony, zmieszał się i nie wiedział bardzo o co chodzi, lecz w pewnym momencie dostał olśnienia i wypalił: Nie, ja nie, ale matka tak. Nawieszała na ścianach obrazków, nawet ołtarzyk zrobiła, ale ja nie. Wprawdzie od czasu do czasu idę do kościoła i tyle, jak to na wsi. Na to panowie się roześmiali, bo nie o taką pocieszycielkę strapionych im chodziło i na tym rozmowę zakończono. Dopiero po pewnym czasie Józek zrozumiał, że chodziło o picie alkoholu, w myśl znanego przysłowia: na frasunek dobry trunek, a nie o sprawy religijne, które przyszły mu na myśl. Józek był bardzo komiczny, a że utykał trochę na nogę, sam siebie często nazywał kuternogą.          

Pewnego razu przyszedł sekretarz do naszego pokoju z księgą kontową i kazał mu coś podliczyć. Józek zadarł głowę do góry, a wcześniej chyba wypił coś mocniejszego, bo był w sklepie po papierosy, patrzy na sekretarza i mówi: Sekretarzu muszę chyba coś wypić, bo mnie bardzo głowa boli. Na to sekretarz: No to wypij, mam tam gdzieś pastylkę od bólu głowy, zrób sobie herbaty, weź tą pastylkę, wypij herbatę, to na pewno cię przestanie. Józek zwiesił głowę i wziął się za liczenie, bo zapewne nie o takim wypiciu myślał, a na inne sekretarz Oleś na pewno by nie pozwolił.

Innym razem Józek poszedł do sklepu za pozwoleniem sekretarza po papierosy. Sklep nie był daleko, więc tę parę minut można było stracić na przejście, a przy okazji zażyć świeżego powietrza. Więc poszedł ten Józek, a niedługo za nim poszedł sekretarz do sołtysa. Droga była w tym samym kierunku, co do sklepu. Kiedy był w połowie drogi zobaczył Józka idącego w jego kierunku. Józek też zobaczył sekretarza i znalazł się w opałach, bo w kieszeni miał ćwiartkę wódki i pomyślał, że sekretarz idzie go skontrolować. Zaczął się kręcić nie wiedząc co z tą butelką zrobić, więc rzucił ją do rosnących przydrożnych chwastów, co zauważył sekretarz, ale nie widział co to było. Doszedł do tego miejsca, podniósł ćwiartkę czystej, schował małą buteleczkę do kieszeni i poszedł tam gdzie miał iść. Józek niebawem wrócił do biura i zaraz opowiedział mi całe zdarzenie. Nie bardzo spodobało mi się jego zachowanie, bo kupienie wódki, to nie to samo co jej wypicie, a ponadto sekretarz by go nie rewidował i mógł z powodzeniem tą butelczynę przynieść, schować gdzieś głęboko i po sprawie, ale na złodzieju czapka gore. Nie to, że Józek był złodziejem, tylko wg starego przysłowia, gdy ktoś zrobi źle, to boi się przedwcześnie, często niepotrzebnie. Sekretarz wrócił po jakiejś półgodzinie i prosto przyszedł do naszego pokoju. Postawił ćwiartkę na biurku przed Józkiem i powiedział: schowaj to, a o piętnastej mi ją pokażesz. I poszedł. Moim zdaniem bardzo dobrze zrobił z tym pokazaniem, żeby Józka nie wiodło na pokuszenie aby ją wypić. Natomiast, co do zwolnień w przyszłości Józka do sklepu po papierosy w godzinach pracy, to przez długi czas nie uzyskiwał pozwolenia na wyjście, aż się wreszcie odzwyczaił i papierosy kupował sobie przed pracą, a gdy mu zabrakło nie palił, co przyczyniło się do znacznego ograniczenia przez Józka palenia. Był on bowiem jedynym palącym nałogowo w tym urzędzie. Pozostali też zapalili, ale należało to do rzadkości, można by to raczej nazwać paleniem od święta

Zdzisław Kuliś   Ciąg dalszy nastąpi

W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia krążyła wśród urzędników taka oto „Ewangelia pracownicza”, która to prawdopodobnie była zapisana w bajkowej księdze dyscypliny pracy.

EWANGELIA PRACOWNICZA

  Na większą cześć i chwałę pracowników umysłowych, czyta nam kierownictwo, matka nasza ewangelię pracowniczą, zapisaną w księdze dyscypliny pracy, jako słów kierowniczych z uszanowaniem posłuchać proszę:

 Owego czasu, a było to już po godzinie piętnastej wszedł kierownik wydziału i rzekł: zajmijcie miejsca Wasze albowiem będzie dodatkowa praca.

I uczynili pracownicy jako im kierownik nakazał, a zapytując go mówili:

Atoli godzi się po ośmiu godzinach intensywnej pracy dodawać dodatkową robotę?

Kierownik zaś im rzekł: zamknijcie usta Wasze, a otwórzcie umysły Wasze.

I uczynili pracownicy jako im kierownik przykazał i stała się noc zielona, a w umysłach ich zapachniała lipa.

Zobaczywszy kierownik zieleń w umysłach pracowników swoich i poczuwszy zapach lipy rzekł im tedy: odłóżcie pióra Wasze, albowiem praca Wasza złamanego szeląga nie jest warta.

I uczynili pracownicy jako im kierownik przykazał, a uwielbiając go mówili: Niech mu Ziemia lekką będzie.

Na tych słowach kończy się Ewangelia pracownicza zapisana w księdze dyscypliny pracy, a przeznaczona na uroczystość dzisiejszą.

 Autor nieznany

 Zdjęcie nr 2: Widok wioski Donosy sprzed świetlicy.

Dział: Historia

W kilka tygodni po akcie rozstrzelania, 20 listopada 1943 r., w obozie sporządzono akt zgonu Tadeusza Lisowskiego, w którym wpisano: „Tadeusz Lisowski, syn Franciszka Lisowskiego i Julii Lisowskiej, z domu Homa, ur. 23 lipca 1909 r. w Krzywczycach koło Lwowa, zmarł 12 października 1943 r. na zapalenie opłucnej i płuc, co stwierdził doktor medycyny w Oświęcimiu (podpis nieczytelny).” Akt ten przesłano do wiadomości rodzinie Tadeusza Paulone.

Dział: Historia

Wśród podejmowanych inicjatyw lokalnych jest m.in. cykl gier miejskich “Miasto zagadek” , który rozpoczęliśmy 12 V 2019 wspierając Szkołę Osińskich w organizacji gry “Jakie tajemnice kryją Myślenice”.
Jej kontynuacja wraz z szukaniem skarbów powstanie po konsultacjach z Nadleśnictwem ws. “Zamczyska”.

Dział: Historia
Strona 1 z 148

Ostatnio na głos24