poniedziałek, 25 marzec 2019 23:18

Rana, która się nie zabliźnia...

Napisał

Dorota niedługo skończy 41 lat. Niecałe dwa lata temu poroniła Dziecko...

„Autor Dziecka”

– O tym, żeby mieć dziecko, zaczęłam myśleć po 35. roku życia – opowiada Dorota. – Mimo, że zawsze było to moim wielkim marzeniem, to jednak nie miałam odwagi, by wcześniej się zdecydować. Mój partner, z którym wtedy byłam, nie był na to gotowy. Byliśmy w związku przez dziesięć lat, snuliśmy plany o ślubie, ale właściwie z jego strony było to ciągłe przekładanie tych planów na następny rok, potem na kolejny itd. Zawsze było coś innego, co mu zaprzątało głowę, głównie praca, kariera, jego awans zawodowy. A ja to akceptowałam. Dałam się w to całe przekładanie wplątywać... Nie miałam odwagi, żeby powiedzieć: „Stop, teraz jest czas dla nas”, chociaż potrzeba macierzyństwa coraz bardziej we mnie narastała. Teraz po latach wiem, że to był mój błąd. Może gdybyśmy się wtedy zdecydowali na dziecko, nasz związek by się nie rozpadł?

Po rozstaniu Dorota coraz częściej myślała o dziecku, chociaż z drugiej strony rodziła się w niej obawa przed kolejnym partnerem, przed związkiem, który też może się skończyć podobnie...

Wtedy pojawił się inny mężczyzna.

– Byliśmy ze sobą dwa lata i nawet zaczęliśmy snuć plany na przyszłość, jednak ten związek też się rozpadł... – mówi. – Ale gdy miałam 38 lat poznałam jeszcze kogoś. Znaliśmy się kilka miesięcy i wtedy zaszłam w ciążę.

– W końcu miałam moje upragnione Dziecko. Niestety szybko się okazało, że zostanę samotną matką. „Autor Dziecka”, bo nie potrafię inaczej myśleć o człowieku, który go nie chciał, zasugerował, żebym je usunęła... Znowu zostałam sama. Jednocześnie miałam takie poczucie, że życie naprawdę jest zaskakujące. Wydawało mi się, że ja, która na co dzień pracuję z ludźmi, poruszam z nimi tematy relacji w związkach, mam większą czujność. A tu okazało się, że możemy sobie opracowywać regułki, a życie i tak nas zaskoczy.

– Z jednej strony więc czułam kolejną porażkę, kolejne rozstanie, ale z drugiej była ogromna radość – przecież byłam w ciąży! Nosiłam ukochane Dziecko! Tak bardzo chciałam tego Dziecka, że nie brałam pod uwagę żadnych zagrożeń, że np. mogę poronić. Jednocześnie coraz częściej zaczęłam obserwować inne kobiety, które były w podobnej sytuacji do mojej. Nie przeszkadzało mi, że będę samotną matką. Planowałam już, jak będę wychowywać moje Maleństwo. Wiedziałam, że sobie poradzę. Miałam też bardzo duże wsparcie moich rodziców, siostry i przyjaciół. Wszyscy czekaliśmy na przyjście Maluszka na świat.

 

Serduszko przestało bić...

W trzecim miesiącu ciąży Dorota dowiedziała się, że Dziecko nie żyje...

W siódmym tygodniu ciąży usłyszałam, jak Dzidziusiowi bije serduszko, a w dziewiątym okazało się, że serce przestało bić... To był dla mnie największy w życiu szok, jaki do tej pory przeżyłam. Lekarka powiedziała, że przyczyną były czynniki genetyczne. Badanie histopatologiczne nic konkretnego nie wykazało.

Zaskakująca dla mnie była reakcja lekarzy – dodaje. – Lekarka, która jako pierwsza powiedziała mi, że serce Dziecka nie bije, od razu dodała, żebym na drugi dzień położyła się w szpitalu na zabieg. Ja wtedy nie znałam procedur, nie wiedziałam, o co chodzi, byłam roztrzęsiona. Dobrze, że była ze mną moja przyjaciółka, która zaproponowała wizytę u innego lekarza. Tamten, kiedy mnie przebadał, powiedział, że serduszko niedawno przestało bić, ale dla mojego zdrowia lepiej będzie, jeśli zacznę ronić naturalnie. Każdy zabieg to przecież mechaniczna ingerencja w organizm, osłabienie flory bakteryjnej. Ten lekarz miał całkiem inne podejście. I dzięki niemu miałam półtora tygodnia, żeby pożegnać się z moim Maluszkiem...

 

„Proszę TO wyrzucić do śmieci”

Po tym czasie zaczęło się wstępne krwawienie.

– Wtedy też od innego lekarza usłyszałam: „Proszę się do TEGO nie przywiązywać”. To było dla mnie nie do przyjęcia. Przecież to było moje Dziecko, nie żadne TO! Mój Skarb.

– Nie zapomnę też momentu, jak zaczęło się poronienie. Czułam po prostu, jak cząstka Dziecka ze mnie wypływa... Złapałam ją i poszłam do lekarza. Zobaczył i powiedział: „To tylko skrzepy, proszę TO wyrzucić do śmieci”. Nie wiem, co to dokładnie było, ale być może to właśnie było moje Dziecko...

 

Nikt nie podszedł, nie spytał, „jak się czuję?”

Dorota trafiła do szpitala. Trzeba było ją „doczyścić”... Leżała na sali z trzema starszymi kobietami, które trafiły tam z zupełnie innych powodów niż ona. Nie rozumiała, dlaczego nie jest na sali z dziewczynami, które przeżywają to samo...

– Nie chciałabym nigdy w życiu już tego drugi raz przechodzić... – mówi. – Na oddziale cały czas widywałam kobiety w ciąży, słyszałam płacz noworodków... A ja czekałam w sali na poronienie, które się miało zacząć... Sama. Nikt do mnie nie podszedł, nie spytał, „jak się czuję?” Nikt mi nie powiedział: „Masz prawo do łez, do bólu, bo tracisz Dziecko...” – dodaje Dorota.

I zaczyna płakać...

Nikt tego nie zrobił, nikt nie podszedł. Czułam się samotna, zaszczuta… Potrzebowałam, żeby ktoś mnie przytulił, bo przecież moje Dziecko odchodzi na zawsze i być może nigdy więcej nie będę już mamą – mówi dalej. – Dla mnie to było wstrząsające, do dziś nie jestem w stanie tego zapomnieć, a minęło już trochę czasu... Myślę, że inne kobiety, które przeżyły poronienie, też nie potrafią zapomnieć. Mama mojej koleżanki poroniła 20 lat temu, ale nadal to bardzo dobrze pamięta, mimo że urodziła potem trójkę dzieci. Tego się nie da zapomnieć. To jest rana – rana, która się nie zabliźni...

Niestety o tym się nie mówi. Temat żałoby po stracie nienarodzonego dziecka jest w Polsce po prostu „zepchnięty pod dywan”.

– Poza tym, kiedy trafiłam na salę operacyjną, okazało się, że ktoś nie dopilnował moich badań. Trzeba mi było jeszcze uzupełnić potas, więc odesłali mnie z powrotem na salę i na trzy godziny podłączyli kroplówkę... Cały szereg tych czynności był dla mnie zabójczy...

– Nikt mi też nie powiedział, co się stanie z moim Dzieckiem, gdzie ono trafi po zabiegu. Powiedziano mi tylko, że pójdzie do badania histopatologicznego. Gdy byłam już po zabiegu, podczas obchodu lekarz zobaczył moją podpaskę i powiedział tylko: „Krwawienie zanika, może pani wyjść do domu”. Poczułam się jak na hali produkcyjnej. Nikt nie zapytał, czy nie potrzebuję wsparcia? Czy nie potrzebuję się wypłakać? – tu Dorota przerywa.

Łzy same płyną jej do oczu...

– Wyszłam ze szpitala obolała na ciele i duszy... – dodaje. – Nie tylko utratą ukochanego Dziecka, ale też tym, jak zostałam potraktowana. Dlaczego w szpitalu nie przyszedł do mnie psycholog? Zobaczyłam po prostu nieudolność ludzi, których nie obchodziło, jak się czułam.

 

„Twój Aniołek kiedyś Cię spotka”

Jedynym wsparciem, jakie otrzymałam z zewnątrz, oczywiście poza wsparciem mojej rodziny i przyjaciół, była rozmowa z franciszkaninem – mówi Dorota. – Poszłam wtedy do spowiedzi. Rozmawialiśmy długo i w końcu on powiedział tak: „Duszyczki dzieci to Aniołki. Twój Aniołek kiedyś Cię spotka, odnajdzie Cię i na pewno rozpozna”. To mnie trzyma do tej pory – wiara, że swoje Dziecko na pewno zobaczę.

Dorota poczuła potrzebę kontaktu i rozmowy z innymi kobietami, które poroniły. Zaczęła śledzić portale, szukać grup wsparcia.

Pomocą dla mnie był m.in. portal „Dlaczego” – mówi. – Ile łez można tam znaleźć, ile bólu... Tyle jest kobiet, które tak jak ja nie doświadczyły żadnego wsparcia. Mogłam więc te moje wspomnienia dzielić z dziewczynami na forum. Widziałam, jak dużo jest poronień i jak słaba jest opieka nad kobietami, które ronią. Oczywiście nie w każdym szpitalu, ale w naprawdę wielu.

 

Kuba Adam

Żałoba trwała około rok. Dorota nie mogła dojść do siebie. Zrezygnowała z pracy, nie była w stanie jako trener prowadzić szkoleń.

– Był to czas wspominania tych dziewięciu szczęśliwych tygodni, jakie przeżyłam, wiedząc, że będę mamą... Szczęście, pielęgnowanie mojego Dziecka, poczucie, że jest ze mną. Byłam mamą, nawet jeśli to było tylko dziewięć tygodni...

– Był to też czas opłakiwania – mówi przez łzy. – A także czas wyznaczenia daty porodu. Miałam wyznaczoną datę na maj i ten termin był dla mnie strasznie wiążący. Czułam, jak maj się zbliża, ale wiedziałam, że nie urodzę już Dziecka, bo ono dawno odeszło...

– Na forum przeczytałam, że można dziecku nadać płeć, jeśli nie była rozpoznana. Dla mnie moje Maleństwo to chłopczyk, któremu dałam na imię Kuba Adam.

– Pamiętam, jak kupowałam mu co miesiąc aniołka i te wszystkie aniołki są ze mną – Dorota załamuje głos... – Mam też całe pudełko, w którym trzymam wszystkie badania usg. To są takie moje skarby. Jestem przekonana, że wiele kobiet robi to samo. Niektóre piszą blogi, ja nie mam siły... Ale gdy je czytam, działa to na mnie oczyszczająco, bo wiem, że ktoś ma podobne emocje – mówi przez łzy.

 

Dać sobie czas na bycie w smutku, w żałobie, w czerni

– Zawsze byłam silną kobietą – dodaje Dorota. – Tak postrzegało mnie otoczenie i tak sama o sobie myślałam. Mimo to strata Dziecka i cały szereg sytuacji, jakich doświadczyłam w szpitalu, wepchnęły mnie w rozpacz. Już nie byłam tą siłaczką, ale teraz zobaczyłam swoją słabość. I pozwoliłam sobie na nią – na to, by nie być tylko dla innych, ale by ktoś był dla mnie. Moja rodzina i przyjaciele się sprawdzili. Życzę kobietom, które są w podobnej sytuacji, by dały sobie czas na bycie ze sobą w swoim smutku, w żałobie, w czerni, a nie musiały udawać, że wszystko gra. Akceptujmy czasem swoją słabość. Wyrażanie emocji jest kwintesencją istnienia.

 

Dostajemy tyle, ile jesteśmy w stanie utrzymać

Bardzo dużo myślę o kobietach, które poroniły w dziewiątym miesiącu... I znam takie kobiety, i wiem, z czym się borykają. To jest miażdżące. Jak one to wytrzymują? Nie wiem. Jestem przekonana, że Bóg daje nam tyle, ile jesteśmy w stanie utrzymać. Wiem, że ja mogłam utrzymać tylko tyle cierpienia. Gdybym poroniła w dziewiątym miesiącu, byłby to już dla mnie zbyt silny ból i pewnie umarłabym razem z Dzieckiem lub już nigdy do siebie nie doszła...

 

Nie poddaję się, nawet jak płaczę

Nie ukrywam swojej historii, być może będzie komuś pomocna i da nadzieję, by się nie poddawał – mówi Dorota. – Ja się nie poddaję, nawet jak płaczę. W tym płaczu też jest chęć pójścia dalej. Tkwi we mnie jeszcze siła.

Czy ma jeszcze ochotę próbować...?

Tak – uśmiecha się. – Ostatnio rozmawiałam z kobietą, której znajoma w wieku 46 lat zaszła w ciążę. To są takie „perełki”, które dają mi nadzieję. Na ten moment mój stan zdrowia jest stabilny i według lekarzy spokojnie mogę starać się o dziecko. Gdzieś ta moja gotowość cały czas jest. Ale co mam zrobić? Przecież nie zmuszę żadnego mężczyzny, by był ojcem Dziecka? Poza tym straciłam już zaufanie do mężczyzn po tym, co mnie spotkało... Nie chcę nic na siłę. Nie interesują mnie półśrodki. Nie byłabym uczciwa wobec siebie. Jak w ogóle mogłabym mieć zaufanie do człowieka, od którego usłyszałam „usuń to dziecko”...?

Wiem, że niektóre kobiety spotykają mężczyzn, którzy są dla nich po prostu „dawcami plemników” – dodaje. – Ja tego nie biorę pod uwagę. Moralnie kłóci się to z moimi poglądami. Chociaż nie wiem, co się stanie np. za rok, gdy poziom chęci posiadania potomstwa wzrośnie... Na razie zaczęłam myśleć o adopcji.

 

Czasem smutek jest silniejszy...

Dla kobiety biologia jest bezlitosna. Czas mija, przychodzi menopauza...

40. urodziny były dla mnie takim momentem, gdy poczułam, że to moje „gniazdo” jest zagrożone, że mogę już nie mieć Dziecka... – wspomina Dorota. – To napawa mnie smutkiem. Owszem, wiara jeszcze się tli, cały czas mam nadzieję, że Dziecko się pojawi, ale nie ukrywam. Są dni, gdy zaczynam o tym myśleć – o tym moim niespełnieniu.... Poza tym wiem, jak kobiety takie jak ja, bez męża i bez dziecka, postrzegane są w naszym społeczeństwie… choć na szczęście to się zmienia… To, że nie mam dziecka, nie zmniejsza przecież mojej wartości jako człowieka. Nawet przeciwnie, wydaje mi się, że mam takie doświadczenia, którymi mogę się dzielić i to może być pomocne dla innych kobiet. To mnie chyba buduje. Doświadczenia, takie jak moje, uczą pokory, pomagają dostrzec sens życia i pokazują, jak jest ono kruche i marne.

 

Chcę robić dobrą robotę dla swojego Dziecka

Są gorsze dni, ale w tych lepszych myślę, co mogłabym zrobić dla innych. Chciałabym zaangażować się w pomoc dziewczynom, które poroniły, by miały możliwość porozmawiać, wypłakać się, nie być same w żałobie... – mówi Dorota. – Kiedy poroniłam, obiecałam sobie, że będę robić dobrą robotę dla swojego Dziecka, żeby było dumne ze swojej mamy... I ta myśl mnie gdzieś prowadzi. Wierzę, że Kubuś jest i mnie widzi.

Anna Piątkowska-Borek


* Imię bohaterki zostało zmienione.

Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Ostatnio na głos24