czwartek, 01 sierpień 2019 11:31

Urlop to wcale nie jest prosta sprawa...

Napisał

Tak jak dzieci z utęsknieniem czekają na pierwszy dzień wakacji, tak my, dorośli, wyczekujemy daty rozpoczęcia urlopu. Wiążemy z nim mnóstwo nadziei, wiele się po nim spodziewając. Snujemy ogromną liczbę planów, z których tym najważniejszym i podstawowym jest wyspanie się. Wbrew pozorom jednak, urlop może okazać się czasem równie mocno stresujący, co najintensywniejsze dni w pracy. Nie wierzycie?

Urlop to obecnie fundamentalna sprawa. Miejsce, w którym go spędzimy, mówi o nas więcej niż myślimy. No bo sami zastanówmy się, co brzmi lepiej: dwa tygodnie w tropikach, czy na wsi u rodziny? Tak więc, jeszcze przed rozpoczęciem upragnionego wolnego, musimy zacząć od rozstrzygnięcia fundamentalnej sprawy, tzn. czy ruszamy na podbój Europy, czy świata. Jak świata, to musimy się zastanowić, czy będziemy mieszkać w prywatnej kwaterze, czy w hotelu. Jeżeli w hotelu, to dwu-, czy pięciogwiazdkowy? Jeżeli pięcio, to czy z dwoma posiłkami, czy all inclusive? I jeżeli już wszystko to wiemy, to okazuje się, że tak naprawdę jesteśmy dopiero na początku naszej drogi do upragnionych wakacji. Ileż bowiem trzeba się namęczyć, przeglądając oferty rozmaitych biur podróży w poszukiwaniu tych najlepszych. Szukanie, wybieranie, sprawdzanie, porównywanie… Mało tego. Często polowanie na najlepszy „all” trzeba rozpocząć zaraz po powrocie z urlopu. Napięcie i stres towarzyszące tym wyborom są z nami przez cały czas, nakładając się z tym, wywołanym aktualnymi obowiązkami. Tłumaczymy naszemu strudzonemu ja, że powetujemy sobie to na wyjeździe, choć to wcale nie osładza szukania odpowiedzi na związane z tym pytania. Czy Kanary są jeszcze modne? Czy brać kredyt na Seszele? Czy Indie zrobią wrażenie na znajomych? Toniemy w podobnych wątpliwościach, a świadomość przybliżającego się czasu urlopu wywołuje suchość w ustach i potliwość dłoni. W pewnym momencie przeglądanie kolorowych folderów i internetowych ofert sprawia, że czujemy się tak, jakbyśmy rozbrajali bombę – którą z nich wybrać? Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że jakbyśmy się nie starali, ile wykresów i tabelek w Excelu nie zrobili, to i tak, tuż po naszej decyzji i zakupie wybranych wakacji, znajdujemy ofertę w tym samym miejscu, ale w lepszym hotelu i z większą ilością atrakcji. Mało tego, już pierwszego dnia po powrocie do pracy z zagranicznych wojaży, okazuje się, że kolega (koleżanka) trafili tam, gdzie my, ale za połowę niższą cenę. I tak oto nasza mina rzednie, a wszystkie ciężko wyprodukowane, w wyniku intensywnego odpoczynku na rajskiej plaży, endorfiny znikają, chowając się gdzieś w zakamarkach naszego organizmu.

Ale dobrze, przyjmijmy, że się nam udało. Oto znajdujemy się tysiące kilometrów od stresującej pracy, męczących znajomych, narzekającej rodziny. Jesteśmy w dziesięciogwiazdkowym hotelu, w pokoju z prywatnym basenem i spa, w którym bufet szwedzki i bar czynny jest przez całą dobę. Myślisz - To jest to! Będzie się czym pochwalić rodzinie, będzie czym zaimponować kolegom w pracy. Niby wszystko fajnie, ale uważnie obserwując otoczenie i współtowarzyszy urlopowej niedoli, zaczynasz rozumieć, że coś tu nie gra. No bo wszyscy jacyś tacy wystrojeni, jak nie na urlopie. No i stół zastawiony po brzegi, a na maleńkich talerzykach gości ledwo coś położone. Mało tego, przyglądasz się uważniej potrawom i okazuje się, że z całego tego egzotycznego asortymentu potrafisz rozpoznać jedynie krewetki. Nakładasz sobie dwie, a wszyscy z niesmakiem zaczynają patrzeć na ciebie i cicho wymieniać uwagi miedzy sobą. Ze wstydem i mocnymi skurczami żołądka z głodu, odkładasz jedną z nich, uświadamiając sobie, że na ulotce w pokoju było coś napisane o obowiązkowych strojach wieczorowych na kolacji. Chcąc poratować czymś swój układ nerwowy, skoro trawiennego się nie da, z nadzieją udajesz się do baru. Barman pyta, co podać. Bez namysłu odpowiadasz, że to, co najmocniejsze i w dużych ilościach. Potem ze zdziwieniem wpatrujesz się w swój drink z wody kokosowej, soku z kiwano, liczi, kwiatu pomarańczy, marakui, ananasa i… łyżeczki rumu. Teraz już jesteś pewny. Właśnie trafia do Ciebie, co zrobiłeś. Trzeba będzie się mieć na baczności. Nici z jedzenia do woli w dresach, albo podkoszulku i krótkich spodenkach. W ogóle chyba nici z jedzenia, bo nie spakowałeś żadnego „stroju wieczorowego”. Nici z niezobowiązującej atmosfery beztroskiego wypoczynku. Nici z rubasznych żartów w stylu wujka Heńka, w którym zawsze znajdowałeś wiernego kompana. Nici z ostrych politycznych sporów ze szwagrem. Półprzytomny z głodu i złości bierzesz szklankę w rękę i wracasz do pokoju płakać w poduszkę. Szlochając, wspominasz grilla u rodziny, od której chciałeś tak odpocząć, a która zapraszała do siebie na urlop. Pamiętasz, że, choć nie było krewetek, to jednak o byciu głodnym nie mogło być mowy. A i w drinku rozweselacza było nieco więcej niż łyżeczka. I choć akurat padało i nie mogłeś się opalać, to miałeś na sobie wygodny dres.  No ale gdybyś do nich pojechał, nie mógłbyś powiedzieć znajomym, że wakacje spędziłeś w dziewięciogwiazdkowym hotelu z prywatnym basenem i spa oraz bufetem szwedzkim i barem czynnymi całą dobę.

Mirosław Haładyj

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.