W średniowieczu spaliliby mnie na stosie? Wyróżniony

Wiecie, ile waży czarownica? Kilkaset lat temu „uczeni” podali dokładną wagę. Które kobiety mogły zostać oskarżone o czary?

Początkiem sierpnia w Bieczu, malowniczym średniowiecznym miasteczku na terenie dzisiejszego powiatu gorlickiego, publicznie kalibrowano heksenwaag, czyli... wagę czarownic! Przy okazji "ujawniono" kilka pań, prawdopodobnie trudniących się czarną magią... Jak? Waga prawdę „powiedziała”.

Brzmi śmiesznie i dziś traktujemy to jako żart, jednak kilkaset lat temu nikomu z tego powodu do śmiechu by nie było – zwłaszcza kobietom. Ta, której waga wskazywała na „bycie czarownicą”, mogła skończyć spalona na stosie.

 

Ile zatem waży czarownica?

Ponieważ uważano, że czarownica nie ma duszy, jest więc bardzo lekka – lżejsza niż przeciętny człowiek. Dzięki temu bez problemu może latać na miotle… Ówcześni „uczeni” doszli bowiem do wniosku, że miotła to pojazd, którym podróżować, szybując wysoko w powietrzu, mogą tylko osoby o wadze niższej niż 49,5 kg. Jeśli na miotłę wsiadłby ktoś cięższy, nie byłby w stanie wzbić się w górę. Idąc tym tokiem rozumowania, dziś moglibyśmy powiedzieć, że dopuszczalna masa całkowita (DMC) miotły to 50 kg – zakładając, że ten ultraszybki „pojazd” waży około pół kilo.

Nie jest to dobra informacja dla wszystkich szczupłych pań… Dziś cieszymy się, gdy stając na wadze, zobaczymy kilka kilogramów mniej, ale kilkaset lat temu mogłoby to dla nas oznaczać śmierć...

Jak wyglądał test wagi? Kobieta musiała rozpuścić włosy i zdjąć ubranie, nim stanęła na wadze. Istniało przecież ryzyko, że ukryła coś ciężkiego, by odsunąć od siebie karę. Niestety, oczywiście z reguły okazywała się być lżejsza niż w rzeczywistości… Wagi były albo źle ustawione, albo łowcy czarownic przytrzymywali je podczas ważenia tylko po to, by mimo wszystko udowodnić kobiecie winę.

„Ostatnią deską ratunku” dla lżejszych osób była waga, znajdująca się w holenderskim miasteczku Oudewater. Tylko tam heksenwaag wykalibrowany był zgodnie ze sztuką, a nieprzekupni urzędnicy wynik pomiaru odczytywali z niezwykłą skrupulatnością. Cesarz Karol V Habsburg nadał nawet miastu przywilej, na mocy którego wydawano „certyfikaty”, respektowane w całej Europie, potwierdzające, że dana kobieta (a czasem również mężczyzna) nie była czarownicą. Do Oudewater przybywało więc setki osób, by zdobyć ten „list żelazny”. Wiarygodności tamtejszej wagi targowej nie kwestionował nikt, nawet najbardziej zawzięci łowcy czarownic.

Dla pań z natury szczupłych i osób po kuracjach odchudzających była to jedyna szansa na ocalenie. Do dziś w holenderskim miasteczku turystom wydawane są certyfikaty. W Polsce natomiast jedynym miastem, które ma wagę czarownic jest Biecz. Pierwsze zaświadczenia już też tam wydano.

Dziś traktujemy to wszystko jako ciekawostkę i zabawę z przymrużeniem oka, ale co jeśli żylibyśmy kilkaset lat temu?

W procesach o czary przeprowadzano także inne „testy”, niemniej jeśli chciano komuś udowodnić stosowanie czarnej magii, odpowiednie manipulowanie wynikami nie było trudne...

Anna Piątkowska-Borek

 

Felietony


1. Gdzie się podziała indywidualność?

2. Wtórny analfabetyzm, czyli lenistwo i ignorancja w czystej postaci!

3. Jazda autostradą − sztuka dla wielu niepojęta

4. Weź pigułkę! Na wszelki wypadek... 

5. Schwarzenegger elektrycznym Hummerem „popyla”, za to polskie kolumny rządowe…

Anna Piątkowska-Borek

Anna Piątkowska-Borek

Aktualizacja: środa, 12 grudzień 2018 17:41
Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Skomentuj

  1. Więcej na GŁOS24
  2. BIZNES
  3. STYL ŻYCIA
  4. ZDROWIE I URODA
  5. MOTORYZACJA
  6. KULTURA
  7. SPORT
  8. TURYSTYKA
  9. EDUKACJA
  10. POLITYKA