wtorek, 11 grudzień 2018 21:08

Weź pigułkę! Na wszelki wypadek...

Napisał

Wszyscy jesteśmy chorzy. Przynajmniej tak wynika z emitowanych co parę minut reklam. Czy rzeczywiście potrzebujemy tych wszystkich „magicznych pigułek”, „cudownych preparatów” i „uzdrawiających syropów”?

Z reklam wyłania się świat, w którym łykanie wszelkiej maści suplementów, leków i innych preparatów jest czymś zupełnie normalnym i traktowanym – można powiedzieć – jak obowiązkowy punkt dnia. Wychodząc z domu, trzeba przecież zażyć coś na odporność, by przypadkiem się nie przeziębić. W sumie słońca teraz też mało, więc nie zaszkodzi preparat z witaminą D. A może jeszcze jakaś tabletka, która sprawi, że nasze włosy będą bardziej błyszczące, a paznokcie przestaną się łamać? Jest też grupa medykamentów pomocnych, gdy nie mamy siły rano wstać z łóżka, jesteśmy zmęczeni, albo nie mamy apetytu. Inne pastylki powinniśmy łykać, gdy się zdenerwujemy, inne „na zdrowy sen”. Do tego coś na kości, coś zapobiegającego skurczom w łydkach i ogólnie jeszcze jakieś witaminy chroniące przed innymi dolegliwościami. Są i preparaty dla dzieci – "wesołe", kolorowe, słodkie i skaczące witaminki, dzięki którym maluch pozostanie okazem zdrowia.

A co jeśli tego wszystkiego nie zażywaliśmy? Oczywiście dopada nas choroba. Pojawia się katar, kaszel, ból głowy i inne dolegliwości, więc jak najszybciej trzeba działać i je pokonać – zwróćcie uwagę, że wszędzie czas gra kluczową rolę, reklamy uwielbiają słowa „natychmiast”, „od razu” itp. I tu się zaczyna prawdziwe pole do popisu dla firm farmaceutycznych. Trzeba zaoferować krople do nosa, które momentalnie go odblokują i pozwolą nam swobodnie oddychać. Trzeba też zareklamować syrop na kaszel mokry i na kaszel suchy, taki, który sprawi, że wydzielina się odklei, a oskrzela oczyszczą. Potem jeszcze jakiś genialny preparat na gardło, na gorączkę i ból głowy. Do tego słyszymy w spocie, że nie wolno nam czekać, musimy działać od razu i wypróbować mocny środek. Przecież, jak przekonuje reklama, „warto zaufać magicznej sile leku”, bo tylko on uchroni nas przed „złem”. I cieszmy się, bo to wszystko można mieć bez recepty!

Warto zauważyć, że w spotach reklamowych pojawiają się też choroby, które nie istnieją. Niektóre reklamy zostały przez to wycofane z emisji – przykładowo Główny Inspektor Farmaceutyczny uznał, że nie ma przecież takiej jednostki chorobowej jak „stan przeziębionej głowy”. 

Świat reklam ma też to do siebie, że ludzie wszędzie noszą ze sobą różne medykamenty. Najlepsze są sceny, w których ktoś wyciąga opakowanie cudownego leku w miejscu, w którym żadna normalna osoba by tego nie zrobiła. Nikt nie wmówi mi, że gdy kumple idą na piwo, to jeden drugiemu będzie pokazywał tabletki, jakie zażywa! Przy piwie? Chyba pracowników agencji reklamowej nieco poniosło...

To nie wszystko. W dzisiejszych reklamach panuje też ciche przyzwolenie na to, by żyć niezdrowo. Po co niby mam rezygnować z używek, zdrowo się odżywiać, w jedzeniu zachowywać umiar, uprawiać sport itd., skoro wystarczy łyknąć „magiczną tabletkę”? Gdy zjem tłusty posiłek, od razu zażyję coś na niestrawność i sprawa załatwiona. Do tego może jeszcze coś na regenerację wątroby, obniżenie cholesterolu, nadkwaśność, zgagę i wszystko będzie w porządku. A na koniec preparat na odchudzanie i sprawa załatwiona.

Gdzie w tym wszystkim sens i logika? Czy nie lepiej było po prostu żyć zdrowiej? Niestety, jak się okazuje, w wielu przypadkach wolimy łyknąć pigułkę, ponieważ wierzymy w jej cudowne właściwości. Po części możemy też w ten sposób usprawiedliwić wcześniejsze nie do końca dobre dla organizmu zachowanie.

Ciężko się też oprzeć wrażeniu, że reklama całkowicie odarła nas z jakiejkolwiek intymności. Co parę minut ze spotów dowiadujemy się, że któryś facet ma problem z potencją, a jakaś kobieta cierpi na suchość pochwy. Do tego dochodzą wszelkie wstydliwe dolegliwości jelitowe, które także mają wpływ na życie seksualne. Tuż przed randką kobieta musi zastosować ziołowy preparat, by szybko uwinąć się z tak prozaiczną czynnością jak wypróżnianie, a następnie uśmiechnięta w podskokach biegnie na spotkanie z partnerem. Nie chodzi o to, że o tych sprawach nie powinno się mówić, ale czy rzeczywiście trzeba te spoty emitować przy każdej nadarzającej się okazji? Przecież wiele osób ogląda telewizję, w międzyczasie coś jedząc. Autentycznie, po czyichś zaparciach, biegunkach czy gazach apetyt znika, a to, co widzimy na ekranie, jest po prostu niesmaczne.

Czy potrzebujemy tych wszystkich „uzdrawiaczy”? Nie mówię, że wszystkie są niepotrzebne. Bez wielu jednak na pewno jesteśmy w stanie się obejść.

Niestety, na przykładowo dwadzieścia reklam w przerwie podczas filmu, trzynaście będzie dotyczyło prozdrowotnych preparatów w różnej postaci. Od samego oglądania człowiek czuje się chory.

Anna Piątkowska-Borek

 

Felietony

1. Prawdziwa muzyka nie ma daty ważności 

2. Gdzie się podziała indywidualność?

3. W średniowieczu spaliliby mnie na stosie?

4. Wtórny analfabetyzm, czyli lenistwo i ignorancja w czystej postaci!

5. Jazda autostradą – sztuka dla wielu niepojęta 

6. Schwarzenegger elektrycznym Hummerem „popyla”, za to polskie kolumny rządowe… 

7. Święta na drogach. Niektórych to przerasta...

8. Brak czasu, wykrętne odpowiedzi i wąskie specjalizacje, czyli… o urzędnikach

9. Kobietom z brodą wstęp wzbroniony!

10. Ewie Kopacz i jej dinozaurom to nawet Ryszard Petru nie dorówna!

11. Zwierzęta nie znają przepisów drogowych

 

POLECAMY: Za drzwiami chłodni...

Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.