Ich produkty ma niemal każdy pod ręką. „Rozwój w ciągu ostatnich kilkunastu lat to petarda”

Grzegorz Tomiak, prezes andrychowskiego Ogniochronu
Grzegorz Tomiak, prezes andrychowskiego Ogniochronu / Ogniochron

„Rozwój w ciągu ostatnich kilkunastu lat to petarda” – mówi Grzegorz Tomiak. Dziesięć lat temu sprzedaż firmy z Andrychowa wynosiła 60–70 mln zł rocznie, dziś zbliża się do 190 mln zł. „To są właściwie dwie zupełnie różne firmy” – dodaje prezes Ogniochronu.

Zaczynali od serwisowania gaśnic. Dziś produkty Ogniochronu można znaleźć w większości polskich samochodów, a także w hotelach, sklepach czy urzędach. Sama firma po raz kolejny mocno inwestuje w rozwój.

Z Grzegorzem Tomiakiem rozmawiamy o tym, jak przez ponad 30 lat zmienił się Ogniochron, jakie nowe zagrożenia wpływają na rynek ochrony przeciwpożarowej i dlaczego nawet wygląd gaśnicy ma dziś znaczenie. Pytamy też o kolejną inwestycję wartą około 38 mln zł oraz wsparcie w ramach Polskiej Strefy Inwestycji i Krakowskiego Parku Technologicznego.

Ogniochron z Andrychowa. Grzegorz Tomiak o rozwoju firmy
Od serwisowania gaśnic do 190 mln zł sprzedaży. Prezes Ogniochronu opowiada o rozwoju firmy, inwestycjach i wsparciu KPT.

Panie prezesie, kiedy wchodzi pan do sklepu, firmy czy urzędu, odruchowo szuka pan wzrokiem gaśnicy? W końcu jest duża szansa, że będzie to gaśnica, którą właśnie wy wyprodukowaliście.

– Tak, oczywiście. Mam taki nawyk, podobnie jak osoby współpracujące z nami i pracownicy Ogniochronu – szukamy naszych wyrobów na rynku. I nietrudno je znaleźć, zwłaszcza w Polsce, gdzie mamy około 65–70 proc. rynku.

Obrazowo: w przypadku jednokilogramowych gaśnic samochodowych, gdybyśmy losowo zajrzeli do dziesięciu samochodów, w sześciu–siedmiu prawdopodobnie znaleźlibyśmy nasze gaśnice. Podobnie jest w hotelach czy galeriach handlowych. Jeżeli gdzieś znajduje się gaśnica, jest duża szansa, że pochodzi właśnie z Ogniochronu.

Właściwie każdy powinien mieć też gaśnicę w domu.

– To odrębne zagadnienie. Rynek, który obsługujemy, dzieli się na dwa segmenty. Jeden nazywam rynkiem obligatoryjnym – gaśnica musi być w samochodzie, sklepach, galeriach i innych miejscach, gdzie ludzie przebywają zbiorowo. Natomiast w domach takiego obowiązku nie ma, choć oczywiście zachęcamy do posiadania gaśnicy również tam.

Mamy nawet specjalną linię wyrobów przeznaczonych do domów. Różnią się między innymi estetyką, bardziej dopasowaną do domowych wnętrz. Elementem naszej strategii jest również budowanie świadomości klientów.

Produkujecie nie tylko klasyczne gaśnice. Co jeszcze powstaje w Andrychowie?

– Sama kategoria gaśnic jest bardzo szeroka. Mamy gaśnice 1-, 2-, 4-, 6-, 9- czy 12-kilogramowe, a później agregaty 25-, 50- czy 250-kilogramowe. Trudno więc mówić o jednym produkcie, bo wachlarz zastosowań jest bardzo szeroki.

Produkujemy gaśnice proszkowe, pianowe czy wodne. Co ważne, bardzo duża część wartości produktu powstaje po naszej stronie. Kupujemy stal, mosiądz i inne materiały i na tej bazie wytwarzamy gotowy produkt. Nie jesteśmy firmą, która jedynie montuje coś z wcześniej zakupionych, gotowych elementów.

Jakie są obecnie największe wyzwania w waszej branży? Czy jednym z nich są samochody elektryczne?

– Rynek bardzo się zmienia i tych wyzwań jest kilka. Pierwsze wiąże się ze zmianami regulacyjnymi dotyczącymi gaśnic pianowych i koniecznością odejścia od stosowania fluoru. Wymagało to od nas przestawienia produkcji i dostosowania się do nowych wymagań.

Drugim obszarem są nowe zagrożenia pożarowe. Jednym z nich są baterie litowo-jonowe. Jest ich coraz więcej – choćby w rowerach elektrycznych – dlatego rośnie zapotrzebowanie na odpowiednie urządzenia do ich gaszenia. Mamy już produkt odpowiadający na tę potrzebę.

Kolejnym przykładem są specjalne gaśnice przeznaczone do instalacji fotowoltaicznych. Tutaj również mamy odpowiedni wyrób.

Globalnie dużym wyzwaniem są jednak rosnące oczekiwania rynku – choć być może częściowo sami je też kreujemy, rozwijając nasze produkty. Chodzi o to, aby były coraz skuteczniejsze, ale również coraz bardziej estetyczne.

Gaśnice wiszą przecież w muzeach czy reprezentacyjnych budynkach użyteczności publicznej. Projektanci coraz częściej zwracają uwagę także na to, jak taki element będzie wyglądał.

To zaskakujące, bo chyba mało kto myśli o gaśnicy jako o przedmiocie, który również trzeba zaprojektować pod względem estetycznym.

– Zdecydowanie ma to znaczenie. W ostatnich latach, właśnie w odpowiedzi na takie zapotrzebowanie, opracowaliśmy – jako jedni z nielicznych w naszej branży na świecie – technologię spawania laserowego. Pozwala ona uniknąć grubego, tradycyjnego spawu i poprawić estetykę produktu.

Czy osoba, która montuje panele fotowoltaiczne, powinna mieć pod ręką odpowiednią gaśnicę?

– Fotowoltaika rozwija się bardzo szybko. Każdy, kto posiada na dachu tego rodzaju instalację, powinien dysponować odpowiednim sprzętem, który pozwoli zabezpieczyć się na wypadek zagrożenia.

Ogniochron ma ponad 30 lat. Jak bardzo zmieniła się firma przez ten czas?

– To są właściwie dwie zupełnie różne firmy: ta, która została utworzona w 1993 roku, i ta, która dzisiaj funkcjonuje na rynku.

Początkowo była to mała firma zajmująca się przede wszystkim usługami serwisowymi, czyli serwisowaniem gaśnic. Pierwszym własnym wyrobem była gaśnica jednokilogramowa. Później, przez kolejne lata, pojawiały się nowe produkty, tak aby uzupełniać całą ich rodzinę. Odbiorcy są zainteresowani tym, abyśmy zapewniali im pełen zakres potrzebnego sprzętu – nie jeden typ gaśnicy, ale całą gamę, aż po duże agregaty.

Przez pierwsze lata firma rozwijała się, jak często mówię, organicznie. Natomiast rozwój w ciągu ostatnich kilkunastu lat to już petarda.

Na bazie zdobytych wcześniej doświadczeń rozpoczęliśmy szeroki proces inwestycyjny. W zasadzie wybudowaliśmy firmę od nowa, opierając ją na nowoczesnych technologiach, a równocześnie rozwijaliśmy rynek.

Od 2013 roku przeprowadziliśmy trzy duże procesy inwestycyjne. Udało się je również współfinansować ze środków unijnych. Dzięki temu zbudowaliśmy bardzo duży potencjał produkcyjny i rynkowy.

Cały czas rozwijaliśmy się jednak organicznie: najpierw realizowaliśmy pierwszy etap inwestycji i zdobywaliśmy dla niego rynek. Później drugi etap i kolejne rynki, następnie trzeci. Teraz realizujemy kolejny etap w ramach Polskiej Strefy Inwestycji i jednocześnie zdobywamy nowe rynki.

O jakiej skali rozwoju mówimy?

– Dziesięć lat temu firma sprzedawała swoje wyroby za około 60–70 mln zł rocznie. W tym roku zamkniemy sprzedaż na poziomie około 190 mln zł. To pokazuje skalę wzrostu.

Żeby taki wynik osiągnąć, trzeba było inwestować. Do tej pory zrealizowaliśmy inwestycje na poziomie około 60–70 mln zł, a teraz w ramach Polskiej Strefy Inwestycji będziemy realizować kolejny projekt o wartości około 38 mln zł.

To ciekawe wsparcie, bo nie mówimy o klasycznej dotacji. Firma najpierw inwestuje własne pieniądze, a później może korzystać ze zwolnienia podatkowego.

– Tak. Uważam, że konstrukcja Polskiej Strefy Inwestycji jest bardzo dobrze przemyślana z punktu widzenia polityki państwa, ponieważ opiera się na zasadzie win-win: państwo, firma i obywatele.

Warunkiem wejścia do tego projektu jest dokonanie inwestycji. My musimy więc najpierw zainwestować około 38 mln zł. Kiedy zakończymy ten proces i go rozliczymy, Krakowski Park Technologiczny zweryfikuje realizację projektu. Dopiero wtedy możemy zacząć korzystać z ulgi podatkowej.

W naszym przypadku inwestycje realizujemy w latach 2026–2027. Dziś jeszcze z ulgi nie korzystamy. Po zakończeniu projektu będziemy mieli do dyspozycji około 18 mln zł ulgi, którą będziemy mogli sukcesywnie odliczać od należnego podatku.

Ale żeby móc z niej skorzystać, trzeba osiągać odpowiednie zyski. Inwestycja musi więc przynieść efekty. Jeżeli zainwestowalibyśmy pieniądze i później nie osiągali zysków, ulga po prostu nie zafunkcjonuje.

Dlatego mówię, że jest to mądre z punktu widzenia państwa. My najpierw inwestujemy, a dopiero kiedy pojawiają się efekty, możemy od nich nie zapłacić określonej części podatku.

Czy trudno przejść przez wszystkie formalności?

– Wcześniejsze projekty inwestycyjne, które realizowaliśmy przy współfinansowaniu ze środków unijnych, były bardzo trudne i karkołomne. Procedury były długotrwałe, podobnie jak sam proces decyzyjny. Przebrnęliśmy przez to i mamy dziś zarówno poczucie sukcesu, jak i konkretne efekty gospodarcze.

Polska Strefa Inwestycji również nie jest prostym programem. Wymaga dużego zaangażowania ze strony firmy. Jednocześnie widzimy bardzo duże wsparcie, wręcz pewnego rodzaju prowadzenie ze strony Krakowskiego Parku Technologicznego.

Doceniamy rolę KPT, ponieważ poza samym wydaniem decyzji pełni on funkcję doradczą zarówno na etapie przygotowania wniosku, jak i późniejszego rozliczenia. Bardzo sobie to cenimy.

Co jest dziś największym wyzwaniem dla Ogniochronu? Nakłady inwestycyjne, znalezienie odpowiednich pracowników czy coś zupełnie innego?

– Nakłady nie są dla nas największym wyzwaniem. Mamy doświadczenie inwestycyjne, wiemy, po co sięgać i jak się rozwijać. Pracownicy na naszym rynku również są dostępni.

Największym wyzwaniem jest dziś nieprzewidywalność sytuacji geopolitycznej i geoekonomicznej. Na zarządzanie firmą, dobór ludzi czy zakupy mamy bardzo duży wpływ. Na to, co dzieje się na świecie – niewielki, choć konsekwencje odczuwamy bardzo mocno. Prostym przykładem są ceny paliw.

Kiedy politycy – nawet na poziomie prezydenta Stanów Zjednoczonych – nie potrafią poradzić sobie ze swoimi funkcjami, później wszystko to oddziałuje również na nas.

Z drugiej strony wojna za naszą granicą i ogólne poczucie niepewności powodują chyba, że ludzie częściej myślą o bezpieczeństwie. Czy widzicie zmianę podejścia również do ochrony przeciwpożarowej?

– Myślę, że tak. W ostatnim czasie bardzo mocno rośnie ogólna świadomość bezpieczeństwa. Nie mam na myśli wyłącznie bezpieczeństwa militarnego, ale bezpieczeństwo rozumiane znacznie szerzej.

Ludzie częściej ubezpieczają domy, częściej ubezpieczają też siebie na życie. Dbają o to, żeby domy i inne dobra, które gromadzą, były odpowiednio zabezpieczone – również pod względem ochrony przeciwpożarowej.

Widzimy, że bezpieczeństwo przestaje być traktowane jak „piąte koło u wozu”. Ludzie zaczynają patrzeć przez pryzmat ryzyk, które rzeczywiście mogą im zagrozić.

Ogniochron zaczynał od serwisowania gaśnic. Czy współczesna gaśnica nadal może być serwisowana, czy jest produktem jednorazowym?

– Gaśnica jest produktem, który można serwisować i który wymaga przeglądów.

Jej trwałość zależy również od indywidualnego podejścia osób odpowiedzialnych za zabezpieczenie obiektu. Maksymalna trwałość może wynosić około 20 lat, bo przez taki czas zbiornik może zachowywać wymagane parametry. My rekomendujemy jednak w przypadku budynków wymianę co najmniej co 10 lat, a w przypadku samochodu – odpowiednio do okresu jego użytkowania.

Co ciekawe, coraz częściej pojawia się też pytanie, co robić ze starymi gaśnicami i zużytym sprzętem. Od stycznia planujemy uruchomić działalność pomocniczą polegającą na utylizacji starych gaśnic.

Czy przedsiębiorcy, którzy zastanawiają się nad inwestycją, powinni pana zdaniem zainteresować się możliwością skorzystania z Polskiej Strefy Inwestycji i pomocy KPT?

– Tak, zdecydowanie zachęcam do tego firmy, które mają pomysł na rozwój. To jest podstawowy warunek.

Jeżeli firma nie ma pomysłu, nie wie, w co chce inwestować, nie zachęcałbym do korzystania z programu tylko po to, żeby była to sztuka dla sztuki.

Ale jeżeli przedsiębiorca ma konkretny plan – chce zwiększyć produkcję, wie, jakich maszyn potrzebuje i w jaki sposób chce się rozwijać – to moim zdaniem Polska Strefa Inwestycji jest dziś bardzo dobrym rozwiązaniem.

A w naszym województwie zdecydowanie rekomenduję skorzystanie z pomocy Krakowskiego Parku Technologicznego.

Wadowice - najnowsze informacje

Rozrywka