sobota, 11 grudnia 2021 21:24

40 lat po stanie wojennym, a postulaty „Solidarności” nadal aktualne

Autor Marzena Gitler
40 lat po stanie wojennym, a postulaty „Solidarności” nadal aktualne

- Nie przygotowywaliśmy ludzi do żadnej wojny domowej, ani zewnętrznej. To był pokojowy przewrót, który miał się toczyć w kierunku uczłowieczenia państwa - mówi Piotr Marzec z Wieliczki, który za niezależność w stanie wojennym zapłacił długim internowaniem. Czy strajki, protesty, ukrywanie się i więzienie miały sens? Czy Polska 2021 to kraj, o którym marzyli działacze „Solidarności”?

Stan wojenny planowano od początku

Zdaniem Piotra Marca, byłego działacza NSZZ „Solidarność” w Kopalni Soli Wieliczka, stan wojenny nie został wprowadzony dopiero 13 grudnia. Był planowany praktycznie od początku, gdy pojawiły się robotnicze protesty i powstawały niezależne organizacje związkowe. Świadczą o tym, jego zdaniem m.in. trudności z zarejestrowaniem trzech tworzących się po sierpniu 1980 roku niezależnych organizacji: NSZZ Solidarności pracowniczej, Solidarności Rolniczej i Niezależnego Związku Studentów, które chciały ze sobą współpracować, wspierając się w walce z totalitarnym państwem. Świadczą też o tym dokumenty. Piotr Marzec pokazuje nam fotokopię dokumentu z milicyjnej akcji „Tygiel”, w ramach której stworzono listy przyszłych internowanych działaczy opozycyjnych, z ich dokładnymi adresami. Powstała 13 października 1980 roku, czyli ponad rok przed wprowadzeniem stanu wojennego przez Krajową Radę Ocalania Narodowego pod przywództwem gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zdaniem byłego działacza z Wieliczki rozkazy internowania były wystawione i zaadresowane już wtedy. Świadczyć o tym ma choćby adres, pod który przyszło wezwanie dla niego, a który w czasie wprowadzenie stanu wojennego był już nieaktualny.

Działacze przeczuwali, że nadchodzi koniec ich względnej niezależności. Spodziewali się jednak, że stan wojenny zostanie wprowadzony po świętach, jednak na pewno przed zbliżającymi się wyborami do Rad Narodowych. - To była tylko kwestia czasu. Myśmy liczyli, że to będzie po świętach Bożego Narodzenia, natomiast politycy, jak widać, nie mają sentymentów. Polityka ma swoje prawa, ma swoje kalendarze, a w tym kalendarzu były wybory do rad narodowych. Miały być na przełomie stycznia i lutego 1982 roku. Wiedzieliśmy, że nie dopuszczą do tego, żebyśmy przejęli inicjatywę w podstawowych organach administracyjnych państwa, ale nikt nie przypuszczał, że stan wojenny zostanie wprowadzony na święta - mówi Marzec.

Tym, co zaniepokoiło i bezpośrednio poprzedziło wybuch represji, była brutalna pacyfikacja Wyższej Szkoły Pożarniczej w Warszawie, która miała miejsce 2 grudnia 1981 roku. Marzec wspomina też ostatnie spotkanie Komisji Międzyzakładowej Solidarności w Krakowie, 3 grudnia w budynku przy Alei Krasickiego. - Było nas może ze 20 osób. Wiedzieliśmy, że sprawa wprowadzenia stanu wojennego i kresu naszej działalności jest praktycznie przesądzona. To była taka straszna szarpanina, ciągłe napięcie, prowokacje, że zmęczenie było nieprawdopodobnie. Wszyscy byli wyczerpani, bo była cały czas gotowość strajkowa - wspomina. - Goniliśmy resztkami sił.

„Nie wiedzieliśmy, co się tam dzieje, czy strzelają, zabijają, rozjeżdżają”

Sam stan wojenny zaskoczył Piotra Marca na wycieczce zakładowej w Czechosłowacji. - Obudziliśmy się rano w hotelu. Cieć hotelowy puka do drzwi i mówi: macie w Polsce stan wojenny. Myśleliśmy: wariat jakiś sobie żartuje. Wyglądamy przez okno - co 50 metrów czeski milicjant z żołnierzem. Cała Praga obstawiona. Podjęliśmy decyzję, że wszyscy wracamy do kraju. Nie wiedzieliśmy, co się tam dzieje, czy strzelają, zabijają, rozjeżdżają - nie było żadnej informacji - opowiada.

Kopalniany autobus wracał przez przejście w Kudowie. Już po polskiej stronie pojawił się problem.  - Sytuacja była bardzo dramatyczne. Nikt nie wiedział, jak się zachować i wiadomo było, jak się to wszystko potoczy. W autobusie brakło paliwa. Nie wiemy jak dojechać do Krakowa, ale jak to bywa, mieliśmy jednego przedsiębiorczego taksówkarza. Potrafił dogadać się  jakimś PGR-em i sprzedali mu paliwo - wspomina Marzec. - Pojechaliśmy do Krakowa. Ja zostałem na Asnyka, mieliśmy tam taki punkt kontaktowy. Skoczyłem do mieszkania, zapukałem w umówiony sposób, nikt się nie odezwał. Schowałem się za róg, tam jest taki bar mleczny. Momentalnie podjechały dwa samochody, wyleciało sześciu ludzi. Przyczaiłem się w cieniu pod kościołem. Podjechał autobus, wsiadłem, przyjechałem do Wieliczki. Kolega zabrał mnie do swojego domu. Okazało się, że u mnie już była rewizja. Nie tylko u mnie - była u brata, mamy, cioci. Żona była sama 13 grudnia z dziećmi. Jedno trzy lata, drugie pięć. Milicjanci przyszli z bronią, dzieci długo to pamiętały i przeżywały - wspomina Piotr Marzec.

Piotr Marzec nie wrócił do pracy. Ukrywał się. Około 18 grudnia odbyło się tajne spotkanie opozycjonistów z Wieliczki. Zorganizowano je u ojców reformatów. Zachowano wszystkie środki ostrożności. Było umówione miejsce spotkania, hasło, jak za konspiracji. - Mnie na to spotkanie kolega Tadzio przywiózł autem ukrytego pod kocem - mówi Marzec. - Jedno muszę powiedzieć - nikt nie zdradził, bo do tej pory nikt nie wie o tym spotkaniu - dodaje. Tam zapadła decyzja co dalej. Nastroje nie były dobre. - W kopalni działacze partyjni i dawni UB-cy biegali po zakładzie i krzyczeli, żeby dać im broń, to rozwalą tych sukinsynów - mówi Marzec. - Robiło to na pewno wrażenie. Na rynku stały maszyny bojowe. Ludziom opadły skrzydła - wspomina.

- Myśmy nie przygotowywali ludzi do żadnej wojny domowej ani zewnętrznej. To był pokojowy przewrót, który miał się toczyć w kierunku uczłowieczenia państwa - podsumowuje.

Człowiek, który się ukrywa, nie jest człowiekiem

Jak potoczyły się dalsze losy wielickiego opozycjonisty? Znajomi użyczyli mu dwa mieszkania w Krakowie, w których się ukrywał. - Jedno miałem u ś.p. ks. Tadeusza Juhasa, drugie w Prokocimiu na plebanii. Dwa mieszkania do dyspozycji oddała mi też moja koleżanka wraz z rodziną, Marzena Chrzanowska, która była w komisji zakładowej, bardzo mądra, bystra kobieta. Miesiąc ukrywania się jest gorszy od więzienia. Człowiek, który się ukrywa, nie jest człowiekiem. Inaczej reaguje na wszystko, wszystko jest inne. Próbowałem jeszcze nawiązać jakieś kontakty w różnych miejscach, ale co kogo spotkałem, to na umówione spotkanie nie przychodził, bo go zamykali - opowiada Piotr Marzec. A musiał ciągle przemieszczać się, jeździć komunikacją, obawiając się, że ktoś go w końcu rozpozna i zdradzi.

W 1981 roku przeżył też najbardziej nietypowe święta, których nigdy nie zapomni. - Koleżanka, ta która udostępniła mi dwa mieszkania, miała dwoje małych dzieci i męża Piotra. Zaprosiła mnie do swojej rodziny na święta. Trzeba tylko było przejechać przez cały Kraków, a tu partol za patrolem. Zabrała mnie do rodziców. Jedziemy jej samochodem, ja pod kocem. Ona wystawia na ryzyko swoje dzieci, a mimo wszystko odważyła się, choć nie musiała mnie zapraszać. Podziwiam ją za to, zresztą całą rodzina była zagrożona, bo użyczyła mi mieszkania. Tak spędziłem tę Wigilię w stanie wojennym. To była sytuacja nierealna, jak z filmu - opowiada.

Azyl wolności otoczony murami

Potem zapadła decyzja o ujawnieniu się. Piotr Marzec 6 stycznia 1982 roku idzie jak gdyby nigdy nic do kopalni, zjeżdża na dół, a gdy kończy pracę, dostaje wezwanie na komendę. Tam zostaje zatrzymany i po kilkudniowym przetrzymywaniu w Krakowie na ul. Mogilskiej, w Komendzie Wojewódzkiej Milicji, internowany w Załężu, gdzie jest świadkiem przemocy, upodlenia, podejmuje wraz z innymi strajk głodowy, a potem organizuje tam podziemną drukarnię. Przy pomocy połamanej żyletki robi pieczątki z płytek PCV z podłogi na świetlicy i gumek do ścierania. Drukują je potem na grypsach z więzienia. To nie wszystko. Robią też znaczki.  W pewnym momencie cała ekipa chodzi ze znaczkami „Solidarność Załęże”, a na apelach wspólnie śpiewa opozycyjne piosenki. - Stworzyliśmy azyl wolności otoczony murami - podsumowuje.

Niespełnione postulaty

Co myśli teraz, wspominając 13 grudnia 1981 roku? Boli go, kiedy rocznicę wprowadzenia stanu wojennego wykorzystuje się dla politycznych celów. Jak jest to wygodne, to składa się wieńce, a jak nie - to nie odśnieży nawet pomnika na 13 grudnia. - Każdy z tych ludzi, którzy brali udział w wydarzeniach roku 80-tego był zainteresowany tym, aby doprowadzić do przemian. Każdy inaczej pojmował to, co powinno się zmienić. Przede wszystkim chcieliśmy stworzyć niezależną organizację związkową, niezależną i od władz politycznych i rządu, i od Moskwy. Miała mieć charakter ogólnonarodowego zrywu, prowadzącego do przemian i poprawy warunków życia, zmian geopolitycznych, a nie tylko do obrony praw pracowniczych. Dzisiaj to się wydaje śmieszne, że „Solidarność” miała być związkiem zawodowym - ocenia.

Czy po tylu latach udało się te cele osiągnąć? - Warto zacytować choćby postulaty dotyczące służby zdrowia, które nadal są bardzo aktualne - mówi Piotr Marzec. - „Dosyć braku łóżek, lekarstw, personelu, dosyć lekceważenia zdrowia obywateli, narasta kryzys ochrony zdrowia w Polsce, który zagraża biologicznej egzystencji narodu. Żądamy radykalnego rozwiązania problemu służby zdrowia w Polsce”. Wie pani kiedy to napisano? 10 listopad 1980 roku. Czterdzieści lat później mówimy o tym samym.  Gdy pyta mnie pani, czy nasze postulaty zostały zrealizowane - nawet jak ktoś weźmie te 20 najważniejszych postulatów to zobaczy, że połowa z nich nadal jest aktualna - podsumowuje.

fot. Głos24

Wieliczka

Wieliczka - najnowsze informacje