niedziela, 16 maja 2021 12:57

Wojciech Wojdak, podwójny mistrz Polski z Brzeska: Wolę pokazać w wodzie, na ile mnie stać

Autor Mirosław Haładyj
Wojciech Wojdak, podwójny mistrz Polski z Brzeska: Wolę pokazać w wodzie, na ile mnie stać

Wojciech Wojdak na rozgrywanych w dniach 28.04-2.05 w Lublinie Mistrzostw Polski zdobył dwa złote medal. Brzeski pływak był bezapelacyjnym zwycięzcą na swoim koronnym dystansie 800 metrów stylem dowolnym. Do tego dołożył pierwsze miejsce na 400 metrów.

Reprezentant BOSiR-u Brzesko nie może jednak czuć się w pełni usatysfakcjonowany, bo mimo tego wielkiego sukcesu nie osiągnął minimum kwalifikacyjnego, dającego przepustkę do Igrzysk Olimpijskich w Tokio.

Najlepszy aktualnie polski kraulista rozpoczął wyścig w bardzo szybkim tempie, uzyskując miażdżącą przewagę nad rywalami. Pierwsze 200 metrów pokonał w czasie dającym nadzieję na osiągnięcie wymarzonego celu. Po kolejnych stu metrach stało się jednak jasne, że nie osiągnie czasu gwarantującego wyjazd do Tokio. Zwyciężył z czasem 8:02,84, o ponad 8 sekund wolniej od wyznaczonego minimum. Wojciechowi Wojdakowi i jego szkoleniowcowi Marcinowi Kacerowi należą się jednak gratulacje i słowa uznania za ciężką pracę, jaką obaj od wielu lat wkładają na treningach. Efektem tej katorżniczej pracy jest  niezwykle bogata kolekcja medali wywalczonych nie tylko na Mistrzostwach Polski, ale i na Mistrzostwach Świata. Przypomnijmy, że Wojciech Wojdak reprezentował też Polskę na poprzednich igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro.

Brzeski pływak jednak ma jeszcze szanse na występ w tegorocznej olimpiadzie w Tokio. Aby walczyć o kwalifikacje do tej imprezy w najbliższym czasie weźmie udział w mistrzostwach Litwy. Trudno jednak w warunkach pandemicznych osiągać wyniki na najwyższym światowym poziomie, jeśli na krajowym podwórku brakuje wymagających konkurentów, a w ostatnich dwóch latach praktycznie nie było możliwości rywalizowania w zawodach z udziałem najlepszych pływaków na świecie. Nasz eksportowy kraulista jest nadal rekordzistą Polski na  800 metrów stylem dowolnym – w 2017 roku w Budapeszcie przepłynął ten dystans w czasie 7:41,73, co dało mu wtedy srebrny medal Mistrzostw Świata.

Z  podwójnym mistrzem Polski porozmawialiśmy między innymi o tegorocznych sukcesach, stracie w mistrzostwach Litwy, ale też jego pasji do pływania i treningach MMA, które pomagają w osiąganiu jeszcze lepszych rezultatów.

Tytuł Mistrza Polski na pana ulubionym dystansie 800 m, który został przez pana niedawno zdobyty, z pewnością jest sukcesem i napełnia pana satysfakcją, ale musi pan przyznać, że jest ona niepełna, ponieważ zapowiadał pan, że głównym celem jest zdobycie kwalifikacji olimpijskiej.
– Nie ukrywam, że tytuł Mistrza Polski bardzo mnie satysfakcjonuje. Cieszę się, że wróciłem z powrotem na szczyt, czyli na pierwsze miejsce w kraju, po nieudanych Mistrzostwach Polski na krótkim basenie. Tam moja forma nie była do końca idealna, choć zdobyłem jeden złoty medal. Ale też nie ukrywam, że pojechaliśmy na Mistrzostwa Polski, przede wszystkim żeby uzyskać kwalifikację olimpijską, czego niestety nie udało się zrobić. Ale mamy jeszcze jedną szansę za dwa tygodnie na Litwie.

Znajduje się pan teraz na zgrupowaniu przed tymi zawodami. Był czas, żeby nacieszyć się trochę ze zdobycia krajowego mistrzostwa?
– Nie, tak naprawdę miałem jeden dzień wolnego na odpoczynek, głównie psychiczny. Potem trzeba było od razu wrócić do treningów na najwyższych obrotach.

Dużo jest do poprawy, jeżeli chodzi o kwalifikację na olimpiadę?
– Na zrobienie kwalifikacji byłem już gotowy na Mistrzostwach Polski, tylko kilka ostatnich, końcowych elementów nie poszło nam tak, jak planowaliśmy. Można powiedzieć, że był to wypadek przy pracy, przytrafił się błąd. Na zgrupowaniu podszlifujemy formę, żeby była jeszcze lepsza, żeby można było uzyskać jeszcze lepszy wynik. Jesteśmy dobrej myśli.

Niezdobycie kwalifikacji olimpijskiej motywuje?
– Wiadomo, że było chwilowe rozczarowanie, bo w sumie wszystko zmierzało w dobrą stronę, a nie wyszło tak, jak chcieliśmy. Wiedzieliśmy, że, w razie gdyby coś poszło nie tak, będzie jeszcze jedna szansa, żeby uzyskać minimum, więc odbieramy to, jako kolejną lekcję i naukę w przygotowaniach do głównych zawodów.

Jak długo trenował pan przed mistrzostwami Polski?
– Przygotowania trwały cztery miesiące.

Czyli, od kiedy je pan zaczął, nie było czasu, żeby odpocząć.
– Tak, niestety pływanie jest ciężkim sportem, w którym oczywiście można sobie zrobić przerwę, ale dopiero po głównych zawodach, w tym przypadku olimpiadzie. Odpoczynek też nie jest długi – tydzień, góra dwa, a potem jest powrót do pracy.

Rozumiem, że nie wybiera pan 26-dniowego urlopu?
–Nie (śmiech). Niestety, „urlop” mogę sobie zaplanować jedynie w zgodzie z kalendarzem zawodów – sprawdzając wcześniej, kiedy wypadają igrzyska, albo mistrzostwa świata.

Czy w mistrzostwach Polski rzeczywiście wszystko było podporządkowane olimpiadzie?
– U nas numerem jeden była i jest olimpiada. Jakby udało się uzyskać kwalifikację przed Mistrzostwami Polski, to owszem, pojechałbym na te zawody, ale pewnie nie w takiej formie, bo inaczej rozplanowane byłyby treningi. Głównym celem było zrobienie kwalifikacji. Potem zakładaliśmy dłuższy czas na spokojne przygotowywania do igrzysk olimpijskich.

Gdyby na mistrzostwach Polski zdobył pan kwalifikację, ale nie zdobył tytułu, miałby pan większą satysfakcję?
– Myślę, że tak. Zdobycie kwalifikacji jest dużo trudniejsze. Jej uzyskanie raczej wiąże się ze zdobyciem pierwszego miejsca na mistrzostwach. Poziom w kraju nie jest aż tak wysoki, żeby każdy mógł robić kwalifikację, jest tylko ścisła czołówka, która o to walczy.

Jak nastrój przed występami na Litwie? Jak się pan czuje fizycznie i psychicznie?
– Jak wspominał pan wcześniej, jestem na razie na obozie. Póki co, mamy bardzo ciężkie treningi, więc morale chwieją się. Raz jest dobrze, raz źle, czyli tak, jak to bywa podczas trudnych i obciążających  przygotowań. Ale jest coraz bliżej zawodów, więc intensywność treningów będzie spadać, a morale wzrastać. Na pewno jest apetyt na szybkie pływanie. Zobaczymy za dwa tygodnie.

Jak wygląda obecny reżim treningowy?
– W wodzie trenujemy w sumie cztery godziny, dwie rano i dwie popołudniu. Poza basenem mamy godzinę, albo na biegania połączone z ćwiczeniami z piłkami oraz gumami, albo na ćwiczenia ogólnorozwojowe. W tych ostatnich wprowadziliśmy treningi MMA.

MMA? Dość nietypowo, jak na obóz pływacki, ale zdaje się, że jest pan fanem tego sportu?
– Tak. Chodziło nam o to, żeby w trakcie przygotowań było też "coś innego”. Żeby nie było przez cały czas tylko pływania, ale też pewnego rodzaju odskocznia, by móc rozluźnić głowę i skupić się na czymś innym.

Panie Wojciechu, jest pan aktualnym Mistrzem Polski, walczy pan o wyjazd na olimpiadę. Czy spogląda pan czasem wstecz na swoją dotychczasową karierę? Wraca do jej początków? Są chwile refleksji nad tym, jaką drogę pan przebył, żeby znaleźć się w obecnym miejscu?
– Tak, często wspominam swoje dobre i złe czasy. Myślę, że w każdym sporcie każdy zawodnik miał swoje wzloty i upadki. Choć uważam, że jeszcze wszystko przede mną.

Z pewnością jeszcze sporo zawodów przed panem. Pytałem o te chwile refleksji, ponieważ jestem ciekaw, czy myślał pan o tym, że znajdzie się w takiej sytuacji jak teraz, gdy zaczynał pan swoją przygodę z uprawianiem sportu? Z  kolejnym tytułem i perspektywą kolejnego wyjazdu na olimpiadę?
– Przez bardzo długi okres moich treningów było tak, że się nimi bawiłem. I nie chodzi o to, że je lekceważyłem, wręcz przewinie. Wtedy chyba jeszcze do mnie nie docierało, że tak naprawdę zajmuję się pływaniem już na pełen etat. Treningów było dużo i poza szkołą, nauką praktycznie na nic więcej nie miałem czasu. I tak, jak mówiłem, przez długi okres bawiłem się tym sportem. Tak naprawdę do czasu pierwszych igrzysk olimpijskich w 2016 r. Gdy zaczęliśmy przegotowania do nich, miałem już świadomość, że robię to zawodowo i na tym się skupiam.

Można zatem powiedzieć, że pana pasja „po cichu” przerodziła się w zawodowstwo. Ale właśnie, pasja to chyba nieodzowna część uprawiania sportu, nie można trenować bez miłości do swojej dyscypliny. Z pewnością nie wszyscy, z którymi zaczynał pan przygodę z pływaniem, nadal to robią. Nie myślał pan o tym, żeby zająć się czymś innym? Pasja do pływania była tak duża, że nie czuł pan chęci pójścia w inną stronę?
– Oczywiście przychodziły takie myśli i nawet teraz się to zdarza. Chyba każdy sportowiec ma takie chwile, w których czuje, że ma już dość tego, czym się zajmuje i chciałby spróbować czegoś innego. Nie mniej jednak, kiedy już się w coś włożyło serce, oddało czemuś kawał życia, a w głowie ma się marzenia i cele, to ciężko od tego odejść i zająć się czymś innym. Mimo wszystko cały czas myśli się o treningach, zawodach i daje z siebie sto procent.

A jaka jest pana metoda na chwile „zmęczenia materiału”, kiedy nie może pan patrzeć na basen?
– Mam różne sposoby. W takich momentach pomaga mi żona. Kiedy wracam zmęczony po całym tygodniu treningów, to staramy się robić coś innego. A to pojedziemy coś zobaczyć, zwiedzić. A to pojeździć na rowerze. Staramy się, żeby było to coś całkowicie innego niż pływanie. Też nie rozmawiamy na ten temat, żeby odpocząć psychicznie.

Czyli odcina się pan od treningowej rutyny.
– Tak, dokładnie, ale tylko na chwilę, bo jest to góra jeden dzień. Na dłużej nie mogę sobie pozwolić.

Mówił pan wcześniej, że cieszy się z powrotu na pierwsze miejsce w Polsce. Wcześniej, o czym też pan wspominał, nie wszystko szło po pana myśli. Powrót był ciężki?
– Musiałem po prostu wrócić na dobrą drogę. Rozstałem się z Brzeskiem, z trenerem i klubem na dwa lata. Po tym okresie zarówno trener Marcin Kacer,  jaki i pan dyrektor Marek Dadej chcieli, żebym wrócił do klubu i ułatwili mi to. Bez nich całe przygotowania byłyby cięższe. Co za tym idzie, trudniejszy byłby też powrót do najwyższego poziomu.

To sporo pan zawdzięcza Brzesku i tamtejszemu BOSiR-owi.
– Tak, zdecydowanie.

Co stało za decyzją sprzed dwóch lat o zmianie otoczenia?
– Chciałem przede wszystkim mieć się z kim ścigać, rywalizować. W Brzesku nie mam sparingpartnerów ani nikogo, kto mógłby pomóc mi realizować treningi na odpowiednim poziomie. Sądziłem więc, że jak przeniosę się gdzie indziej i będę miał z kim konkurować, to mój poziom wzrośnie. Okazało się, że to nie do końca tak działa. W nowym miejscu moje treningi nie były dostosowane do moich startów, więc nie wyszło mi to na dobre i tyle.

Rozumiem, że odkreśla pan przeszłość grubą kreską. Teraz przed panem start na Litwie. Scenariusze są tak naprawdę dwa. Załóżmy, że zdobywa pan kwalifikację i jedzie na olimpiadę, czego z całego serca panu życzę. Jak ocenia pan swoje szanse na igrzyskach? A może jest za wcześnie, żeby o tym rozmawiać?
– Ciężko powiedzieć. Kiedy osiągałem swój największy sukces, nikt mi nie dawał szans, a jednak, jako jedyny z polskiej kadry, przywiozłem medal. Ogólnie nigdy nie rozmawiałem i nie rozmawiam o swoich szansach, bo pewne rzeczy wolę trzymać w sobie i pokazać w wodzie na co mnie stać, niż mówić o tym.

A co w przypadku, gdyby na Litwie coś poszło nie tak i nie udałoby się wywalczyć startu na olimpiadzie? Ma pan „plan B”?
– Na razie innego scenariusza niż zdobycie kwalifikacji nie rozważam. Ale gdyby tak się stało, to… Nic. Podejrzewam, że zrobiłbym sobie jakąś krótką przerwę. Po igrzyskach zaczynają się zawody Pucharu Świata, na które pewnie bym pojechał, więc zacząłbym się do nich przygotowywać.

Ma pan (oczywiście poza pływaniem) jakąś inną pasję?
– Bardzo interesują się historią i II wojną światową. Dużo czytam na ten temat i to jest rzecz, która bardzo mnie absorbuje – lektura książek historycznych z tego okresu. Lubię poznawać różne ciekawostki z tamtych czasów, z tamtych wydarzeń.

Co poradziłby pan młodym adeptom pływania na początkowym etapie ich sportowej drogi?
– Przede wszystkim życzyłbym im wytrwałości, która jest bardzo ważna. Nie tylko w pływaniu, ale w każdym sporcie. I żeby słuchali trenera, bo trener ma zawsze rację.

Fot. i inf.: BOSiR Brzesko

















Brzesko

Brzesko - najnowsze informacje