poniedziałek, 13 grudnia 2021 08:43

Michał Siwiec-Cielebon: Cudem było to, że stan wojenny nie zabił w ludziach nadziei

Autor Mirosław Haładyj
Michał Siwiec-Cielebon: Cudem było to, że stan wojenny nie zabił w ludziach nadziei

W tym roku przypada 40. rocznica wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Z tego powodu postanowiliśmy porozmawiać z wadowiczaninem Michałem Siwcem-Cielebonem, badaczem historii i znawcą tematyki tamtego okresu, który za swoją działalność został w 2018 r. uhonorowany przez Prezydenta RP odznaczeniem Krzyż Wolności I Solidarności.

Michał Siwiec-Cielebon (ur. w 1964 roku w m. Wadowice) jesienią 1980 r. jako uczeń liceum ogólnokształcącego w Wadowicach uczestniczył w kolportażu plakatów i ulotek podczas strajku NSZZ „Solidarność” na Podbeskidziu na przełomie stycznia i lutego 1981 r. Brał udział w działaniach mających na celu przywrócenie na pierwotne miejsce (przed dawnymi koszarami) pomnika poległych żołnierzy przedwojennego 12 pułku piechoty. Zakończyły się one ponownym jego odsłonięciem w dniu 15 listopada 1981 r. Wspierał także nauczycieli w uwieńczonych sukcesem działaniach mających na celu przywrócenie pierwotnego patrona liceum w osobie Marcina Wadowity, a także w powrocie krzyży oraz modlitwy do szkoły. W związku z tą działalnością został w kwietniu 1982 r. usunięty z placówki. Dalszą naukę podjął dopiero we wrześniu 1983 r. w liceum ogólnokształcącym dla pracujących w Suchej Beskidzkiej.

W latach 80. prowadził działalność społeczną związaną z kultywowaniem pamięci po żołnierzach 12 pułku piechoty (coroczne uroczystości pod pomnikiem, dbanie o stan monumentu, okolicznościowe msze święte, przemowy podczas pogrzebów dawnych żołnierzy, udostępnianie posiadanych zbiorów pamiątek, udział w fundacji tablic poświęconych żołnierzom 12 pp w kościołach oraz organizowanie niezależnych wystaw i prelekcji poświęconych historii najnowszej Polski w wadowickim KIK). Był kolporterem wydawnictw drugoobiegowych na terenie Wadowic. W 1989 r. brał czynny udział w Komitecie Obywatelskim.

Czy wraca pan do wydarzeń sprzed 40 lat?

– Wracam z dwóch przyczyn. Pierwszą jest ta rocznicowa, czyli zawsze, kiedy zbliża się 13 grudnia. Wtedy człowiek o tym myśli, nachodzą go refleksje, wspomina ludzi, z którymi wtedy miał do czynienia, których spotykał, a których dziś już często nie ma. Zastanawiam się też wtedy nad drugą stroną, czyli funkcjonariuszami, którzy wtedy działali, a którzy dzisiaj bardzo często mają pretensje o obcięte emerytury, a moim zdaniem za tamten czas nie powinni dostać ani złotówki. Więc jest prawidłowo. Natomiast druga przyczyna jest taka, że zajmuję się historią, więc przy okazji badań nad różnymi osobami i zdarzeniami automatycznie wracają wspomnienia czy skojarzenia, w tym również i te, nazwijmy je grudniowe, związane ze stanem wojennym.

Pytam o te powroty, bo w rozmowie o książce "Dzień bez teleranka", jej autorka Anna Mieszczanek, powiedziała, że "ciągle nie mamy czasu, żeby na serio zająć się własnymi traumami i ponosimy tego konsekwencje". Zgodzi się Pan z nią?

– Niewątpliwie za mało czasu poświęcamy temu wydarzeniu. Czasem robimy to tylko odświętnie czy okolicznościowo. Naszła mnie taka refleksja – w 2018 r. prezydent Duda w przemówieniu z okazji rocznicy stanu wojennego przyznał, że zdaje sobie sprawę, iż w państwie są jeszcze złogi komunizmu, systemu zła, który wtedy działał i że wcale nie jest tak, że wszystko udało się naprawić, uprzątnąć, odwrócić. Od tego czasu szczególnie obserwuję wszelką legislację dotyczącą tego tematu i, prawdę powiedziawszy, niewiele dzieje się w kierunku tego, żeby przywrócić należne znaczenie, należną wartość prawdzie historycznej. To wszystko działalność okolicznościowa, bo nawet nowelizacja ustawy o działaczach opozycji (czy tzw. ustawa dezubekizacyjna) przyjmowana była w atmosferze zadośćuczynienia, ale przy okazji wydarzeń rocznicowych (chodzi nie tylko o 13 grudnia, bo niektóre ustawy przyjmowane były też z okazji np. 31 sierpnia). To działalność z doskoku, okolicznościowa właśnie i nie idzie za nią taka codzienna refleksja, bieżąca świadomość tamtych krzywd. Bo niewątpliwie i dla tych, którzy byli aresztowani, i dla ich rodzin, i dla tych, którzy byli internowani, i dla tych, którzy w jakiś sposób przejmowali po nich pałeczkę (z konieczności, bądź odruchowo), dla wszystkich to była trauma. Dla każdego zwykłego obywatela naszego kraju, zwłaszcza po „karnawale Solidarności”.

Gdzie zastała pana wiadomość o wprowadzeniu stanu wojennego? Ile pan miał wtedy lat?

– Miałem wtedy skończone 17 lat. 13 grudnia rano u sąsiadów przez ścianę usłyszałem rejwach i jakieś przemówienie z telewizji czy radia, więc natychmiast włączyłem swój odbiornik, żeby posłuchać (telewizora nie posiadałem, a radia nie miałem wtedy nastawionego, choć lubię zasypiać przy nim). I usłyszałem generała mówiącego o tych wszystkich „pomysłach”. Mój pierwszy odruch był taki, że po prostu zacząłem najnormalniej w świecie płakać – myślałem, że marzenia o wolnej Polsce się skończyły. Byłem jednym z tych (może dlatego, że młody), którzy naiwnie liczyli na to, że dzięki Solidarności uda się odzyskać wolność. Potem, wysłuchawszy tego przemówienia, wyszedłem z domu, obszedłem znajomych. Rozmawiałem z żoną Józka Zemana, ona wtedy była w ciąży, a jej męża zabrali w nocy. Odwiedziłem matkę Andrzeja Nowakowskiego. Poszedłem też do żony Staszka Sanockiego, która mi powiedziała, że męża nie aresztowali, ale siedzi cały czas na komendzie. Później okazało się, że rzeczywiście po prostu zabrali go na komendę i trzymali dopóki nie wyczyścili lokalu delegatury z wszystkich materiałów. Potem wróciłem do domu i zapytałem mojej mamy: Co robimy? Mama spytała: A co chcesz zrobić? Powiedziałem, że trzeba jakoś zaprotestować. Siedliśmy w kuchni przy stole. Miałem wtedy dwie drukarki ręczne (takie szkolne, harcerskie, z gumowymi literkami) i zaczęliśmy stempelkami wybijać na ulotkach hasła i wierszyki antykomunistyczne. Wieczorem poszedłem roznosić to po klatkach, po skrzynkach pocztowych, bo wtedy jeszcze wejścia nie były zamykane. Można było łatwo wejść i powsadzać ulotki do skrzynek. Taki był dla mnie ten 13 grudnia.

Jak wówczas wyglądały struktury Solidarności w regionie? Czy dużo osób było zaangażowanych w ruch, czy były to struktury rozwinięte?

– Jestem przekonany, że tak. W Wadowicach krzyżowały się nawet dwie struktury Solidarności – region Małopolska z regionem Podbeskidzie. W ogóle do czerwca 1981 roku generalnie większość Komisji Zakładowych podlegała Małopolsce i dopiero, kiedy Podbeskidzie się upomniało, że Wadowice i Andrychów to część Województwa Bielskiego i że powinny być w strukturach Bielska, czyli Podbeskidzia, to przeprowadzono zmiany. Większość komisji zdecydowała się przejść do Podbeskidzia. Kilka nie, to była służba zdrowia z Rafałem Kiernickim, oświata i kultura z Józkiem Zemanem. No i pod Krakowem pozostał Okręgowy Zakład Transportu i Maszyn Drogowych, który był filią zakładu krakowskiego. Natomiast pozostałe komisje przeszły do Podbeskidzia. Podbeskidzie angażowało się tu w terenie mniej, głównie skupiało się na Bielsku (tam były duże zakłady pracy), Oświęcimiu, trochę na Żywcu czy Cieszynie. Andrychów był traktowany po macoszemu, a przecież pierwotnie planowano tak, że Andrychów (ze względu na małą odległość) miał być z Wadowicami. Potem Andrychów stworzył osobno swoje komisje, które, po krótkiej działalności, podporządkowały się delegaturze wadowickiej i razem z nią przeszły do Bielska. Natomiast w Wadowicach ilość osób należących do Solidarności była duża. Wywodzili się ze środowisk nauczycielskich i urzędniczych, bo miasto miało przede wszystkim takie tradycje, mniej przemysłowe. Z kolei w Andrychowie, z racji dużych zakładów, do Solidarności również należało czy aktywnych było dużo ludzi. Ale na przykład Solidarność andrychowska nie oddziaływała na zewnątrz, poza zakładami, tak jak Solidarność wadowicka. W Wadowicach było pełno ulotek, plakatów, każdy strajk, każde pogotowie strajkowe – wszystko było publikowane po całym mieście. Jak w styczniu i na początku lutego 1981 roku był Strajk Podbeskidzia, to w Andrychowie był on prawie niedostrzegalny. W Wadowicach praktycznie pół miasta stało i to było widać wszędzie – na dworcu PKS, w zakładach pracy, gdzie organizatorzy nawet jeżeli nie należeli do struktur Podbeskidzia, to ogłaszali strajki solidarnościowe, tudzież pogotowia strajkowe. W moim przeświadczeniu takim dowodem na bardzo dużą aktywność społeczeństwa i bardzo duże zaangażowanie w Solidarność i po jej stronie była uroczystość przywrócenia 15 listopada 1981 roku pomnika Poległych Żołnierzy 12 Pułku Piechoty, który komuniści wyrzucili najpierw na zaplecze bazy PGKiM, a później, po protestach kombatantów postawili na cmentarzu wojskowym. Solidarność przywróciła go wtedy przed dawne koszary, czyli na ulicę Lwowską, dzisiejszą 1 Maja. To była manifestacja chyba 5 tys. ludzi, więc jak na miasteczko, które liczyło wtedy 16 czy 17 tys., to jest to prawie 1/3 jego mieszkańców. Biorąc pod uwagę, że wśród demonstrantów dominowali wtedy dorośli, to można powiedzieć, że było to nawet ponad 1/3. Oczywiście nie wszyscy byli z Solidarności, nie wszyscy byli po stronie Solidarności, ale jednak to pokazywało siłę jej oddziaływania w środowisku. Myślę, że na naszym terenie dużo ludzi popierało Solidarność, zaangażowanych było zarówno w jej struktury formalne, wewnątrz zakładów pracy, jak i w we wszelką działalność „propagandowo-popularyzatorską”, poza samymi strukturami. Pamiętam, że były spotkania i z kombatantami, i z działaczami różnych organizacji, i zakładanie Związku Rolników Indywidualnych, do którego też przynajmniej kilkadziesiąt osób w powiecie należało, a myślę, że było ich więcej, tylko zrzeszenie nie zdążyło się rozwinąć, nie zdążono go sformalizować i spisać nazwisk.

Czyli, jeżeli powiemy, że Solidarność w regionie miała charakter masowy, to nie będzie to przekłamanie?

– Moim zdaniem nie będzie, rzeczywiście miała taki charakter. W skali kraju mówimy o 10 czy 10,5 miliona osób zaangażowanych w Solidarność, czyli 1/3 społeczeństwa, a, biorąc pod uwagę grupę ludzi dorosłych, to niewątpliwie jest to jeszcze więcej, bo oni stanowili połowę ówczesnej populacji. Oczywiście wiemy, że różni ludzie z różnych przyczyn, nawet i z poleceniem wykonania pewnych działań, zapisywali się do Solidarności, ale i tak większość przystępowała do niej z jakąś nadzieją, czy z wolą dokonania jakiejś reformy prowadzącej ku lepszemu. Oczywiście, wtedy tych, którzy marzyli o całkowitej wolności, to myślę, że nawet jeszcze nie było, a jeżeli tak, to mało kto się do tego przyznawał, bo to było surrealistyczne, biorąc pod uwagę potęgę i Związku Sowieckiego, i komunistów w Polsce, w sensie trzymania wszystkiego na wodzy i za mordę. Natomiast niewątpliwie, moim zdaniem, była to organizacja masowa w sensie docierania do tych najbardziej aktywnych i produktywnych jednostek i środowisk.

Po wprowadzeniu stanu wojennego nie obyło się bez aresztowań liderów Solidarności. W jaki sposób wpłynęły one na dalszą działalność związków?

– Myślę, że w dwojaki. Najpierw powiem o ogólnym wpływie, natomiast potem zwrócę uwagę na tych, którzy byli aresztowani czy internowani. Niewątpliwie stan wojenny bardzo dużą część społeczeństwa zastraszył, przygnębił, zablokował jakieś inicjatywy czy marzenia, nadzieje i w ogóle wolę angażowania się. Ale, zwłaszcza w środowisku młodych ludzi ,w którym ja się obracałem, bardzo wiele osób właśnie wtedy poczuło potrzebę jakiegoś zaangażowania się po stronie Solidarności, ponieważ duża część młodzieży odbierała to, co się stało, jako coś złego. Widziałem to po zachowaniu wielu moich kolegów czy koleżanek, którzy, gdy miałem jakieś ulotki, pomagali mi je rozprowadzać, czego wcześniej nie robili. Więc wiem, że po prostu część osób albo zaangażowała się i w ogóle otworzyła na te problemy, albo wręcz zradykalizowała swoje poglądy. I to jest taki podstawowy podział. Oczywiście to potem też narastało lub opadało – to były różne uwarunkowania w różnych środowiskach, czy u różnych osób. Natomiast jeżeli chodzi o samych aresztowanych czy internowanych, oni znaleźli się (szczególnie internowani) w bardzo niezręcznej sytuacji, bo zdawali sobie sprawę, że są na cenzurowanym, że są poddawani szczególnej obserwacji, szczególnemu sprawdzaniu. Zwłaszcza, że w obozach internowania, miejscach odosobnienia, prowadzono z nimi swoisty dialog operacyjny, jak to określała bezpieka. I muszę powiedzieć, że ze środowiska wadowickiego, gdzie internowanych było tylko kilku ludzi, to praktycznie wszyscy wrócili, jacy poszli. Oczywiście po powrocie mieli świadomość, że mają przekichane i że muszą szczególnie uważać, ale jednak kontynuowali swoją aktywność. Jak Andrzej Nowakowski, który poglądów nie zmienił, czy Józek Zeman, który, bardzo ostrożnie podchodząc do wszystkiego, ale jednak angażował się w różną działalność po powrocie z obozu dla internowanych w więzieniu w Jastrzębiu, czy Staszek Hanusiak, który też się nie zaparł, nie wyparł. Także Wiesław Pyzio z Andrychowa, czy aresztowany nieco później Zdzisław Szczur po powrocie z więzień kontynuowali swoją działalność. A to tylko niektóre przykłady. Można powiedzieć, że konsekwentnie wytrwali w swoich poglądach, ale wiem, że była też grupa, czy też osoby, które troszeczkę się tym podłamały, przeszły traumę, która spowodowała ich otępienie, odwrócenie się od spraw Solidarności, czy spraw politycznych w ogóle. Byli też, jak wiadomo tacy, nieliczni, bo nieliczni, którzy dali się bezpiece czy to zwerbować, czy przynajmniej spacyfikować. Ale na szczęście byli wyjątkami. W Andrychowie wyglądało to inaczej, struktury zostały bardziej rozbite, ale tam też była znacznie większa grupa internowanych i też większość z nich kontynuowała później działalność.

Powiedział pan, że stan wojenny był dużym ciosem dla społeczeństwa, dużym ciosem w morale. Ówczesne władze osiągnęły swój cel?

– Niewątpliwie wprowadzenie stanu wojennego i, przynajmniej formalne, spacyfikowanie społeczeństwa, jego zastraszenie, były sukcesem ekipy Jaruzelskiego. Proszę zwrócić uwagę, że Solidarność odrodziła się, ale po ośmiu latach zmarnowanych dla Polski i dla ludzi. Odrodziła się, ale też o wiele mniej liczna, bo zaledwie trzymilionowa. Więc popatrzmy na sam ten fakt. Nie mówiąc o tym, że to już nie była ta sama, czy taka sama Solidarność – część ludzi się zmieniła, część podchodziła ostrożniej do wszystkiego, mimo że otworzyła się perspektywa przemian i w końcu doszło do odzyskania przez Polskę suwerenności… „Karnawał Solidarności” był bardzo dynamiczny. Można powiedzieć, że był takim wielkim fajerwerkiem, w którym, mimo pacyfikacji w Bydgoszczy, mimo różnych działań i zagrożeń ze strony władzy komunistycznej, równocześnie mimo biedy, mimo wprowadzania kartek i mimo przykrych doświadczeń społeczeństwa w zakresie pracy, płacy i tak dalej, doszło do wielkiego wybuchu entuzjazmu, radości wypływającej z olbrzymiej nadziei. Natomiast przede wszystkim stan wojenny zabił, a uważam, że tak też był on ukierunkowany przez ekipę Jaruzelskiego, właśnie ten entuzjazm i nadzieję. To, że ona gdzieś tam się tliła i przetrwała, to należy zaliczyć do wydarzeń z pogranicza cudów, ponieważ prawdę powiedziawszy, zdawało się wówczas, że już nie da się tego w żaden sposób odrodzić, odzyskać. Decyzje, które komuniści podejmowali w następnych latach, po formalnym zakończeniu stanu wojennego, powiedzmy w połowie lat osiemdziesiątych, też były na to ukierunkowane. Tak niestety było na przykład z morderstwem księdza Jerzego Popiełuszki. Tylko, że to wszystko (te wszystkie działania komunistów, ludzi, którzy tworzyli trzon Solidarności, może już nie w kwestii nadziei, ale w kwestii uporu w oporze) jeszcze bardziej wzmacniało, budowało i doprowadzało do swoistego zaparcia się w swoim sprzeciwie. W związku z tym, można powiedzieć, że początkowy sukces stanu wojennego później (niestety dla komuny, ale dla nas na szczęście) przerodził się w klęskę. Moim zdaniem przeszacowali, przesadzili z represjami, z takimi właśnie sprawami, jak zabójstwo księdza Popiełuszki (i paru innymi), które pokazywały prawdziwe oblicze systemu i prawdziwe oblicze ludzi sprawujących władzę. W związku z tym, tych, którzy mieli refleksję, mieli sprzeciw wobec władzy, powodowało do dalszego trwania w sprzeciwie, w oporze i podejmowania działalności już podziemnej i wszelkich form konspiracji czy oddziaływania antykomunistycznego.

Karykatura z broszury „Stan wojenny jest stanem antywojennym...” wydanej w drugim obiegu/Fot.: IPN
Karykatura z broszury „Stan wojenny jest stanem antywojennym...” wydanej w drugim obiegu/Fot.: IPN

Mówił pan o zmarnowanych ośmiu latach, czyli można powiedzieć, że dzięki wprowadzeniu stanu wojennego generał Jaruzelski kupił sobie czas.

– Tak. Generał Jaruzelski kupił czas dla siebie i dla swojej ekipy. Oczywiście z jego punktu widzenia, jako sowieckiego agenta, był to czas bezcenny, ponieważ, gdyby się nie sprawdził, komuniści mogliby go zmienić na innego (chociaż to raczej mało prawdopodobne, bo był najbardziej zaufanym agentem sowieckim w Polsce, oprócz Kiszczaka, czy z poprzedniej ekipy Jaroszewicza). On sobie kupił czas, który był czasem zmarnowanym dla narodu, dla społeczeństwa i dla Polski jako państwa. Osobiście przyjmuję, że Polska komunistyczna nie była krajem suwerennym, wolnym, nie była podmiotem państwowym. Była tylko jednym z elementów obozu komunistycznego. Natomiast Polska mogła prowadzić działania w kierunku odbudowy czy rozbudowy samorządności, ale to też zostało zmarnowane. Na przykład był w tym czasie taki chwyt komunistyczny, jak wprowadzenie Rad Robotniczych (w zasadzie ich przywrócenie, bo już kiedyś były one w zakładach pracy), które miały być rzekomym elementem autentycznego samorządu pracowniczego. Skończyło się na tym, że w zakładach, gdzie się udało przeforsować członków rad, którzy byli niezależni od władzy, wszelkimi siłami próbowano albo zmienić ten stan i ich skład, albo po prostu lekceważono czy wręcz odsuwano taką radę od wszystkich ważnych spraw. Taka sytuacja była na przykład w wadowickim Bumarze (czyli dawnej Druciarni a późniejszym Fumisie), gdzie oprócz jednego człowieka, który nie był członkiem Solidarności, cała Rada Robotnicza składała się z byłych członków albo Komisji Zakładowej, albo oddziałowych szefów Solidarności. I parokrotnie próbowano tę radę skłócić, rozbić. Ostatecznie zaczęto ją marginalizować, bo nie spełniała tych kryteriów, które komuniści założyli dla takich ciał. To były właśnie takie fasadowe reformy czy fasadowe propozycje, które później wpłynęły na to, że nie byliśmy przygotowani do przemian, że w roku ‘89 byliśmy spacyfikowani i niestety rozbici. Patrząc przez pryzmat przeszłości, najlepszym dowodem owej dezorganizacji jest sprawa powiatów. Miałyby one wielki sens, gdyby je przywrócono w roku ‘90 czy ’91, a zostały przywrócone dopiero w ‘98 z działalnością od ‘99 i to już w zupełnie innej sytuacji – i ekonomicznej, i społecznej, i komunikacyjnej. Dzisiaj wiele osób zadaje sobie pytanie, czy to ma sens i po co. Powiaty byłyby dobre, gdyby przywrócono je wtedy, kiedy powinny zostać przywrócone. Ale w roku ’89 nie byliśmy na to przygotowani. Wtedy mało kto zadawał sobie pytanie, czy je przywrócić, choć z punktu widzenia konstrukcji systemu państwowego to jest istotne pytanie. Skoro więc, jeśli nie zrobiono tego od razu, to czemu zrobiono to po latach, a skoro zrobiono to po latach, to czemu nie zrobiono od razu? To się nasuwa samo przez się. To pierwsze, strukturalne pytanie, ale jest jeszcze drugie pytanie, druga kwestia. Proszę zwrócić uwagę na samą Solidarność, na to, co już powiedziałem: z dziesięcio i pół milionowego ruchu, wielkiego ruchu, wokół którego było jeszcze mnóstwo osób zaangażowanych, a niekoniecznie formalnie należących do Solidarności, takich jak ja, pozostały trzy miliony, potem niespełna trzy miliony. Dzisiaj już jest znacznie mniej, ale można to zrzucić na karb upływu czasu. Przekształcenia, zmiany w zakładach pracy, nastawienie właścicieli czy podmiotów właścicielskich do działalności związkowej, to jest już coś innego. Natomiast, wracając do tematu, te osiem lat rzeczywiście pozwoliło przetrwać ekipie Jaruzelskiego. Upływ czasu miał też negatywny wpływ na aktywność społeczną. Bardzo dużo ludzi, bardzo wiele osób w ’80, ‘81 roku bardzo aktywnych przekroczyło pewną granicę bierności i stało się ludźmi znacznie mniej zaangażowanymi. To jest wielka cena, którą zapłaciliśmy – nie tylko te osoby personalnie, ale i cały naród, całe społeczeństwo.

Czy po wprowadzeniu stanu wojennego rozpoczęły się strajki w regionie?

– Nie, na naszym terenie to były sporadyczne, pojedyncze przypadki. Nie udała się próba strajku podjęta 14 grudnia w Andrychowskiej Fabryce Maszyn i WSW. Natomiast na wiadomość o brutalnej pacyfikacji kopalni „Wujek” 16 grudnia 1981 r. próbę strajku w zakładzie pracy podjął przewodniczący KZ NSZZ „S” w AFM, Wiesław Pyzio, za co został aresztowany. W wadowickich zakładach niestety, chociaż myślano o tym i były takie propozycje, ostatecznie strajki nie zostały przeprowadzone. W pozostałych andrychowskich zakładach też bardzo szybko cała sytuacja została spacyfikowana. Najbliższe nas strajki zostały przeprowadzone w niektórych kopalniach w Libiążu i Jaworznie (m.in. w Ziemowicie i w Piaście). Ponieważ z naszych terenów pochodziła znaczna część pracujących tam górników, więc równocześnie stąd organizowano transporty żywności i lekarstw, potem z kolei transporty z pomocą dla tych, których aresztowano bądź internowano.

Co, pana zdaniem, wpłynęło na taką sytuację?

– Jak wspomniałem, przemysł wadowicki był niezbyt liczny. W Andrychowie znajdowały się znacznie większe zakłady niż Wadowicach, ale większość pracowników stanowili tak zwani chłoporobotnicy, czyli ludzie, o których można powiedzieć, że funkcjonowali dwuetatowo czy dwuwymiarowo, jeżeli chodzi o czas pracy. Oni wiedzieli, że, kiedy zastrajkują w zakładzie pracy, to nie tylko mogą stracić pracę, nie tylko mogą zostać aresztowani, czy internowani, ale ucierpi też ich gospodarka domowa, rodzinna, która bardzo często była ważniejsza niż praca w fabryce. Przeważnie stanowiła ona podstawę utrzymania, bo generalnie w zakładzie zarabiało się pensję, a w polu czy chlewiku uprawiało, bądź hodowało towar, który na rynku dawał znacznie większe przebicie, jeżeli chodzi o pieniądze. To dlatego, że żywność była towarem pierwszej potrzeby, na którą stale był popyt. I z tego żyła większość społeczeństwa na naszym terenie. Z okolicznych miejscowości ludzie jeździli do pracy do kopalni, ale także, a raczej przede wszystkim, wchodzili w skład załóg zakładów Andrychowa, Wadowic czy Kęt. W związku z powyższym myśleli oni takimi kategoriami, że przecież muszą z czegoś utrzymać rodziny, z czegoś żyć i muszą zadbać o to, z czego żyją. Co za tym idzie, stawianie wszystkiego na jedną kartę było dla nich znacznie trudniejsze, ponieważ mieli alternatywę i to bardziej dochodową. Uważam, że zabrakło też takiej determinacji w myśleniu, jaka towarzyszyła jeszcze andrychowskim włókniarkom w ‘71 roku, kiedy zorganizowały strajk już w zasadzie po przemianach w Polsce, po objęciu władzy przez Gierka. Ich protest wywołany był problemami na tle płacowym i na tle, że tak powiem, problemów zakładowych. Wtedy skończyło się to dla nich źle i dobrze zarazem, bo praktycznie poza chyba dwoma czy trzema osobami większość załogi przywrócono potem do pracy. Niemniej jednak osoby, które organizowały strajk, były na cenzurowanym. Myślę, że tamte doświadczenia andrychowskich włókniarek wpływały również na to, co działo się na przykład w AZPB w latach ’80-81, bo też i część z tamtej załogi była aktywna również w tych późniejszych latach. Myślę, że między innymi to właśnie było przyczyną, że jedynym wydarzeniem, z jakim andrychowska Solidarność wyszła poza mury zakładów pracy w okresie „Karnawału Solidarności”, było poświęcenie ich sztandaru.

O kim i o czym powinniśmy pamiętać przy obchodzeniu tej rocznicy?

– Najpierw o ludziach. O wszystkich ofiarach, o tych którzy wtedy zginęli, zmarli, zostali zamordowani, ale także o tych, którzy przeszli przez więzienia, przez obozy internowania. O ich rodzinach. To były doświadczenia, które odbijały się na żonach na matkach, ale także na dzieciach, czyli na pokoleniach dziś dorosłych, nierzadko nadal jeszcze traumatycznie przeżywających to, co wtedy działo się z ich ojcami, matkami. Powiem jeszcze, choć niestety jest to wyświechtane, że powinniśmy też pamiętać o tym, że żyjemy w wolnym kraju, w suwerennej Polsce. I wolność, i suwerenność nie jest dana raz na zawsze, więc powinniśmy szanować tę sytuację, jaką mamy dziś, że naprawdę żyjemy w wolnym, niepodległym, demokratycznym kraju, bo dzisiejsze pokolenia, poza osobami starszymi, zupełnie nie są w stanie wyobrazić sobie tamtych czasów i tamtych realiów. Nie mówię o tym, że nie było Teleranka, czy że nie było telefonów komórkowych. Mówię o tym, że dzisiejsze młode pokolenia nie są w stanie wyobrazić sobie, że może być tylko jedna partia, która zamordystycznie będzie rządziła dosłownie wszystkim i wszystkimi, nawet tymi, którzy do niej nie należą. Przy tej okazji musimy pamiętać o tym, że po prostu jesteśmy Polakami. Powinniśmy się utożsamiać z tym, co w naszej historii dobre i piękne, ale również mieć przeświadczenie, że, gdyby zaszła potrzeba, to jednak konieczne byłoby bronienie tego.

Fot.: IPN

Wadowice

Wadowice - najnowsze informacje