Nie urodził się w Nowym Sączu, ale pokochał to miasto i można uznać go za jego ambasadora. O nowosądeckich urokach, twórczości i filozofii życiowej rozmawiam z malarzem, Wacławem Jagielskim.
Urodził się Pan i mieszkał na Dolnym Śląsku. Jak trafił Pan do Nowego Sącza?
Pochodzę z Dolnego Śląska. Pierwsze 16 lat mieszkałem w urokliwej miejscowości Czerniawa Zdrój, leżącej u podnóża Izerów. Tam przebiegło całe moje dzieciństwo i wczesna młodość. Od 1979 roku wraz z rodziną przeprowadziliśmy się do Nowego Sącza. To miasto, z którego pochodzi mój ojciec. Przez długie lata na dość dużą odległość rodzice budowali ten sądecki dom, a kiedy skończyłem szkołę podstawową przyjechaliśmy do Sącza, do domu, który wymagał jeszcze ogromnej pracy przy wykończeniu. Ale dzięki temu nigdy nie czułem się jak książę z bajki, który wszystko ma zawsze podane pod nos.
Jak Pan wspomina pierwsze spotkanie z miastem? Czy łatwo było tu się odnaleźć?
Do Nowego Sącza przyjeżdżałem wcześniej w okresie wakacji do swej babci (matki mojego ojca) i właśnie tak beztrosko i wakacyjnie poznawałem to miasto. Dopiero sam fakt stania się jego mieszkańcem sprawił, że życie w nim zaczęło się na poważnie. Pierwsze miesiące były niełatwe, gdyż czułem się tu obco. Nie miałem swoich kolegów, z którymi wychowywałem się od dzieciństwa, nie znałem placów ani podwórek na których mogłem z nimi grać w piłkę, spotykać się i rozmawiać. Łatwo więc nie było. Ale czas jak to czas, swoje robi i powoli zacząłem wrastać w te ulice, place, pejzaż i coraz mocniej stawałem się jednym z sądeczan. Góry Izerskie są zupełnie inne niż sądeckie Beskidy i do tego krajobrazu też musiałem się jakoś dopasować.

Przez kilka lat pracował Pan w Nowym Sączu jako nauczyciel. Czy ma Pan jakiś wychowanków, którzy odnieśli sukces w sztuce? Czy nadal Pan uczy?
Przez pięć lat, w okresie od 1986 – 91 roku, byłem nauczycielem plastyki w szkołach podstawowych nr 2 i nr 7 jak i w Społecznym Liceum „Splot” w Nowym Sączu. Wraz z dziećmi i młodzieżą organizowałem wystawy ich dorobku artystycznego w sądeckich galeriach, oraz aukcje charytatywne przy tych wystawach, z których dochody przeznaczaliśmy na potrzeby biedniejszych uczniów. Niektóre prace jeszcze przez bardzo długi czas trzymałem w swych zbiorach z czystego sentymentu. Po wielu latach od zakończenia pracy w szkole, przeprowadzałem kilka artystycznych projektów warsztatów sztuki dla młodzieży. Współpraca i praca z młodymi ludźmi zawsze dodawała mi wiele energii i mocy. Z wieloma byłymi moimi uczniami do dziś utrzymuję kontakty i prowadzimy czasem sympatyczne rozmowy.
Oprócz zajmowania się własną twórczością jest Pan również konserwatorem sztuki i malarzem. Czy wykonywał Pan prace konserwatorskie zabytków na Sądecczyźnie?
Zawsze lubiłem rysować i malować. Pamiętam od kogo dostałem pierwsze farby olejne do malowania bardziej wymagającego niż plakatowe. Osobiście upatruję w tym wielki zamysł i ład Boga, w którego wierzę i który dla mnie i rodziny jest osią życia. Przyjechałem do Sącza z pewną bazą daru (talentu), który w dość różnorodny sposób zaczął nabierać tempa w swym rozwoju. Moja mama potrafiła robić gobeliny, a w domu był warsztat tkacki i często uczestniczyłem w procesie pracy nad nimi, najpierw jako konsultant, a później już nawet jako wykonawca. Wciągało mnie to w świat tworzenia i czerpania z tego faktu niemałej radości. Wiele godzin wraz z mamą spędzaliśmy przy temacie tkackim, co niewątpliwie powodowało, że coraz mocniej podobała mi się wizja wiązania swej przyszłości ze sztuką i twórczością. Od dziecka marzyłem o zawodzie konserwatora zabytków. Wiele rysowałem, malowałem i już w klasie maturalnej za przychylnością dyrektora sądeckiej Galerii BWA, Krzysztofa Kulisia, miałem pierwszą w życiu wystawę w profesjonalnej galerii w 1984 roku. Potem przyszedł i czas na realizację następnych swych marzeń, kiedy stałem się konserwatorem dzieł sztuki i mogłem założyć swą pracownię konserwacji. Czułem wielki wiatr w żaglach i wielką radość z tego, że jednak można realizować swe plany i marzenia, choć oczywiście wszystko trzeba mocno sobie wypracować. W czasie 25 lat, przez który prowadziłem swą pracownię konserwacji, uratowałem setki starych mebli, obrazów czy innych przedmiotów z minionych czasów. Wykonywałem konserwację zabytkowej szafy elbląskiej z XVII wielu dla klasztoru na Jasnej Górze, odnowiłem kilka ikonostasów w byłych cerkiewkach naszego Beskidu (Milik, Andrzejówka, Berest) i wiele innych obiektów sakralnych.

Gdzie można Pana najczęściej spotkać, zobaczyć i kupić Pana prace?
Od kiedy kilka lat temu, przebudowałem sobie dom i powstała moja nowa bardzo profesjonalna pracownia, mam doskonałe warunki do pracy. Powstają w niej owoce mych przemyśleń, tam przenoszę z serca na podobrazia swe przeżycia i powstają moje obrazy. Tak się dla mnie sympatycznie składa, że wraz z latami przybywa też i odbiorców mojej sztuki, którzy lubią mieć moje obrazy, śledzą mą twórczość i tłumnie przybywają na wernisaże gdziekolwiek bym je nie robił. Tworzę przede wszystkim dla samego siebie bo to proces dający wile satysfakcji i potężną dawkę wolności osobistej. Mam w swej kolekcji wiele nowych obrazów, które od czasu do czasu pokazuję na wystawach indywidualnych bądź zbiorowych w różnych galeriach. Cudowną sprawą dla mnie jest to, że obrazy które tworzę mają dość szeroki kręg odbiorców. Są kolekcjonerzy, którzy posiadają nawet kilkadziesiąt obrazów a jeden z nich ponad 300 moich pastel. Obrazy moje można oglądać zarówno w sieci, gdyż mam swą stronę internetową www.jagielski.art.pl, jak i u mnie w pracowni, domu na ulicy Szkolnej 14 w Nowym Sączu oczywiście.
Czasem trafia mi się wielkie wyróżnienie, kiedy to mój obraz wędruje w ręce szczególne. Niedawno odwiedził Nowy Sącz Pan Prezydent RP Andrzej Duda i Rada Miasta Nowego Sącza z Prezydentem Panem Ryszardem Nowakiem na czele, wręczyła mu właśnie mój obraz. To wielka dla mnie radość i splendor.

Pana pastele są wyjątkowe. Do tej sztuki, w której bardzo wysoko postawił poprzeczkę choćby Stanisław Wyspiański, wniósł Pan nową jakość. Czy może Pan zdradzić odrobinę swoich warsztatowych sekretów?
Istotą mej pracy twórczej jest ciągłe poszukiwanie nowych wrażeń i odczuć estetycznych jak i własnego środka artystycznego wyrazu. Przez intensywną i wnikliwą pełną radości pracę, ukształtowałem sobie własny styl i własną narrację malarską. Wytwarzam sobie własne media malarskie (farby) na bazie farb olejnych, pigmentów, werniksów i innych dodatków. One to sprawiają, że dany obraz staje się bardziej rozpoznawalny, bardziej identyfikuje się z moja ręka i warsztatem. To marzenie każdego twórcy. Kiedyś pracowałem głównie w technice pasteli olejnych, ale dziś znacznie poszerzyłem spektrum swej działalności malarskiej i tworzę wiele prac w technice olejnej (własnej). Na szereg eksperymentów pozwalała mi zawsze pewna wiedza technologiczna, z która „zaprzyjaźniłem się” podczas studiowania technologii konserwatorskich, a że nie bałem się eksperymentów, to robię dziś to co robię i trochę „po swojemu”.

Ma Pan w dorobku kilkadziesiąt wystaw. Założył Pan pierwsze w Polsce Stowarzyszenie Pastelistów. Co uważa Pan za swój największy sukces?
Stowarzyszenie Pastelistów Polskich współzałożyłem lata temu wraz z głównym „ojcem pomysłu” - Krzysztofem Kulisiem i kolegami artystami w Nowym Sączu i przez wiele lat prężnie w nim działałem, prowadząc szereg plenerów pastelowych w różnych miejscach Polski. Sprawowałem również pewne funkcje w zarządzie tego stowarzyszenia. Uczestniczyłem w wielu najpierw ogólnopolskich, a potem międzynarodowych Biennalach Pasteli, otrzymując wyróżnienia czy nagrody. To wspaniały czas, który zawsze z sentymentem będę odświeżał sobie w pamięci.
Jednak za największy swój sukces uważam bezwzględnie to, że pomimo czasem bardzo ciężkich chwil w swoim życiu, nie poddałem się przygnębieniu, nie podnosiłem nigdy rąk do góry i nie wywieszałem białej flagi stając naprzeciw problemom. Ta postawa z młodości sprawiła, że udało mi się z wielkim optymizmem uwierzyć we własne szczęście i na tym filozoficznym fundamencie zbudowałem swą własną rodzinę z cudowną żoną i trzema wspaniałymi synami. To moja największa radość życia, to moja miłość, wiara i nadzieja. Nie potrafię się za to nadziękować Bogu, bo to że dziś pisze to co piszę i stan w którym się znajduję jest tak ugruntowany miłością, jest Jego zasługą.
Kocha Pan i portretuje Nowy Sącz. Czy ma Pan swoje ulubione zakątki, w których maluje w plenerze, czy raczej tworzy Pan w pracowni? Co powinien zobaczyć turysta, przyjeżdżający do tego miasta na weekend, żeby się w nim zakochać? Nie chodzi mi o skrót z przewodnika turystycznego, ale spojrzenie okiem malarza - artysty.
W Nowym Sączu jest wiele wspaniałych dla mnie miejsc, na które lubię patrzeć, być w ich centrum jeśli to możliwe, kontemplować ich jestestwo. Moja najbardziej ulubiona kapliczka Nowego Sącza znajduje się na rogu ulicy Lwowskiej z Zakościelną. Choć jest piękna sama w sobie, to najwspanialsze wrażenie robi na mnie w maju kiedy to zakwitają obok niej fioletowe bzy. Ten sinawy, a przy odpowiednim naświetleniu i porze dnia ultramarynowy, bądź błękitny dywan za jej plecami robi wielkie poruszenie w moich zmysłach i wrażliwości. A kiedy dołączymy do tego niesamowity zapach tych bzów roznoszony wiatrem pomykającym od rzeki, to już niczego więcej nie potrzeba, no oczywiście po za chęcią przebywania obok niej.
Szczególnie uwielbiam też stary zbudowany za czasów Kazimierza Wielkiego zamek sądecki a właściwie jego ruiny. Ten fragment Nowego Sącza malowałem już wielokrotnie, w różnych porach dnia i roku. Jest piękny i tajemniczy, kiedy patrzę na zbocze z poziomu szuwarów porastających brzeg rzeki, a zwycięski, przestrzenny i dumny, gdy spoglądam nań z góry od zamku na odpływające wody modrego Dunajca. Jeśli jakiś kawałek tego miasta mógłby być całkowicie moim, to właśnie ten uważałbym za taki.
Do ciekawych i niewątpliwie ważnych dla sądeczan miejsc należy również plac rynku maślanego. Choć może sam w sobie nie należy do pięknych, bo według mej wizji powinien wyglądać zupełnie inaczej, ale to miejsce ma swą moc dzięki wypełniającym go ludziom, którzy kupują, handlują, targują się, opowiadają, plotkują, wyładowują swe frustracje bądź inne stany ducha. Szczególnie lubię go późnym październikiem tuż przed Wszystkimi Świętymi. Wtedy jest pełen kwiatów, zapachów i kolorów.

Niczym człowiek renesansu, nie ogranicza się Pan tylko do malowania. Tworzy Pan utwory literackie, a ostatni wydał książkę o swoim mieście. Jak do tego doszło? O czym opowiada książka.
Od lat uprawiam różne dziedziny sztuki. Jedne są bardzo szeroko rozpracowywane i stanowią esencję mojego życia twórczego, inne nieco mniej ale wszystkie razem stanowią o stanie moich emocji, mojego wnętrza i chęci dzielenia się tym z innymi ludźmi. Po za malarstwem ostatnio zacząłem publikować to, co od wielu również lat piszę. W zeszłym roku powstał nowy, kolejny, drugi już tom wierszy – album malarski zatytułowany „Na styku szeptów”. To zestaw 86 wybranych wierszy w których poruszam tematy dla mnie najważniejsze, a więc miłość, przyjaźń, egzystencję z jej radościami i ciężarem, twórczość, odchodzenie i umieranie choć bez depresji i z pewną dozą optymizmu, z zestawionymi 86 obrazami pełnymi koloru i światła, które powstawały w mej pracowni przez ostatnie lata. Do tej pozycji jesienią tamtego roku powstał również spektakl poetycki pod tym samym tytułem, który przedstawiłem na scenie PWSZ w Nowym Sączu przy współudziale aż 27 wykonawców. Obecnie wydana została kolejna moja pozycja książkowo-albumowa pod tytułem „Nowy Sącz – miasto, które pokochałem”. To swego rodzaju esej, w którym czytelnikowi opowiadam o swych przeżyciach w tym pięknym mieście. Opowiadam o rzeczach czasem historycznych, a czasem bardzo osobistych. Poruszam w nim wiele wątków swego życia związanego z miastem, moją rodziną, którą tu założyłem, twórczością, obserwacjami i marzeniami. Książka zawiera 150 barwnych obrazów z wizerunkami Nowego Sącza, okraszonymi szeregiem szkiców i rysunków. Niebawem, w pierwszej połowie czerwca, przewidziana jest promocja tej książki w uroczym ratuszu Nowego Sącza.
Dziękuję za rozmowę
Marzena Gitler, foto: z arch. artysty









![[17.04.2026] Piątek ciepła początek? Sprawdź prognozę w Małopolsce](https://cdn.glos24.pl/2026/04/zakopanee-1_w300.webp)










