„Ostrzeżenia były wcześniej”. Radny zawiadamia prokuraturę po tragedii na Solnej

Rafał Zawiślak
Rafał Zawiślak / Głos24

„Obawiam się, że to jest po prostu taki »niedasizm«. Dopóki nie wydarzy się tragedia, to nic nie robimy” – mówi Rafał Zawiślak. Radny, który już wcześniej alarmował o zagrożeniu bezpieczeństwa na Zabłociu, po tragicznym wypadku na ul. Solnej zawiadomił prokuraturę. Chce, by śledczy sprawdzili, czy miasto nie zaniedbało swoich obowiązków.

Po tragedii na ul. Solnej, w której zginęli młodzi rodzice, a ich dziecko zostało ranne, oraz po wtorkowym marszu milczenia mieszkańców Krakowa wracają pytania o to, czy można było wcześniej zapobiec temu zdarzeniu i czy miasto odpowiednio reaguje na sygnały dotyczące zagrożeń.

Rafał Zawiślak, radny miejski z Krakowa dla Mieszkańców, który już w 2024 roku interweniował w sprawie bezpieczeństwa na ciągu Nadwiślańska–Solna–Zabłocie, złożył zawiadomienie do prokuratury. Chce, by sprawdziła ona, czy po stronie miasta nie doszło do zaniechania obowiązków.

W rozmowie z Głos24 mówi o wcześniejszych ostrzeżeniach mieszkańców, swojej interpelacji i braku – jego zdaniem – skutecznej reakcji urzędników. Ocenia także słowa Stanisława Kracika po tragedii.

„Ta wypowiedź pana komisarza Kracika jest wręcz kuriozalna. Na tym ciągu ulic Nadwiślańska–Solna–Zabłocie dochodziło wielokrotnie do zdarzeń, do wypadków, do kolizji” – mówi Rafał Zawiślak.

Radny przekonuje, że problem nie dotyczy wyłącznie jednego miejsca. W rozmowie mówi o bezpieczeństwie na krakowskich ulicach, niebezpiecznej jeździe, rozwiązaniach infrastrukturalnych, rowerach elektrycznych i zmianach, które jego zdaniem powinny zostać wprowadzone. Odnosi się także do roli władz miasta i kampanii wyborczej, w której bezpieczeństwo mieszkańców stało się jednym z ważnych tematów.

Oliwier stracił rodziców na Solnej. Tak można pomóc dziecku
Oliwier stracił rodziców w wypadku na Solnej. Jego stan się poprawia, a na przyszłość chłopca zebrano już ponad 679 tys. zł.

Po tragedii na ul. Solnej złożył Pan zawiadomienie do prokuratury w sprawie działań miasta. Co pana zdaniem powinna sprawdzić prokuratura?

– Według mojej oceny mogło dojść do zaniechania czynności urzędowych. Chodzi o ustalenie, czy nie zostały tutaj niedopełnione formalności i czynności urzędnicze. Mieszkańcy wcześniej sygnalizowali problem. W 2024 roku napisałem interpelację na prośbę mieszkańców w sprawie spowolnienia ruchu na ciągu Nadwiślańska–Solna–Zabłocie. Mieszkańcy zgłaszali te problemy zarówno radnym dzielnicy, radnym miasta, jak i samemu miastu. Chodziło o realne spowolnienie ruchu samochodów. Niestety miasto nie przychyliło się do tego pozytywnie i przez te dwa lata nie wykonało żadnych prac, żadnych elementów, które spowolniłyby pojazdy, które tam się poruszają.

Czyli Pana zdaniem problemem nie jest tylko sam wypadek, ale to, że wcześniej były sygnały i nie było odpowiedniej reakcji?

– Dokładnie tak. Jeżeli mieszkańcy zgłaszają problem, radni składają interpelacje, wskazywane są konkretne rozwiązania, a później przez dwa lata nic się nie dzieje, to trzeba sprawdzić, dlaczego tak się stało. Moim zdaniem chodzi o ustalenie, czy osoby odpowiedzialne za podejmowanie decyzji w mieście właściwie wykonały swoje obowiązki.

Trzeba jednak rozdzielić dwie kwestie. Sam wypadek jest przedmiotem postępowania prokuratury. Pan mówi o odpowiedzialności miasta za wcześniejsze działania. Czy Pana zdaniem tej tragedii można było uniknąć?

– Nie twierdzę, że konkretne rozwiązanie, które proponowałem, na pewno zapobiegłoby temu konkretnemu wypadkowi. Natomiast twierdzę coś innego: ostrzeżenia były wcześniej. Mieszkańcy zgłaszali problem. Radni zgłaszali problem. Były propozycje rozwiązań. Nie możemy funkcjonować w taki sposób, że dopiero tragedia powoduje, że zaczynamy się zastanawiać, co zrobić.

W 2024 roku składał Pan interpelację dotyczącą bezpieczeństwa na Zabłociu. Co dokładnie Pan wtedy proponował?

– Wskazywałem, że trzeba realnie spowolnić ruch samochodów, który tam występuje. W związku z notorycznym przekraczaniem dopuszczalnej prędkości przez pojazdy poruszające się tą drogą należało wymusić ich spowolnienie poprzez zastosowanie odpowiednich rozwiązań. Chodziło między innymi o szykany, zmianę organizacji ruchu, rozwiązania, które fizycznie wymuszają wolniejszą jazdę. Są na to sposoby. Są specjaliści, którzy potrafią takie rzeczy projektować. Problemem nie jest brak wiedzy, tylko brak realizacji.

Po pana interpelacji miasto odpowiedziało, że przeprowadzone pomiary wykazały, iż większość pojazdów nie przekraczała dozwolonej prędkości i dlatego nie było przesłanek do natychmiastowych zmian. Czy ta odpowiedź Pana przekonała?

– Nie. Nie można zarządzać bezpieczeństwem w taki sposób, że patrzymy tylko na statystykę i mówimy: większość kierowców jeździ dobrze. Problem polega na tym, że wystarczy jedna osoba, która nie przestrzega przepisów, żeby doszło do tragedii.

Po tragedii Stanisław Kracik mówił, że przez ostatnie lata w tym miejscu nic się nie wydarzyło i dlatego nie było powodów do zmian. Te słowa wywołały dużą reakcję. Jak Pan je ocenia?

– Ta wypowiedź pana komisarza Kracika jest wręcz kuriozalna i myślę, że powinien jeszcze raz się przemyśleć, czy aby na pewno podtrzymuje to stanowisko. Na tym ciągu ulic Nadwiślańska–Solna–Zabłocie dochodziło wielokrotnie do zdarzeń, do wypadków, do kolizji, do różnych zdarzeń drogowych. W pewnym momencie skrzyżowanie ulic Solnej i Nadwiślańskiej było jednym z najbardziej niebezpiecznych skrzyżowań, na których dochodziło do dużej liczby zdarzeń drogowych.

Natomiast jeżeli ktoś chce się koncentrować tylko i wyłącznie na tym jednym miejscu, gdzie doszło do tragedii, to faktycznie można powiedzieć, że wcześniej nie doszło tam do takiego zdarzenia.

Ale chyba nie na tym polega zarządzanie miastem i bezpieczeństwem ruchu pieszych, żeby odnosić się tylko do jednego konkretnego miejsca, przy którym doszło do tragedii.

Stanisław Kracik, zanim został komisarzem Krakowa, był wiceprezydentem miasta odpowiedzialnym między innymi za infrastrukturę. Czy z tej perspektywy jego wypowiedź jest dla Pana szczególnie zaskakująca?

– Tym bardziej oczekiwałbym szerszego spojrzenia na problem bezpieczeństwa. To nie jest kwestia jednego miejsca, jednego zdarzenia czy jednego krawężnika. Bezpieczeństwo ruchu drogowego powinno być zarządzane systemowo.

Problem bezpieczeństwa nie dotyczy przecież tylko Zabłocia. Mieszkańcy zgłaszają podobne sytuacje także w innych częściach Krakowa – na osiedlowych ulicach, gdzie kierowcy czują się bezkarni. Mowa o driftowaniu, jeździe z piskiem opon, gwałtownym przyspieszaniu, hamowaniu i manewrach, podczas których samochód może stracić przyczepność i wjechać w osoby znajdujące się przy chodniku. Czy takie sygnały trafiają także do Pana z innych miejsc w mieście?

Absolutnie tak. Takich miejsc w Krakowie jest bardzo dużo. Mieszkańcy zgłaszają problemy na różnych osiedlach, na ulicach lokalnych, gdzie kierowcy pozwalają sobie na bardzo niebezpieczne zachowania.

Co w takim razie mogą zrobić mieszkańcy, którzy widzą takie miejsca albo regularnie obserwują niebezpieczne zachowania kierowców? Czy mają narzędzia, żeby skutecznie zwrócić uwagę miasta?

Na pewno dobrym rozwiązaniem jest aplikacja mKraków, czyli narzędzie Urzędu Miasta Krakowa. Można też zgłaszać sprawy przez Krakowskie Centrum Kontaktu.

Oczywiście mieszkańcy mogą kontaktować się również z radnymi i radami dzielnic. Rady dzielnic są najbliżej mieszkańców i często najlepiej wiedzą, gdzie pojawiają się potencjalne zagrożenia.

Być może trzeba jeszcze poprawić komunikację i bardziej informować mieszkańców, jak mogą z tych narzędzi korzystać.

Po tragedii na Solnej wróciła też dyskusja o tym, czy miasto reaguje na sygnały mieszkańców. Prezydent Aleksander Miszalski organizował „ławki dialogu”, podczas których mieszkańcy mogli zgłaszać problemy. Czy Pana zdaniem te sygnały przekładały się na działania?

– Prezydent Miszalski bardziej te ławki dialogu traktował chyba PR-owo, żeby sprzedawać swoją narrację, ile to jest zrobione. Natomiast z biegiem czasu okazało się, że ilość problemów, które były zgłaszane przez mieszkańców na tych ławkach dialogu, przerosła pana Miszalskiego. Coraz mniej było widać skutecznych działań.

Problem spadku poziomu bezpieczeństwa mieszkańców było widać także podczas ostatniego protestu, tej godziny ciszy po tragedii. Coraz więcej mieszkańców Krakowa boi się o swoje bezpieczeństwo, widząc, że ich apele o poprawę tego bezpieczeństwa nie są w żaden sposób respektowane przez miasto.

Co Pana zdaniem powinno zrobić miasto, żeby nie reagować dopiero po tragedii?

– Prezydent powinien mieć systemowe rozwiązania dotyczące poprawy bezpieczeństwa mieszkańców. Jest potencjał, są odpowiednie wydziały, są ludzie zatrudnieni do tego, żeby przygotowywać organizację ruchu i ją realizować. Natomiast takich miejsc jest bardzo dużo, a te rozwiązania nie są później wprowadzane w życie.

Jakie rozwiązania uważa Pan za najskuteczniejsze? Czy wystarczą kontrole policji, czy potrzebne są zmiany infrastrukturalne?

– Przede wszystkim należy egzekwować przepisy ruchu drogowego, które obowiązują w całym mieście i całym państwie. Do tego są odpowiednie służby, przede wszystkim policja. Miasto powinno współpracować z policją. Ale oprócz tego w miejscach zgłaszanych przez mieszkańców trzeba po prostu zrobić odpowiednie rozwiązania: szykany, miejsca postojowe, które wymuszają mniejszy ruch, odpowiednią organizację przestrzeni. Są na to sposoby i są specjaliści, którzy potrafią to zrobić.

Często pojawia się argument, że szykany czy inne elementy uspokojenia ruchu mogą utrudniać przejazd karetkom. Jak Pan odpowiada na takie argumenty?

– Dla mnie ten argument jest w ogóle nieprawdziwy. Po to są inżynierowie ruchu zatrudnieni na różnych stanowiskach, żeby pewne rzeczy modelować i sprawdzać. Są specjaliści na AGH, na Politechnice, którzy potrafią przygotować modele ruchu. Sami jako radni dzielnicy korzystaliśmy z takich opracowań przy wprowadzaniu pewnych organizacji ruchu. Takie tłumaczenie jest najprostsze, żeby nic nie robić.

Nie jesteśmy już w stanie dalej funkcjonować w ten sposób, żeby od tragedii do tragedii zarządzać miastem Kraków. Ten czas się skończył. Nie może być tak, że ludzie giną tylko dlatego, że idą chodnikiem, a nie jesteśmy w stanie opanować kilku osób, które nie respektują przepisów ruchu drogowego.

W rozmowie o bezpieczeństwie często mówi się też o rowerach elektrycznych, hulajnogach i szybkich pojazdach poruszających się po drogach rowerowych. To również wymaga zmian.

– Dokładnie. To jest coraz większy problem, który nie dotyczy tylko Krakowa, ale wielu miejsc w Polsce. Obecny stan prawny jest na tyle nieuregulowany, że bardzo ciężko jest egzekwować przepisy. Rada Miasta Krakowa kierowała rezolucję do prezydenta i do Sejmu, żeby na poziomie centralnym została przygotowana regulacja dotycząca tych pojazdów.

A co z miejscami, gdzie ścieżki rowerowe przecinają się z ruchem pieszym, na przykład przy przystankach? Czy potrzebne są dodatkowe oznaczenia?

– Tak, tutaj też są rozwiązania. Można poprawić oznakowanie dróg dla rowerów pod kątem pieszych: „uwaga piesi”, „zwolnij”. Można stosować na przykład specjalne poprzeczne pasy na ścieżkach rowerowych, z bardziej wypukłej farby, żeby jadący rowerem czy hulajnogą poczuł, że zbliża się do przestrzeni wykorzystywanej przez pieszych. Takie rozwiązania funkcjonują już w wielu miastach, na przykład w Warszawie.

Tragedia wydarzyła się w trakcie kampanii wyborczej. Po wypadku część kandydatów na prezydenta Krakowa zapowiedziała działania. Pojawił się też głos Łukasza Wantucha, który mówił, że wykorzystywanie takiej tragedii w kampanii wyborczej nie jest właściwe. Czy mieszkańcy powinni jednak pytać kandydatów o bezpieczeństwo?

– Mieszkańcy mają prawo pytać kandydatów o wszystko, co ich nurtuje. Poziom bezpieczeństwa jest jedną z głównych spraw, które interesują mieszkańców. Ta tragedia tylko pokazała brak informacji i brak wiedzy na temat zabezpieczenia miasta i działań miasta na rzecz bezpieczeństwa mieszkańców Krakowa.

Po tragedii mieszkańcy zorganizowali marsz milczenia. To było spotkanie ponad podziałami – ludzie przyszli oddać hołd ofiarom, ale też domagać się zmian. Czy Pana zdaniem ten głos mieszkańców powinien być dla władz miasta sygnałem?

– Myślę, że tak. To pokazuje skalę problemu. Mieszkańcy nie chcą już słyszeć, że czegoś się nie da zrobić. Chcą czuć się bezpiecznie w swoim mieście. I oczekują, że bezpieczeństwo będzie traktowane jako priorytet, a nie temat, którym zajmujemy się dopiero po tragedii.

Dlaczego Pana zdaniem miasto często nie reaguje wcześniej, skoro rozwiązania są znane?

– Boję się, że to jest po prostu taki „niedasizm”. Dopóki nie wydarzy się tragedia, to nic nie robimy, bo ktoś musiałby się tym zająć, trzeba byłoby znaleźć finansowanie i wykonać konkretne działania. Mam nadzieję, że to się zmieni. Nie chciałbym, żeby w Krakowie bezpieczeństwo zależało od tego, czy zginie ta czy inna osoba. Nie może być tak, że działamy dopiero po tragedii.

Kraków - najnowsze informacje

Rozrywka