Spalony samochód ratunkowy DIOZ, protesty na trasie do Morskiego Oka, 16 zarzutów dla aktywistki, zawiadomienie starosty do prokuratury i wzajemne oskarżenia o przekraczanie granic. Konflikt wokół transportu konnego w Tatrach wszedł w najbardziej gwałtowną fazę. Policja potwierdza, że dysponuje nagraniem z miejsca zdarzenia, ale podkreśla, że nie może samodzielnie zdecydować o jego publikacji.
Spłonął samochód DIOZ. Organizacja mówi o odwecie
W nocy z soboty na niedzielę, 22/23 sierpnia spłonął samochód należący do Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt. Do pożaru doszło około godziny 2 w nocy na Podhalu. Według wstępnych ustaleń policji przyczyną zdarzenia było podpalenie.
DIOZ od początku łączy sprawę z prowadzoną przez organizację działalnością dotyczącą koni pracujących na trasie do Morskiego Oka.
Organizacja rozpoczęła zbiórkę zatytułowaną „Odwet górali na DIOZ”. W jej opisie przekonuje, że spalony samochód był wykorzystywany podczas interwencji dotyczących ratowania zwierząt.
„Około 2:00 w nocy nasz samochód ratunkowy, wart ponad 500 000 zł, został podpalony. To właśnie nim mieliśmy jechać na kolejne interwencje na Podhalu i ratować zwierzęta” – napisali przedstawiciele DIOZ.
Aktywiści twierdzą, że zdarzenie nie było przypadkowe.
„Według nas ten atak nie jest przypadkowy i może mieć związek z naszą działalnością oraz protestami dotyczącymi koni pracujących na trasie do Morskiego Oka” – przekazali.
W trzy dni od uruchomienia zbiórki udało się zgromadzić ponad 110 tys. złotych z zakładanego miliona.
DIOZ chce ujawnienia nagrania
Po pożarze organizacja opublikowała nagranie wykonane telefonem, na którym widać płonący samochód oraz osoby znajdujące się w pobliżu pojazdu.
Na filmie widać m.in. osoby w strojach góralskich stojące obok płonącego auta. Widać również ogień obejmujący samochód oraz płonące tylne koło. Nagranie nie pochodzi jednak z monitoringu, ale z telefonu osoby znajdującej się w pobliżu.
DIOZ domaga się ujawnienia materiałów zabezpieczonych przez policję. Organizacja sugeruje, że funkcjonariusze posiadają nagranie, które może pomóc ustalić przebieg zdarzenia.
„Żądamy ujawnienia nagrania z momentu podpalenia samochodu ratunkowego dla zwierząt!” – apeluje DIOZ.
Jednocześnie organizacja zaatakowała policję za działania wobec aktywistów podczas wcześniejszych protestów.
„Samochód DIOZ jeszcze dobrze nie został ugaszony, a już widzimy, jakie są priorytety zakopiańskiej policji” – napisano w komunikacie dotyczącym 16 zarzutów, które miała usłyszeć jedna z aktywistek.
DIOZ przekonuje, że policja zdecydowanie reaguje wobec protestujących, ale – zdaniem organizacji – nie wykazuje podobnej determinacji w sprawie dobrostanu koni.
„Gdzie jest to samo zaangażowanie w sprawach dotyczących dobrostanu koni na trasie do Morskiego Oka? Gdzie są zdecydowane działania wobec osób, które czerpią ogromne zyski z okrutnego transportu?” – pyta organizacja.
Policja: nie możemy sami opublikować dowodu
Do zarzutów dotyczących ukrywania nagrania odniosła się Komenda Powiatowa Policji w Zakopanem.
Funkcjonariusze potwierdzili, że materiał jest elementem prowadzonego postępowania, ale decyzja o jego publikacji nie należy do policji.
„Policja nie może samodzielnie zdecydować o publikacji nagrania stanowiącego dowód w prowadzonym postępowaniu. Jego udostępnienie może nastąpić wyłącznie za zgodą właściwej prokuratury oraz z zachowaniem obowiązujących przepisów prawa” – przekazano.
Policja zapewniła jednocześnie, że sprawa prowadzona jest zgodnie z procedurami.
„Wszystkie podejmowane działania mają na celu dokładne wyjaśnienie okoliczności sprawy” – poinformowali funkcjonariusze.
Na obecnym etapie nie ustalono jednak jeszcze sprawców podpalenia.
Starosta zawiadamia prokuraturę
Do konfliktu odniósł się również Starosta Tatrzański Andrzej Skupień. Po spotkaniu z przedstawicielami DIOZ, które odbyło się 19 sierpnia w Starostwie Powiatowym w Zakopanem, samorząd poinformował o złożeniu zawiadomienia do Prokuratury Rejonowej w Zakopanem.
Jak przekazano, zawiadomienie dotyczy m.in.: znieważenia funkcjonariuszy publicznych, bezpodstawnych oskarżeń o korupcję i „układ mafijny”, prób wymuszenia korzystnych decyzji administracyjnych, mowy nienawiści wymierzonej w społeczność góralską.
Starostwo wcześniej wydało oświadczenie, w którym sprzeciwiło się – jak określono – „bezprecedensowej fali hejtu, agresji i personalnych ataków”.
„Zapowiadana przez organizacje prozwierzęce merytoryczna dyskusja na temat przyszłości transportu na szlaku do Morskiego Oka została przez drugą stronę całkowicie zastąpiona medialnym widowiskiem, opartym na inwektywach, manipulacjach i próbach zastraszania urzędników państwowych” – napisano.
Władze powiatu zarzuciły DIOZ przekraczanie granic debaty publicznej.
„Na agresję i wulgarność w przestrzeni publicznej zgody nie ma i nie będzie” – podkreśliło Starostwo.
Co na to TPN?
W konflikcie o konie z Morskiego Oka ważną rolę odgrywa także Tatrzański Park Narodowy. To właśnie przez teren Parku prowadzi trasa nad Morskie Oko, a TPN od lat dopuszcza tam funkcjonowanie transportu konnego.
Organizacje prozwierzęce zarzucają Parkowi, że jako instytucja odpowiedzialna za ochronę przyrody powinien dążyć do całkowitego wycofania koni z trasy. TPN odpowiada, że zmiany muszą być przeprowadzane stopniowo i z uwzględnieniem nie tylko dobrostanu zwierząt, ale także bezpieczeństwa turystów oraz specyfiki tego miejsca.
Droga do Morskiego Oka jest jedną z najpopularniejszych tras turystycznych w Polsce. Każdego dnia korzystają z niej tysiące pieszych, a jednocześnie poruszają się po niej zaprzęgi konne, pojazdy techniczne oraz samochody służb ratunkowych i pracowników Parku. Zdaniem TPN każda zmiana organizacji ruchu musi uwzględniać fakt, że jest to przestrzeń, w której różne formy transportu funkcjonują obok siebie.
Spór o konie na tej trasie trwa od lat. Organizacje prozwierzęce przekonują, że zwierzęta są przeciążane i powinny zostać zastąpione innym środkiem transportu. Fiakrzy oraz część mieszkańców Podhala wskazują natomiast, że przewozy konne są elementem lokalnej tradycji i źródłem utrzymania wielu rodzin.
W ostatnich latach TPN, samorząd, przedstawiciele fiakrów oraz administracja państwowa pracowali nad zmianami w organizacji transportu. Wprowadzono m.in. ograniczenie liczby pasażerów wozów oraz regularne kontrole weterynaryjne koni. Wypracowany model zakłada stopniowe ograniczanie pracy koni przy jednoczesnym rozwoju transportu elektrycznego.
Podczas spotkania 19 sierpnia w Starostwie Powiatowym w Zakopanem dyrektor TPN Szymon Ziobrowski odpierał zarzuty, jakoby konie na trasie masowo padały z przeciążenia. Odniósł się m.in. do wcześniejszych zdarzeń, które były przywoływane przez aktywistów.
– 2009 – to był Jordek. Następnie pamiętam taki przypadek, kiedy jednemu z koni pękł łuk aorty. To było 2013 albo 2014 roku. I był jeszcze śmiertelny wypadek, wtedy, kiedy koń spłoszony przez śmigłowiec również padł. Natomiast te wszystkie pozostałe sytuacje to są potknięcia – mówił dyrektor TPN.
Jak podkreślał, jego zdaniem nie ma podstaw do twierdzenia, że konie na trasie giną z powodu przeciążenia.
– To nie jest taka sytuacja, że te konie padają z przeciążenia, nie mają siły. Najlepszym przykładem – ten koń, który ostatnio się potknął, on jest w dobrej kondycji i przeszedł badania. Jest to według mnie nadużywanie pewnych słów po to, żeby osiągnąć zamierzony efekt – przekonywał Ziobrowski.
Jednym z elementów zmian ma być pilotażowe skrócenie trasy przejazdu wozów konnych. Od 1 września zaprzęgi mają kończyć trasę na Wodogrzmotach Mickiewicza, a nie na Polanie Włosienica. Równocześnie TPN rozwija transport elektryczny.
E-fasiągi kolejnym punktem sporu
Najnowszym punktem konfliktu stała się właśnie propozycja wprowadzenia tzw. e-fasiągów – elektrycznych pojazdów stylizowanych na tradycyjne wozy.
DIOZ przekonuje, że takie rozwiązanie mogłoby całkowicie zastąpić transport konny. Organizacja sama chce wejść w system przewozów, argumentując, że pozwoliłoby jej to uzyskać możliwość prawnego zakwestionowania obecnych zasad.
Starosta tatrzański sprzeciwia się jednak dopuszczeniu kolejnego rodzaju transportu na trasę. Zdaniem samorządu problemem jest przede wszystkim bezpieczeństwo.
„Ze względów bezpieczeństwa niemożliwe jest niekontrolowane wprowadzanie kolejnych form transportu na trasę” – argumentuje Starostwo.
DIOZ odpowiada, że nie chodzi o przejęcie biznesu, ale o zmianę systemu. Jeden z aktywistów Sławomir Pawlak napisał: „Żaden DIOZ nie wchodzi w komercyjny biznes – DIOZ stworzył jedyną możliwą ścieżkę prawną, żeby rozbić ten układ, doprowadzić do dymisji odpowiedzialnych za to ludzi i raz na zawsze wywalić stamtąd wozy konne”.
Masz rację — tutaj nie ma sensu ponownie tłumaczyć całego sporu. Ten fragment powinien pokazać kolejny poziom eskalacji: DIOZ przenosi konflikt na poziom polityczny, wskazuje konkretnych adresatów i domaga się zmian prawnych. Zostawiłbym też wyraźnie, że to zarzuty i stanowisko organizacji, a nie ustalone fakty.
DIOZ apeluje do polityków. „Ile jeszcze musi się wydarzyć?”
Konflikt o konie z Morskiego Oka coraz mocniej przenosi się na poziom polityczny. Po ostatnich wydarzeniach DIOZ zwrócił się do przedstawicieli rządu i parlamentarzystów, domagając się wyjaśnienia sprawy spalonego samochodu organizacji oraz zdecydowanych zmian w przepisach dotyczących wykorzystywania zwierząt.
Aktywiści skierowali apel m.in. do minister klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski, krytykując wypracowane dotychczas rozwiązania dotyczące ograniczenia pracy koni. Ich zdaniem skrócenie trasy do Wodogrzmotów Mickiewicza nie rozwiązuje problemu.
„Czy Pani po raz kolejny świadomie robi z nas idiotów, wciskając opinii publicznej kit o stałym ograniczeniu pracy koni, podczas gdy w Zakopanem śmieją się Pani w twarz i nazywają to eksperymentem?” – napisali przedstawiciele DIOZ.
Organizacja zarzuciła politykom, że zamiast trwałych zmian proponują jedynie kompromisy.
„Ile jeszcze razy zapowiedzicie kompromisy, które okazują się zwykłym mydleniem oczu, gdy wyeksploatowane konie nadal cierpią na trasie?” – pytają aktywiści.
DIOZ zwrócił się również do marszałek Sejmu Doroty Niedzieli, apelując o rozpoczęcie prac nad projektem zmian w ustawie o ochronie zwierząt.
Chodzi o poselski projekt nowelizacji ustawy (druk nr 442), który trafił do Sejmu w maju 2024 roku. Zakłada on m.in. ograniczenie liczby pasażerów podczas zarobkowego przewozu osób pojazdami zaprzęgowymi z wykorzystaniem siły pociągowej zwierząt do sześciu osób.
Projekt do tej pory nie rozpoczął procedury parlamentarnej, co DIOZ ostro krytykuje.
„I co się wydarzyło później? Nic…” – napisali aktywiści, pytając: „Ile jeszcze musi się wydarzyć, żeby Sejm zaczął działać?”.
Organizacja podkreśla, że jeśli projekt wymaga zmian, powinny rozpocząć się konsultacje z udziałem wszystkich stron – m.in. ekspertów, TPN, przedstawicieli branży turystycznej, mieszkańców Podhala i organizacji zajmujących się ochroną zwierząt.
Co jeszcze wymaga wyjaśnienia?
W sprawie podpalenia samochodu DIOZ nadal pozostaje wiele niewiadomych.
Nie wiadomo: kto podpalił pojazd, czy sprawca lub sprawcy byli związani ze sporem o konie, co dokładnie znajduje się na nagraniu zabezpieczonym przez policję, czy i kiedy prokuratura zgodzi się na jego ujawnienie.
Równolegle wyjaśniane będą zarzuty dotyczące działań DIOZ i protestów na trasie do Morskiego Oka.
Jedno jest pewne – konflikt wokół koni w Tatrach dawno przestał być wyłącznie sporem o sposób transportu turystów. Stał się jednym z najgorętszych sporów społecznych na Podhalu, w którym ścierają się argumenty dotyczące ochrony zwierząt, tradycji, bezpieczeństwa oraz interesów ekonomicznych mieszkańców regionu.


















