poniedziałek, 15 sierpnia 2022 13:00

Szukaliśmy miejsca na spokojny odpoczynek i bez „paragonów grozy”

Autor Głos 24
Szukaliśmy miejsca na spokojny odpoczynek i bez „paragonów grozy”

Tym razem naprawdę chcieliśmy odpocząć. Potrzebowaliśmy choć odrobiny ciszy i spokoju. Bez zatłoczonych deptaków, hałasu, tłumów w restauracjach. Są jeszcze w Polsce takie miejsca? Wybór padł na Dolny Śląsk i trafiliśmy do Kopańca, gdzie, jak się okazało, będziemy spać… w koszarach SS. Zaskakujące, ale to nam nie przeszkadzało. Przyjeżdżając tutaj zadawaliśmy sobie tylko jedno pytanie - czy to jest miejsce, gdzie uda się nam złapać oddech?

Kopaniec to śliczna miejscowość położona w Górach Izerskich nieopodal Jeleniej Góry. Wioska jest umiejscowiona w górzystym terenie, ciekawa architektura, stare, poniemieckie domy w różnym stanie – od interesujących adaptacji i w pełni odrestaurowanych, po takie które, pamiętają swoich dawnych właścicieli. Pośrodku miejscowości pyszni się, zbudowana w 1902 roku Willa Pod Zegarem.

To stylowy budynek, wyróżniający się w okolicy. Obecnie jest to największy budynek w Kopańcu (1200 m2). Ma też ciekawą historię. Powstał jako Ewangelicki Dom Opieki (Gemeinndehaus) "Gottesgruss", w którym opiekowano się starcami i bezdomnymi dziećmi. W czasie drugiej wojny światowej przemianowano go na ośrodek szkoleniowo-wypoczynkowych dla żołnierzy SS. Potem było już mniej ciekawie - za czasów PRL budynek przeszedł w ręce firmy państwowej, a ta raczej o historyczny budynek nie zadbała. Bo i po co? Było to dobro „państwowe”, a to – jak w przypadku wielu budynków – oznaczało mniej więcej to samo co „niczyje”. I taki stan rzeczy trwał aż do 2007 r., kiedy to para zapaleńców zamarzyła sobie, aby przywrócić go do dawnej świetności.

Gdy po podróży, urozmaiconej 3-godzinnym korkiem na autostradzie A4 w okolicy Wrocławie (co niestety często się tam zdarza) dotarliśmy na miejsce, gospodarze już na nas czekali. Budynek wyglądał imponująco i tajemniczo. Ogromne, przestronne korytarze, wysokie sklepienia, przyjemna cisza i sympatyczna pani Agata, która pokazała nam nasz pokój - narożny na pierwszym piętrze z widokiem na górę Wiśniowa. Lokum było wielkości „sali rycerskiej” z wygodnym starym łożem i meblami – jak się okazało wszystkie to odnowione, stylowe meble przedwojenne, pochodzące z okolicy. Miło, czysto i klimatycznie.

Spotykamy Szczudlarza wychodzącego z kamienicy

Jesteśmy pierwszy raz w tej okolicy, warto więc odwiedzić największy ośrodek w regionie - Jelenią Górę. Miasto ma przyjemną starówkę oraz nieco zabytków. Nas najbardziej zaciekawiła gotycka Bazylika św. Erazma i św. Pankracego. Miłośnicy zabytków sakralnych znajdą tu liczne epitafia oraz płyty nagrobne dawnych mieszkańców miasta, przytwierdzone na zewnątrz bazyliki. Tworzyły aurę tajemniczości, dobrze korespondującą z atmosferą starego miasta.

Baszta zamkowa i rynek z ciekawym ratuszem dopełniają obrazu. Wokół rynku zjadają się liczne restauracje i kawiarnie oferujące mniej lub bardziej ciekawe menu. Nas przyciągnęła restauracja z regionalnym browarem, oferująca klika oryginalnych smaków.

Cena piwa regionalnego oscylowała wokół 15 zł/za półlitrowy kufel. Piwo smaczne, o ciekawym smaku (IPY, APY, ciemne piwa o aromacie owocowym czy proste pilsy i lagery). Jeżeli jesteśmy przy cenach, to warto dodać, że da się tu ominąć „paragony grozy” –obiad jednodaniowy na jeleniogórskim rynku można zjeść od 35-40 zł za danie. A po obiedzie warto udać się na basztę zamkową i popatrzeć na miasto oraz otaczające góry z perspektywy tego punktu widokowego. Co zaskakujące, wejście na basztę jest darmowe. Skoro już jesteśmy na rynku, nie sposób nie zauważyć Jeleniogórskiego Szczudlarza, który po prostu wychodzi na nas z jednego z narożników Ratusza. Ta ciekawa rzeźba autorstwa ormiańskiego malarza i rzeźbiarza, Vahana Bego powstała w 2013 roku, żeby upamiętnić festiwale teatrów ulicznych, które odbywają się w mieście od w 1983 r.

Na Bobrowych Skałkach

Postanowiliśmy wybrać się na pieszą wycieczkę po górach Izerskich. Po zasięgnięciu fachowych instrukcji u pana Janka (gościnny gospodarz zawsze pomocny) i uzbrojeni w pożyczoną od niego mapę ruszyliśmy na wycieczkę. Trasa zaczynała się… od razu za furtką. Pierwszy, asfaltowy odcinek drogi, prowadzi co prawda pod górę i widokowo nie jest nudny, ale to dopiero przedsmak prawdziwej wycieczki po górach Izerskich. Po około pół godzinie marszu szlak skręca w las i tam dopiero poznajemy, co znaczą prawdziwe górskie uroki. Oprócz czarujących przełęczy, tajemniczych polan o dziwnych nazwach (Polana Czarownic - Heizeplatz) warto zwrócić uwagę na urokliwe formacje skalne takie jak Bobrowe Skałki. To granitognejsowe formacje na północno-wschodnim stoku góry Ciemniak (699 m n.p.m.). Na ich szczycie znajduje się dobry punkt widokowy na Karkonosze. Niedaleko stąd w latach 30. XX w. mieściła się popularna restauracja i wieża widokowa, dziś pozostały tylko resztki fundamentów. Co warto podkreślić, przez cały czas wędrówki spotkaliśmy raptem trzy osoby. Ci którzy lubią ciszę i spokój, będą zachwyceni. Istny raj.

Trasa lesistym szlakiem nie należała do ekstremalnych, ale w sam raz na upalne dni, których w tym roku nie brakuje. 14 km przeszliśmy w cztery i pół godziny, a to musiało wpłynąć na apetyt. W miejscowej karczmie zjedliśmy schabowego i ziemniaczane placki. Obiad jednodaniowy plus czeskie piwo to koszt ok 80/90 zł na dwie osoby. Wieczorem wyciągnięci na wygodnych leżakach, wypoczywaliśmy w rozległym i ciekawie zaprojektowanym ogrodzie. Dolce vita.

Szklarska Poręba ma poważną konkurencję

Dzień trzeci to czas na osławioną Szklarską Porębę. To największe uzdrowisko Dolnego Śląska ma warunki klimatyczne porównywalne do miejscowości alpejskich położonych na wysokości 2000 m n.p.m. Dlatego chętnie bywają tu nie tylko kuracjusze, ale też sportowcy. Częste wiatry oraz ukształtowanie terenu powodują bardzo szybką wymianę mas powietrza. Niestety są też minusy – pośród pięknych domów wypoczynkowych odnajdujemy coś, za czym nie przepadamy - gwar, zgiełk i tłum. Po odwiedzeniu dobrze wyposażonej księgarni uciekliśmy do Kopańca na wygodne leżaki w ogrodzie. Książki i dobre czerwone wino wprowadziły nas w przyjemny wakacyjny, nastrój. A całkiem wieczorem wpadali gospodarze na wieczorne Polaków rozmowy.

Gotycki zamek i stary browar

Z Kopańca do granicy z Czechami  jest ledwie 20 km. Trudno więc odmówić sobie wizyty u naszych południowych sąsiadów. Nasz wybór pada na położone tuż za granicą miasteczko Frydlant. Można tam dojechać drogą główną E65 przez Szklarska Porębę i Jakuszyce, ale można też pokluczyć górskimi drogami, poprzez malownicze wioski w kierunku na Świeradów Zdrój. Wybraliśmy tę drugą opcję. Podróż zajęła nam około godzinę. Frydlant to niewielkie miasteczko – nieco ponad 7 tys. mieszkańców – ale ma się czym pochwalić. Z jednej strony stary gotycki zamek, z drugiej – piękny renesansowy pałac. Są to dwie osobne trasy turystyczne. Uwaga – zamek nie jest dostępny do zwiedzania w każdy dzień, trzeba wcześniej to sprawdzić. Koszt zwiedzania jednej trasy to 180 koron (35 zł) za osobę. Miłym akcentem jest obecność polskich przewodników, i to z nimi zwiedzamy zamek. Zbudowany w XIII w. zamek należy do największych w Czechach i historię ma oczywiście ciekawą. Przechodził wielokrotnie z rąk do rąk, dość powiedzieć że władało nim aż 7 możnych rodów. Z jego historią zapoznajemy się w czasie zwiedzania. Co istotne, na ekspozycje składają się rzeczywiście eksponaty z epoki. Galerie obrazów, kolekcja broni czy przedmioty użytku codziennego malują historię i pobudzają wyobraźnię. Na dziedzińcu można napić się kawy, piwa bądź zimnych napojów bezalkoholowych w przyzwoitych cenach. I najważniejsze - toalety są tu darmowe. U podnóża zamku znajduje się stary browar zamkowy, gdzie można zapoznać się z miejscowa kuchnią i wyśmienitymi piwami kraftowymi, warzonymi na miejscu.

Krzysztof prowadzi nas do magicznego źródła

Pomiędzy górą Tłoczyną, a Kowalówką idąc żółtym szlakiem natrafimy na tajemnicze źródełko Wolfganga. Podobno jeszcze w czasach przedchrześcijańskich było miejscem świętym, a obok niego stała kaplica poświęcona słowiańskiemu bożkowi Flinsowi. Jak mówią legendy, źródło miało mieć uzdrawiającą moc, ale potem czarownica rzuciła na nie zaklęcie.

Wycieczkę do źródełka odbyliśmy w towarzystwie miejscowego psa o imieniu Krzysztof. Spędziliśmy razem przemiłe 5,5 godziny przechodząc trasę 20 km. Przez całą wędrówkę spotkaliśmy mniej niż 10 osób. Krzysztof, pomimo że poznaliśmy się na początku wycieczki, przez cały czas prowadził nas dzielnie, wracając gdy zostawaliśmy nieco w tyle. Z takim przewodnikiem można pokusić się na każda wyprawę. Po wycieczce, elegancko pożegnał się z nami i poszedł do domu z którego na tę wyprawę wyruszył.

Do siedziby śląskiego księcia

Cieplice Śląskie-Zdrój to właściwie część Jeleniej Góry. Choć w latach 1935-1976 były samodzielnym miastem. Tutaj bez problemu można zabawić nawet dzień cały. Na początek Termy Cieplickie z gejzerami, dziką rzeką i zewnętrznym basenem, gdzie temperatura wody dochodzi nawet do 86 stopni Celsjusza. Według legendy, źródła odkrył śląski książę, Bolesław Wysoki w 1175 w czasie pogoni za jeleniem podczas polowania. Zranione zwierzę wskoczyło do gorących źródeł, ozdrowiało, a książę miał wybudować w tym miejscu dworek myśliwski. Cena biletów – w zależności od spędzonego tam czasu, od 19 zł (za dwie godziny pobytu). Termy otoczone są dobrze zaprojektowanymi parkami: Norweskim (nazwę wywodzi od budynku w stylu norweskim w centrum parku) oraz większym, zdrojowym otaczającym pałac Schaffgotschów - byłych właścicieli Cieplic. Ale całe centrum ma ciekawy i klimatyczny charakter. Tworzą je stare kamieniczki wzdłuż głównego deptaku, gdzie na parterze znajdziemy restauracje, kawiarnie oraz cukiernie. Dla spragnionych kontaktu z przeszłością jest tutaj sporo ciekawych miejsc na czele z klasztorem cystersów. Po spacerze warto się posilić w jednej z licznych restauracji. My wybraliśmy swojską karczmę na końcu deptaka z kuchnią tradycyjną. I wierzcie mi, tam poczułem się rzeczywiście jak na Śląsku. Smaczne posiłki w okolicach 35/40 zł za danie.

Nasza wycieczka nie wyczerpuje oczywiście wszystkich okolicznych atrakcji. Ale też nie to było naszym celem. Zwłaszcza że powracając do Willi Pod Zegarem, to mieliśmy czasami problem z opuszczeniem tego miejsca. Niezwykły klimat budynku, ciekawi właściciele z którymi można przegadać sporo czasu (a mają co opowiadać - spektrum tematów od historii po geologię i turystykę). No i śniadania. Pan Janek, czynny biegacz długodystansowy w biegach górskich, piecze własny chleb – codziennie świeży – a także ciasto i ciastka. To niepowtarzalne wypieki. Tak smaczny chleb, z chrupiąca skórką jadłem ostatnio chyba w dzieciństwie.

Turystyka

Turystyka - najnowsze informacje