niedziela, 26 grudnia 2021 10:07

Tak wyglądała Wigilia na wsi. „Cały dzień nasłuchiwano z której strony szczekają psy”

Autor Aleksandra Tokarz
Tak wyglądała Wigilia na wsi. „Cały dzień nasłuchiwano z której strony szczekają psy”

Pieniążek w pierogu zwiastujący powodzenie, wolne miejsce przy stole i śpiewanie kolęd na pasterce – to dzisiaj na wsi nieodłączne elementy związane z Wigilią. Te zwyczaje zmieniły się jednak na przestrzeni lat. Dlaczego cały dzień nasłuchiwano z której strony szczekają psy? Dlaczego podczas Wigilii nie można było odejść od stołu? Dlaczego 24 grudnia pierwszy do domu musiał przyjść mężczyzna? Dlaczego choinki w niektórych domach płonęły? Nasi rozmówcy zdradzili jak zapadły im w pamięci święta Bożego Narodzenia spędzone na wsi.

Wizyty kolędników i dwanaście dań na świątecznym stole w niektórych polskich domach dzisiaj jest już przeszłością. Często brakuje także skrzypiącego pod nogami śniegu. Takich problemów nie było jednak kilkanaście lat temu. Nasi rozmówcy, którzy wciąż mieszkają na wsi, próbują przenieść cząstkę wspomnień z dzieciństwa do swoich domów. I udaje im się to. Wspomnienia budzą w nich jednak tęsknotę. Jak kiedyś wyglądała Wigilia na wsi?

Bez dwunastu dań nie było Wigilii?

- Potraw wigilijnych powinno być dwanaście. U nas w domu liczyło się do tego kompot, czasami ciasto czy sałatkę – wspomina w rozmowie z naszą redakcją pani Lucyna, która od urodzenia mieszka na wsi. Potrawy, tak jak dziś, musiały być postne. Nie było mowy o jakimkolwiek składniku pochodzenia zwierzęcego. – Te potrawy były podawane tylko przez jedną osobę. Wszyscy siedzieli przy stole i nie mogli od niego odejść. Odejście od stołu zwiastowało bowiem nieszczęście w rodzinie. Bardzo tego pilnowaliśmy. Musieliśmy też wszystkiego spróbować – oznaczało to, że ta potrawa i składniki, z których została przyrządzona będą w przyszłym roku niezwykle urodzajne – dodaje.

- Moja mama pracowała w sklepie, dlatego Wigilię przygotowywała nawet dzień wcześniej. U nas nie było dwunastu dań – trzy zupy – barszcz z uszkami, zupa grochowa i grzybowa i trzy drugie dania – ryba z ziemniakami i buraczkami, pierogi z kapustą i ryż zapiekany z jabłkami. Ryż zapiekany z jabłkami przeniosłam ze sobą na Wigilię do domu męża. No i oczywiście kompot z suszonych śliwek – tłumaczy pani Bożena, z którą rozmawiamy.

- U nas była przede wszystkim kapusta, potrawy z leśnych grzybów, susz owocowy – śliwki suszone z wędzarni, które nie służyły tylko do kompotu, ale były też w pierogach. To była podstawa i baza. Z moich czasów dziecinnych pamiętam, że ryby były u nas bardzo rzadko. Był za to mak, który musiał znaleźć się w potrawach, bo miał przynosić szczęście. Szczęścia miało być tak dużo, jak ziarnek maku. Tu mogę pochwalić jedną potrawę, która została mi z czasów dzieciństwa i moje dzieci też tę potrawę bardzo lubią i zawsze staram się, żeby była na naszej Wigilii – to kluski z makiem, z miodem i z bakaliami. Ten smak zapamiętam na zawsze – dodaje pani Lucyna.

Dzisiaj na wsi dwunastu dań także nie może zabraknąć. - Dzieci skrzętnie liczą – jeśli nie ma dwunastu, nieraz na siłę dojadają sernika, jako dodatkową potrawę – śmieje się pani Lucyna. Pani Bożena dodaje, że w jej domu przygotowana jest specjalna lista dwunastu potraw – po zjedzeniu każdej skreśla się ją z listy. Wszystko po to, aby o niczym nie zapomnieć.

- U nas nie może też nigdy zabraknąć, o co dziś dorosłe już moje dzieci zawsze się dopominają – rozgotowanego groszku cukrowego, doprawionego solą i pieprzem. Dzieci śmieją się zawsze, nazywając to danie mamałygą lub brajką, ponieważ groszek jest dobrze rozgotowany. To kolejny smak, który utkwił mi z dzieciństwa. Są też uszka z grzybami, kapusty. Zamiast barszczu białego robimy u nas żurek – tłumaczy pani Lucyna.

Opłatki musiały przykleić się do miski

- Pamiętam Wigilię ze swojego dzieciństwa, kiedy pojechaliśmy na wieś, aż za Rzeszów, do moich dziadków. Tam przy kolacji wigilijnej mieliśmy okazję spróbować tamtejszych potraw. Dziś wspominam to jako szok i horror – śmieje się nasza rozmówczyni. – Zgodnie z tradycją, trzeba było zjeść wszystko, a tam podawali pierogi z kaszą jaglaną, taką nie do końca oczyszczoną, maszczone olejem lnianym. Pierogi tak bardzo stawały nam w gardle, ale zjeść trzeba było. Smaku to te pierogi nie miały, większość zjadł tata, bo za każdym razem podrzucaliśmy mu je na talerz – wspomina ze śmiechem pani Lucyna.

Dziś na wigilijnym stole u naszej rozmówczyni nie może zabraknąć barszczu z kiszonych buraków, przygotowywanego dużo wcześniej. Do niego uszka z grzybami, ale z uwagi na dużą ilość wnuków uszka zastępuje się tajemniczym składnikiem. – To fasola „piękny Jaś”. Świeżo ugotowana – to coś pysznego – mówi pani Lucyna.

- Dokąd sięgam pamięcią, w dzieciństwie jedliśmy Wigilię z jednej miski. Obiady jadaliśmy normalnie, każdy ze swojego talerza, jednak żeby podtrzymać tradycję przy Wigilii na sianku kładło się złożone w kształcie krzyża opłatki i na tym miskę. Z tej miski każdy brał swoją porcję. Oczywiście cały stół był ubrudzony, ale na to nikt nie zwracał wtedy uwagi – dodaje nasza rozmówczyni. I tutaj pojawia się kolejny zwyczaj – za każdym razem, kiedy podnoszono miskę, by nałożyć kolejnej potrawy, sprawdzano czy od spodu przylepiły się do niej opłatki. Jeśli tak – zwiastowało to urodzaj produktu. Jeśli była to kapusta – w przyszłym roku miało nie zabraknąć kapusty, jeśli groch – nie mogło zabraknąć grochu. Zazwyczaj miska była ciepła, więc opłatki się przyklejały. - Rzadko, żeby się nie przykleiło, ale w końcu szczęściu trzeba pomóc – śmieje się pani Lucyna. Wolne miejsce przy stole było przygotowane zawsze – niekoniecznie całe nakrycie, ale przynajmniej dodatkowa łyżka.

- U nas w domu jedynym w zestawie, kolorowym opłatkiem trzeba było podzielić się ze zwierzętami – wspomina nasz kolejny rozmówca, pan Grzegorz. – U nas resztki po Wigilii okładało się i zanosiło zwierzętom. One też musiały mieć coś z całego świętowania – wtóruje mu pani Bożena.

- U nas również zawsze było powiedziane, że te resztki, które zostają po Wigilii trzeba zanieść zwierzętom. W nocy miały przemówić ludzkim głosem. U nas zawsze zwierząt było dużo, więc czekaliśmy do północy aż zwierzęta zaczną mówić. Nigdy się to nie stało, ale mama zawsze uświadamiała nas, że przemawiają tylko dla bardzo grzecznych, bezgrzesznych dzieci, więc każdy z nas był trochę rozczarowany, bo zdawał sobie sprawę, że kiedyś narozrabiał więc zwierzęta nie przemówią – śmieje się pani Lucyna.

Pierwszy musiał przyjść mężczyzna

Nieodłącznym elementem świąt na wsi była oczywiście choinka. - W dniu Wigilii ciocia zawsze przybierała choinkę – musiały być karmelki – czyli kostka cukru owinięta w dwukolorową bibułkę, czyli najczęściej białą z niebieską lub różową i nacinane strzępki. Bardzo ważne były też kolczatki, które skręcało się też z bibułki, na patyczku – mówi pani Lucyna. – U nas nazywali to różnie – jeżyki, kolczatki – dodaje pan Grzegorz. Sztuka ich tworzenia zasługuje jednak na podziw. - Wtedy nie było dostępnych klejów, świecidełek czy złotek. Dziś idziemy do sklepu i wybieramy mieniące arkusze. Wtedy przez cały rok ciocia składała złotka z cukierków, które odrywała, gładziła i chowała. Później robiła klej z wody i mąki. Ciocia nauczyła mnie robić te ozdoby, a ja nauczyłam swoje wnuki. Mam nadzieję, że tradycja przetrwa jeszcze długo – tłumaczy pani Lucyna.

Na choince na wsi musiały pojawić się jabłka. Zamiast oświetlenia – świeczki. - W niejednym domu choinka spłonęła – śmieje się pan Grzegorz.

- U mnie w domu najpiękniejszymi prezentami, do dziś nie wiem skąd tata je dostawał, były ozdoby, które wieszało się na choince. Były bardzo ciężkie, bo zrobione z cukru, w kształcie grzybków – kolorowane. Coś pięknego. Potem lizaliśmy je na choince, bo nie było innych słodyczy – wspomina pani Lucyna.

- Pierwszy w wigilijny poranek dom musiał nawiedzić mężczyzna – najlepiej młody. Jeśli przyszła starsza kobieta – pech w przyszłym roku gwarantowany – mówi pan Grzegorz. Kolejną tradycją było chowanie do portfela łuski z karpia. – Ta przetrwała w naszym domu do dzisiaj. Łuskę trzyma się w portfelu cały rok. Ma sprawiać, że pieniądze będą się nas trzymać – dodaje nasz rozmówca.

- U nas trzeba było zostawić ostatnią łyżkę każdego dania na talerzu. To miało być symbolem pełnego brzucha przez cały następny rok – tłumaczy pani Bożena. – Dodatkowo cały dzień nasłuchiwano z której strony szczekają psy. Z tamtej miał przyjść kawaler – śmieje się.

Do czasu pieczołowitych przygotowań, ubierania choinki, dochodził dodatkowo zapach pastowanej podłogi, który wspomina każdy z naszych rozmówców. – I oczywiście zapach pieczonych makowców. Tego nie da się wymazać z pamięci – dodaje pani Lucyna.

Małopolska - najnowsze informacje