czwartek, 21 lipca 2022 12:30

Udany urlop w mieście? "Odkryłam miejsca, w które na pewno wrócę"

Autor Marzena Gitler
Udany urlop w mieście? "Odkryłam miejsca, w które na pewno wrócę"

Urlop w tym roku trochę mnie zaskoczył. Kryzys, ceny wariują, wszystko drożeje. W takiej sytuacji nawet nie pomyślałam, żeby go zaplanować i gdzieś wyskoczyć. Koniec końców okazało się, że wszyscy w pracy już zaplanowali urlopy w wakacje, a mi został drugi i trzeci tydzień lipca. Kasy na urlop brak. Pozostało mi więc spędzić urlop w mieście, ale jak to zrobić z głową? Postanowiłam sprawdzić, czy mi się to uda. Sami oceńcie co zrobiłam dobrze, a gdzie zaliczyłam wpadkę.

Przede wszystkim plany

Choć urlop wzięłam a vista chciałam jednak wykorzystać go jak najlepiej. Zaczęłam więc od zrobienia listy rzeczy, które mogę i chciałabym zrobić na urlopie. Znalazły się tam sprawy z różnych ważnych dla każdego stref aktywności - z tak zwanego heksagonu szczęścia. Chodzi w nim o to, żeby zaspokajać swoje zróżnicowane potrzeby i rozwijać się harmonijnie czyli troszczyć się o pracę (tak, na urlopie też można troszczyć się o pracę na przykład znajdując czas na poprawienie czy stworzenie swojego CV), finanse, rozwój osobisty, pasje czyli hobby, relacje i zdrowie. Do tego jeszcze dodałam zasadę - coś dla ciała i coś dla ducha, jako, że jestem osobą wierzącą i wiara jest ważną dla mnie sferą życia.  Co znalazło się na mojej liście? Żeby mieć czas na modlitwę i mszę świętą, czego w tygodniu zawsze mi brakuje. Zadbać o sport - bieganie, pływanie, długie spacery. Czytać książki (w końcu dokończyć trzeci tom trylogii Cień Wiatru czyli Labirynt Duchów), nadrobić prace domowe (przesadzić kwiaty, zrobić porządek w szafie z niepotrzebnymi ubraniami, czy drobne naprawy ubrań), zrobić sobie albo choć zapisać się na zaplanowane badania lekarskie, pójść do muzeum. Czy udało mi się choć część z nich zrealizować? Zaraz odpowiem, ale po kolei... Dodam tylko, że spędziłam urlop w Krakowie, co z pewnością ułatwiło mi realizację mojego planu.

Życie lubi zaskakiwać

Zazwyczaj nie wierzę w pecha, ale trudno nie odnieść wrażenia, że życie postanowiło ze mnie zażartować, bo pierwszego dnia mojego urlopu sąsiad z góry zaczął remont. I to nie byle jaki remont. O 7.30 w poniedziałek obudziło mnie kucie ścian i walenie młotem. Jeszcze w pidżamie już po kilku minutach byłam na górze. Grzecznie zapytałam, czy aby nie jest za wcześnie na takie hałasy. Pan w roboczym kombinezonie z beztroskim uśmiechem stwierdził, że nie. Zeszłam więc do siebie. Od czego jest wujek Google! Po chwili już uzbrojona w niezbędną wiedzę wróciłam do pana budowlańca i uświadomiłam go, że przed ósmą nie ma mowy o żadnym kuciu. Wiedziałam jednak, że o siedzeniu w domu i czytaniu książek czy oglądaniu seriali nie ma mowy. Przynajmniej do 16. Pozostało mi więc spędzać czas urlopu poza domem, jeśli nie chcę się czuć jak w poczekalni u dentysty.

To nie koniec. Pogoda też spłatała figla. Miała być fala upałów, czterdzieści stopni w cieniu, a przyszły deszcze, lodowaty wiatr i pogoda w kratkę, niemal do końca pierwszego tygodnia mojego lipcowego wypoczynku. Mogłam więc zapomnieć o długich wyprawach czy plażowaniu. Cóż... trzeba było coś wymyślić w zamian. Postanowiłam spędzić urlop kreatywnie - siedem dni w siedmiu destynacjach. A choć w portfelu nie za dużo gotówki, przecież nie znaczy to, że mam całkiem pozbawić siebie wakacyjnych atrakcji. Wystarczy tylko pomyśleć i znaleźć dostępny i przystępny zamiennik.

Plaża jak nad Bałtykiem w Krakowie? Tylko na Bagrach! - fot. Mateusz Łysik/Głos24

Poniedziałek - wakacje jak nad Bałtykiem

Plaża z powodu zimna odpadła. Co więc pozostało? Basen na Kolnej. Krakowski Ośrodek Sportu i Rekreacji „Kolna” to jeden z najnowocześniejszych tego typu obiektów. Ja zresztą po prostu lubię pływać, ale zwykle nie mam na to czasu. Wyprawa na basen była więc dla mnie miłą odskocznią. Mimo przerwy w pływaniu spokojnie przepłynęłam 20 basenów krytą żabka, a potem posiedziałam sobie w jacuzzi. To nie wszystko. Choć pięćdziesiątka na karku nie mogłam odmówić sobie skorzystania ze zjeżdżalni. Kto mówi, że to tylko dla dzieciaków? Bilet godzinny do godz. 14 w dzień powszedni to 15 zł, dwugodzinny (taki wybrałam) - 24 zł.  A po pływaniu czas na rybkę. Może nie prosto z Bałtyku (na pewno nie był to bałtycki pstrąg ) ale równie smaczną. I zdecydowanie tańszą. W barze w krakowskim centrum handlowym, gdzie wpadłam potem na zakupy, zjadłam mintaja z ziemniakami, szpinakiem, gotowanymi warzywami i surówką z kapusty za 24.99zł. Zapytacie co robiłam w centrum handlowym? O tym za chwilę...

Zamiast "bałtyckiego pstrąga", rybka w centrum handlowym - Adrian Grycuk/Wikipedia / Glos24.pl

Bonus wakacji w mieście... wyprzedaże

Miałam o tym nie pisać, ale chyba warto. Wakacje w mieście to doskonały czas na złapanie okazji zakupowych. Sklepy wszystkich chyba marek próbują pozbyć się za wszelką cenę sezonowych kolekcji. Można więc kupić za pół ceny, a nawet za 1/3 ceny skórzane sandały czy markowe trampki. Mi też się udało. Przy okazji zdobyłam jeszcze większą motywację, aby uporządkować moją szafę, pakując do oddania lub sprzedaży to, z czego niestety już „wyrosłam” (mam nadzieję, że to jeszcze skutki pandemicznego lockdownu i że z czasem moja aktywność pozwoli mi zmniejszyć rozmiar) i zwolnić wieszaki na nowe „upolowane” okazje.

Wtorek - Wenecja w Krakowie i stare opactwo

Może nie mamy tu kanałów (na szczęście i jeszcze, choć rząd przebąkuje coś o kanale ulgi dla Wisły), ale mamy przepiękną, wijącą się rzekę, kilka mostów i... wodne tramwaje. Poranek zaczęłam od włoskiego śniadania - czyli włoski rogalik cornetti z dżemem i ze świeżo zmieloną kawą na barce nad Wisłą. A co! Może urlopuję w Krakowie, ale raz się żyje i można czasem zaszaleć. Potem wybrałam się wodnym tramwajem do Tyńca. Co prawda oficjalny tramwaj wodny, współorganizowany przez miasto Kraków, w tym roku jeszcze nie ruszył, ale drewniane gondole pływają po Wiśle. Rejs do Tyńca wypływa o godz. 10 spod mostu Kotlarskiego w pobliżu Galerii Kazimierz. Przyznam, że byłam bardzo podekscytowana wyprawą, a że wcześniej już miałam doświadczenia z pływaniem, zabrałam ze sobą koc, który bardzo się przydał, bo na stateczku nieźle wiało. Bilet kupuje się na miejscu, u kapitana. Rejs w jedną stronę kosztował mnie 60 zł (bilet ulgowy 50 zł). Podziwianie Krakowa z perspektywy Wisły warte jest jednak tej sumy. Z powodu w tym roku dość wysokiej ceny (miasto nie dokłada się w tym sezonie do interesu) drogę powrotną postanowiłam odbyć komunikacją miejską.

Kościół e opactwie benedyktyńskim w Tyńcu - fot. Marzena Gitler / Głos24

Wisła poza Krakowem jest również atrakcyjna, ze względu na otaczającą rzekę zieleń i piękne łęgi. Ciekawym doświadczeniem było pokonywanie stopnia wodnego Kościuszko. Stateczek wpłynął do śluzy, która stopniowo napełnia się wodą, przy czym łódką strasznie chybotało. Gdy poziom wody się wyrównał, otworzyła się śluza przed nami i mogliśmy płynąc dalej, do Tyńca, po drodze podziwiając gniazdujące na betonowych umocnieniach mewy i kaczki.

Z klasztornego wzgórza widać wijącą się Wisłę - Marzena Gitler / Glos24.pl

W Tyńcu, który sam w sobie jest unikatową atrakcją, poświeciłam czas, aby zwiedzić opactwo z przewodnikiem. Poczułam się jak prawdziwa turystka na wakacjach, a po zwiedzaniu i zakupie pamiątek w sklepiku klasztornym (urzekły mnie zwłaszcza malowane ręcznie świece) oraz przysmaków od staniąteckich benedyktynek (które mają swój sklepik w bramie opactwa), poszłam na obiad do „Mniszego co nieco”. Włoskich potraw tam co prawda nie ma, więc złamałam reguły i skusiłam się na słynny benedyktyński żur i piwo ze Szczyrzyca (opactwa cystersów w powiecie limanowskim, gdzie ważą własne piwo). Ponieważ pogoda się poprawiła, resztę dnia przeleżałam w cieniu z książką nad Wisłą. W domu byłam przed wieczorem.

Leniwe popołudnie nad Wisłą w Tyńcu - Marzena Gitler / Glos24.pl

Środa - karmelitańskie pustelnie i zachód słońca jak z filmu

Po zdrowym i pysznym śniadaniu tym razem postanowiłam wyruszyć do Czernej pod Krzeszowicami. Dojazd z Krakowa bardzo prosty. Do Krzeszowic co pół godziny odjeżdża pociąg w kierunku Trzebini. Pod dworcem w Krzeszowicach do Czernej czekają busy.

Czerna to moje ulubione miejsce, w którym doświadczam kontaktu z Bogiem. Każdy potrzebuje czasem takiego restartu i naładowania akumulatorów. Ja właśnie po to przyjechałam do sanktuarium przy klasztorze karmelitów bosych. Jestem sentymentalna i zawsze dla mnie wielkie znaczenie ma historia danego miejsca. W Czernej - niewielkiej miejscowości położonej 6 kilometrów od podkrakowskich Krzeszowic, historia daje znać o sobie na każdym kroku.

Diabelski Most w Czernej - Marzena Gitler / Glos24.pl

Gdy opuściłam wioskę i wspinałam się drogą, minęłam po prawej stronie zwalony kamienny most zwany diabelskim, którym kiedyś prowadziła droga do ukrytego za murem klauzury eremu. Klasztor powstał w XVII wieku. W kościele p.w. Proroka Eliasza czczony jest słynący cudami wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, która jest patronką tego miejsca. Wspominałam sobie, kiedy pierwszy raz byłam w Czernej w czasie pielgrzymki Jana Pawła II do Krakowa w czerwcu 1997 roku. Od tamtej pory często do niej wracam.

Słynący łaskami obraz MB Szkaplerznej w Czernej - fot. Marzena Gitler / Głos24

Czerna to przepiękny bukowy las, w którym porozrzucane są resztki starych pustelni i klasztornego muru. To tajemnicze źródełko św. Eliasza, otoczone cembrowiną w kształcie serca. To z niego kiedyś czerpano i noszono wodę do klasztoru, zanim nie powstała studnia, którą kopano aż siedem lat. To piękna wapienne droga krzyżowa na wzgórzu, z figurami w skali jeden do jednego i uroczy cmentarzyk klasztorny. Przepiękna Aleja św. Józefa - miejsce spacerów i medytacji. Przy barokowym klasztorze wybudowano dom pielgrzyma, gdzie można zatrzymać się na nocleg. Jest też restauracja i sklep z pamiątkami oraz klasztorne muzeum, gdzie można poznać dzieje tego wyjątkowego miejsca i jego mieszkańców. W pobliskim klasztorze karmelitanek można spędzić kilkudniowe rekolekcje w ciszy.

Jedna ze stacji Drogi Krzyżowej w Czernej - fot. Marzena Gitler / Głos24

Zostawiłam swoje troski przed obrazem Maryi, przeszłam ścieżkami czerneńskiej golgoty, zatrzymałam się przy mojej ulubionej stacji, gdzie Chrystus leży przygnieciony ciężarem krzyża... W sklepiku kupiłam sobie nowy szkaplerz i srebrny krzyżyk z łańcuszkiem, bo swój ostatnio zgubiłam.

Ciekawostką jest też pobliska kopalnia wapienia Czatkowice, skąd dobiegają ostrzegające syreny a potem odgłosy wystrzału i pękających skał. Można ją zobaczyć z klasztornego wzgórza, albo wybrać się na spacer żółtym szlakiem dookoła kopalni. Robi wrażenie.

Widok na kopalnię w Czatkowicach - fot. Marzena Gitler / Głos24

Do Krakowa wróciłam naładowana pozytywną energią prosto na zachód słońca. Było warto. Nad Wisłą niebo rozpaliło się feerią barw.

Czwartek - ogród w tropikach

Tym, na co poświęcamy dużo czasu w czasie urlopu, są zdjęcia. Robimy je nie tylko na pamiątkę, ale żeby wrzucić do sieci i pochwalić się znajomym. Postanowiłam zrobić to samo. A gdzie można zrobić takie wakacyjne zdjęcia w mieście? W ogrodzie botanicznym! Kraków ma taki przepiękny ogród.

Popołudnie w krakowskich "tropikach" czyli Ogrodzie Botanicznym UJ - Marzena Gitler / Glos24.pl

Ogród Botaniczny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, założony w 1783 r., jest obecnie najstarszym w Polsce! Nic dziwnego, że są tu prawdziwe okazy. Największym drzewem jest jednak nie egzotyczna palma, a nasz polski dąb szypułkowy. "Dąb jagielloński" ma około 230 lat i 6 m obwodu. W podobnym wieku są dwa "Derenie Śniadeckiego", a dziedzińcu Collegium Śniadeckiego, od strony ulicy Kopernika, stoi najstarsza polska robinia akacjowa. Ja jednak przyjechałam tu podziwiać ponad 150-letnie sagowce w szklarni Jubileuszowej i ponad stuletnią palmę - daktylowca kanaryjskiego w wyższej części szklarni w kompleksie Victoria.

Miałam dużo szczęścia, bo właśnie w czwartek 14 lipca po przerwie otwarto dla zwiedzających szklarnię Holenderkę, gdzie jest kolekcja storczyków. Najpiękniejsze zdjęcia jednak zrobiłam w szklarni Victoria i Jubileuszowej. Są na nich i zwisające korzenie, i olbrzymie liście, i kolorowe kwiaty. Żeby zrobić sobie fotkę pod palmą czy w otoczeniu wielkich kaktusów, czy z kwiatem lotosu wcale nie musiałam wydawać kasy na bilet za morze.

Moja pierwsza wizyta w krakowskim ogrodzie botanicznym była dość krótka i pobieżna. W ciągu dwóch godzin posiedziałam trochę w chłodnym cieniu w pobliżu fontanny, spociłam się w parnych szklarniach, zachwyciłam zakątkiem alpejskim, ale jeszcze tyle nie widziałam. Nie wypiłam kawy na tarasie kawiarni, nie zwiedziłam wszystkich zaułków i alejek. A ogród zmienia się z miesiąca na miesiąc. Kwitną jedne rośliny, przekwitają inne. Na pewno będę tu przychodzić regularnie, tym bardziej, że bilet sezonowy to zaledwie 100 zł (a dzienny 15 zł), więc chyba sobie taki kupię i będę rozkoszować się tą oazą spokoju w sercu miasta (tuż obok ruchliwego Ronda Mogilskiego). To moje urlopowe postanowienie.

Piątek - prawie jak w Disneylandzie pod Paryżem czyli park rozrywki

Tak. Jestem babcią trzech uroczych wnuczek. I jako babcia mam swoje obowiązki także podczas urlopu. A że moje dziewczynki uwielbiają Rabkoland, nie mogło się obejść bez odwiedzenia go z babcią w czasie jej urlopu. Poza tym, ja też lubię się pobujać, czy pokręcić, bo ciągle pielęgnuję w sobie dziecko.

Jeśli Rabkoland w wakacje, to na pewno nie w weekend, kiedy są tu największe tłumy i kolejki do wszystkich atrakcji są najdłuższe. My wybraliśmy się właśnie w piątek rano, przed weekendem. Rabkoland jest odległy jakąś godzinę drogi od Krakowa. Park otwierają o godz. 10 i za 69 zł (dla osób powyżej 120 cm wzrostu, od 90 do 120 cm kosztuje 59 zł, a poniżej 90 cm - wstęp jest za darmo) można się tu bawić do 18 (w dzień powszedni), albo do 19 w weekendy. Realizowany jest tu również bon turystyczny, a najdroższy bilet sezonowy (od maja do września) kosztuje 169 zł. Jest też wiele różnych zniżek.

Rabkoland "z lotu ptaka" - Marzena Gitler / Glos24.pl

Najwięcej urządzeń w Rabkolandzie jest dla dzieci w wieku od około 6 lat czyli ok. 120 cm wzrostu, choć są też urządzenia dla maluchów. W tym sezonie największą atrakcją jest Skałożerca (bardzo szybka karuzela, która porusza się w przód i w tył oraz w górę i w dół). Ja tę szaloną jazdę zniosłam dość dobrze, ale tylko dzięki temu, że cały czas wpatrywałam się w fotelik przede mną. Moim starszym wnuczkom (6- i 7-latce) najbardziej podobała się gigantyczna Łódź Wikinga, która buja się w górę i w dół jak huśtawka. Trzeba przyznać - robi wrażenie. Z daleka słychać dobiegające z niej krzyki rozemocjonowanych osób. Czasem nawet ktoś nie ma siły wyjść z fotelika po takim bujaniu, ale moje maluch nie miały jej dość. Mi najbardziej podobał się Wielki Zaginacz Czasoprzestrzeni, czyli tradycyjne młyńskie koło, z którego nie tylko można podziwiać park rozrywki z góry, ale też podziwiać okoliczne góry i rabczańskie pejzaże. Sporo czasu spędziliśmy też przy Warzywnych Wieżach - nowo otwartych trzech wieżach do wspinania, połączonych wykonanymi z drutu tunelami, z wielkimi, stromymi i krętymi zjeżdżalniami.

Na co nie warto wydawać tam pieniędzy? Na pewno na Wygrywajki. Za dwa razy po 10 złotych udało nam się wygrać (i to dwa razy z rzędu) tylko smyczkę z logo Rabkolandu. Dzieciaki nawet się nie pobawiły w łowienie kaczek, bo zabawa trwa do pierwszej złowionej, czyli w naszym przypadku 30 sekund. Z powodzeniem mogę jednak polecić przekąski w Słodkiej Irence. Pyszna kawa i gofry, warte swojej ceny. Apetycznie wyglądała też pizza w Pizzerii pod Palmami. Wróciliśmy zmęczeni, a dzieciaki zasnęły już w aucie. Może nie jest to Disneyland pod Paryżem, ale z pewnością jedno z fajniejszych miejsc dla dzieci, z sympatyczną obsługą i atrakcjami nawet dla najmłodszych.

Sobota - ptasie trele w Ojcowie i morze świetlików

W Krakowie można kąpać się w zieleni - reklamuje się miasto. Faktycznie - może nie jest ich za dużo, ale Kraków ma lasy, a najpiękniejszy bez wątpienia jest Las Wolski położony na wzgórzach Sowiniec, Ostra Góra, Srebrna Góra i Pustelnik. Poprzecinany głębokimi wąwozami las piękny jest o każdej porze roku. Ja odkryłam jeszcze jedną jego tajemnicę, ale o tym opowiem za chwilę.

Z Bramy Krakowskiej widać słynną skałę Rękawicę - Marzena Gitler / Glos24.pl

Dzień zaczęłam wcześnie od zdrowego śniadania. Kraków uruchomił specjalną linię rekreacyjną, która ułatwia dojazd do Ojcowa (LRO z pętli Osiedle Podwawelskie). Problem w tym, że w letnie weekendy jadą tam tłumy ludzi. Autobus, choć ma specjalną przyczepkę na rowery, jest zapchany. Na szczęście wsiadałam na pętli, więc zajęłam strategiczne miejsce, żeby podziwiać trasę. Bilety kosztują jak w komunikacji miejskiej, z tym że od pewnego przystanku obowiązują bilety na II strefę (podmiejską). Podróż trwa godzinę, bo żeby dostać się do Ojcowa autobus okrąża cały Ojcowski Park Narodowy. Jedzie aż do Jerzmanowic i skręca na Sąspów, nadrabiając prawie 13 kilometrów. (Następny raz wysiądę w Czajowicach i do Ojcowa pójdę pieszo, pokonując pięciokilometrową trasę w przeciwnym kierunku.)

Wysiadłam u stóp ruin ojcowskiego zamku. Ze względu na liczbę turystów, zwłaszcza zorganizowanych grup, które przyjeżdżają tu autokarami, sama trasa doliną Prądnika jest średnio przyjemna. Ojców zmienił się niemal w Krupówki. Nie brakuje miejsc, gdzie można zjeść nie tylko tradycyjnego, hodowanego tu pstrąga (ta atrakcje jednak trochę kosztuje), ale gofry czy zwykłe frytki, albo kiełbaskę z grilla. Drogę przeszłam więc szybkim krokiem.

Znacznie atrakcyjniejsza jest trasa trawersująca wschodni brzeg doliny. Tym razem jednak miałam inne plany, bo chciałam w końcu zobaczyć z bliska Bramę Krakowską. To wyjątkowo malownicze miejsce, gdzie dwie wysokie skały tworzą wąskie przejście, z przepięknym widokiem na najpiękniejsze formacje, w tym słynną Rękawicę. Po kilku zdjęciach wybrałam żółty szlak, który ostro skręcał w prawo i wspinał się przez las, rozbrzmiewający tysiącami ptasich treli. Jak się okazało, po pokonaniu stromego wzniesienia (dobrze, że wzięłam kijki, znacznie mi pomogły przy wejściach i zejściach), droga potem prowadziła przez pola do Jerzmanowic i nie była tak atrakcyjna, jak się spodziewałam. Można ją było znacznie skrócić idąc od Bramy Krakowskiej w górę asfaltem (szlakiem czarnym - rowerowym), bo oba w końcu i tak się połączyły. Największą atrakcją jednak było to, że na tej drodze byłam całkiem sama, a tamtą szły tłumy do i z parkingu w Jerzmanowicach. Więc były jednak jakieś korzyści.

Mój szlak prowadził potem, przecinając DK 94, przez Bębło i Wierzchowie. Tu odkryłam przepiękną jaskinię Wierzchowska (do której na pewno wrócę, bo tym razem zabrakło mi na nią czasu). Jaskinia jest dostępna dla turystów tylko w weekendy. Bilet to 20 zł a czas zwiedzania ok. 50 minut. Niestety, brakuje parkingu dla aut, a dojazd jest tylko od strony Wierzchowia. Tak jakby mieszkańcom, czy Gminie Wielka Wieś, gdzie położona jest jaskinia, nie zależało, aby ktoś w ogóle tu dojechał i ją zobaczył. A szkoda, bo nie tylko położona jest w przepięknym masywie skalnym, ale też skrywa w sobie prawdziwe skarby. Jaskinia to prawie kilometr podziemnego labiryntu, wiodącego przez bajkowe sale i korytarze, gdzie kolumny tworzą stalaktyty i stalagmity. To największa jaskinia Jury Krakowskiej. Zobaczyć można w niej pozostałości osadnictwa z epoki neolitu (ok. 7 tys. lat). Natrafiono w niej na kości niedźwiedzi jaskiniowych, hien oraz... jeżowców (skały wapienne, w których utworzona jest jaskinia, zawierają pozostałości ich pancerzy). Mieszkają tam też nietoperze. Mi tym razem nie udało się do niej zajrzeć, ale na pewno do niej wrócę.

Z Wiechchowia szlak prowadził przez wsie i pola w stronę Doliny Bolechowickiej, do której zeszłam przez przepiękny, znów rozśpiewany setkami głosów ptaków las. To jedna z dolinek krakowskich. Obok jest jeszcze Dolina Kobylańska i Będkowska. Bolechowicka jest chyba najmniejsza, ale przez to niezwykle urocza, z maleńkim wodospadem na wąskim strumyku, ze strzelistymi skałami, między którymi wije się wąska ścieżka. Można tu znaleźć cień w upalny dzień i obserwować wspinaczy. Z Bolechowic do Krakowa wraca się dość łatwo komunikacją miejską. Ja nie musiałam czekać nawet pół godziny. Udało mi się nawet kupić colę i batonika w pobliskim sklepie. Uff! Bo moje zapasy skończyły się już całkiem.

Dolina Bolechowicka - Marzena Gitler / Glos24.pl

Choć przeszłam w sumie około 15 kilometrów po lasach i polach, dzień zakończyłam równie wyjątkowo. Chciałam zdążyć na zachód słońca na kopiec Piłsudskiego we wspomnianym przeze mnie Lesie Wolskim. Zazwyczaj jadę autobusem do przystanku Chełm i wspinam się na kopiec około 20 minut stromą ścieżką. Tym razem byłam tak zmęczona, że dotarłam tam już po zmroku, który zapada około 21. Popatrzyłam z góry na Kraków. Byłam prawie sama, ale nie ostatnia jednak na kopcu czy w lesie. Schodziłam jednak inną, mniej stromą drogą, bo w lesie było już mroczno. Jakie było moje zdziwienie, gdy nagle coś zamrugało. Myślałam, że ktoś świeci latarką, albo, że coś mi się wydaje, ale im dalej szłam tym światełek było coraz więcej. To były świetliki, setki świetlików, które towarzyszyły mi przez całą drogę do przystanku. Magiczne przeżycie! Nigdy nie widziałam ich aż tylu. Zdarzało się, że widziałam jednego czy dwa, a tu było ich całe morze, migające, unoszące się i przelatujące przede mną. Nigdy tego nie zapomnę!

Urlop w mieście - plusy i minusy

Minął pierwszy tydzień mojego urlopu. Jakie mam wrażenia? Czy było warto? Z pewnością mam to szczęście, że mieszkam w Krakowie, gdzie w samym mieście i wokół niego mnóstwo atrakcji, więc nie można się nudzić, ale w zasadzie jak się poczyta i poszuka, urlop w można zaplanować i ciekawie spędzić w każdym mieście. Ja na pewno jeszcze mam kilka pomysłów - oczywiście zgodnie z przyjętą zasadą czyli coś w zamian. Co jeszcze mam w planach? Plażowanie na Bagrach (to kąpielisko miejskie z plażą zwaną krakowską Chorwacją) zamiast opalania nad Bałtykiem, podziwianie wschodu słońca na kopcu Kraka zamiast na Babiej Górze, pływanie kajakiem Dłubnią (niewielki dopływ Wisły) zamiast spływu Rospudą i wejście na wieżę mariacką zamiast na wieżę Eifla. Taki urlop „zamiast” też może być całkiem fajny i na pewno trochę tańszy. Na pewno też lekcją dla mnie będzie to, że warto takie weekendowe, jednodniowe wycieczki za miasto realizować przez cały rok. Można na nich naprawdę dobrze wypocząć.

Czy udało mi się zaoszczędzić? Niestety mniej, niż się spodziewałam. Urlop to jednak czas, kiedy chce się skorzystać z atrakcji - zjeść poza domem czy wybrać na biletowaną wycieczkę. A to już dodatkowy wydatek. Na pewno zaoszczędziłam na noclegach, które dziś bardzo podrożały. Za jeden weekend w hotelu dla kilku osób trzeba wydać ponad tysiąc złotych, a za apartament w kamienicy dla większej rodziny zapłacić ponad dwa tysiące. Ja nocowałam w swoim wygodnym łóżku i to całkiem za darmo. Jednak codziennie wydawałam co najmniej 50 zł na jedzenie i bilety. Były dni, kiedy wydałam całkiem sporo np. na wyjazd do Rabkolandu czy Czernej.

Kolejna sprawa to samodyscyplina, czyli trzymanie się planu. Z tym też było różnie. Po pierwsze trzeba dopasowywać się do pogody. Poza tym trudno jest się trzymać swojego planu gdy się ma rodzinę. Trzeba znaleźć jakiś kompromis, coś czasem odłożyć lub przesunąć. Nie udało mi się też zmienić moich nawyków czy zrealizować wszystkich postanowień. Tydzień i to jeszcze tak aktywny, to za mało czasu na pracę nad sobą. Ale nie odpuszczam mojej listy i to, czego nie zdążyłam teraz zrobić na niej teraz, pozostanie na czas „po urlopie”.  Do niezrealizowanych planów może wrócę jeszcze w tym roku, tylko jak namówić szefa, żeby kolejny urlop dał mi jeszcze we wrześniu?

Malowniczy zachód słońca w Krakowie - fot. Marzena Gitler / Głos24
Kraków

Kraków - najnowsze informacje