wtorek, 7 kwietnia 2026 17:06, aktualizacja 2 godziny temu

Bojkotować czy nie? Co eksperci mówią o referendum odwoławczym

Prezydent Krakowa Aleksander Miszalski
Prezydent Krakowa Aleksander Miszalski / Fot. Mateusz Łysik

W Krakowie spór o referendum odwoławcze wszedł właśnie w najostrzejszą fazę. Komisarz wyborczy wyznaczył głosowanie na 24 maja 2026 roku, a tego samego dnia prezydent Aleksander Miszalski opublikował apel do mieszkańców, w którym zachęcił swoich zwolenników, by „w dniu referendum” zostali w domu. Inicjatorzy akcji referendalnej odpowiedzieli mobilizacją do udziału. W efekcie publiczna dyskusja szybko przestała dotyczyć wyłącznie samej oceny władz miasta, a zaczęła krążyć także wokół pytania, czy bojkot referendum mieści się w regułach demokracji.

Kraków: najpierw podpisy, potem dwa progi

W polskich przepisach referendum odwoławcze nie zaczyna się od samego głosowania. Najpierw musi pojawić się wniosek mieszkańców, poparty podpisami co najmniej 10 proc. uprawnionych do głosowania w danej gminie. W Krakowie oznaczało to konieczność zebrania 58 356 ważnych podpisów. Krajowe Biuro Wyborcze podało, że zweryfikowano 84 887 pozycji, z czego 61 146 uznano za prawidłowe. To wystarczyło, by procedura poszła dalej i by referendum zostało zarządzone.

Na tym jednak sprawa się nie kończy. W referendum odwoławczym nie wystarcza sama przewaga głosów „za” albo „przeciw”. Najpierw trzeba jeszcze osiągnąć próg ważności. Ustawa mówi, że w przypadku organu pochodzącego z wyborów bezpośrednich w głosowaniu musi wziąć udział co najmniej 3/5 liczby osób, które uczestniczyły w wyborze odwoływanego organu. W Krakowie komisarz wyborczy wyliczył ten próg osobno dla prezydenta miasta i osobno dla rady miasta, bo referendum będzie dotyczyć odwołania obu tych organów. Dla referendum w sprawie odwołania prezydenta potrzeba udziału minimum 158 555 osób. Dla referendum dotyczącego Rady Miasta Krakowa próg jest wyższy i wynosi 179 792 osoby. Dopiero po przekroczeniu tych liczb wynik staje się rozstrzygający, o ile za jednym z rozwiązań oddano więcej niż połowę ważnych głosów.

Przepisy są też dość jasne co do samej kampanii referendalnej. Ustawa mówi, że ma ona służyć nie tylko wyjaśnieniu sprawy, ale też prezentowaniu stanowisk inicjatora referendum, partii politycznych, zrzeszeń i mieszkańców. Innymi słowy, prawo przewiduje spór wokół referendum i nie ogranicza kampanii wyłącznie do zachęcania do udziału. Jednocześnie wprost zabrania organom samorządu i członkom tych organów prowadzenia kampanii referendalnej na koszt jednostki samorządu terytorialnego.

Miszalski stawia na niską frekwencję, inicjatorzy na mobilizację

Po ogłoszeniu daty referendum Aleksander Miszalski napisał, że Kraków „zasługuje na stabilność” i zapowiedział, że przez najbliższe tygodnie będzie przekonywał mieszkańców, by pozwolili mu dokończyć kadencję. W tym samym wpisie wezwał jednak swoich sympatyków, by „w dniu referendum zostali w domu”, a za sukces uznał „niską frekwencję” w głosowaniu referendalnym.

Od pierwszego dnia kadencji mówiłem jasno - chcę być rozliczany z efektów mojej pracy dla Krakowian. Dziś prowadzimy w...

Opublikowany przez Aleksandra Miszalskiego Wtorek, 7 kwietnia 2026

Z drugiej strony przewodniczący rady dzielnicy Stare Miasto Jan Hoffman, jeden z inicjatorów referendum, zaapelował o szerokie udostępnianie informacji o dacie głosowania. Podkreślił przy tym, że aby odwołać obecne władze, potrzeba 179 792 osób przy urnach. „Mamy kilka tygodni, by dotrzeć z tą informacją do rodziny i znajomych. Proszę: udostępniajcie tę informację dalej. Niech niesie się po sieci i po krakowskich ulicach. Działamy!” – zaapelował.

📣Szanowni Państwo, mamy to! Już 24 maja wystawimy ostateczny rachunek prezydentowi Miszalskiemu i Radzie Miasta za...

Opublikowany przez Jan Hoffman - Przewodniczący Rady i Zarządu Dzielnicy I Stare Miasto Wtorek, 7 kwietnia 2026

W sieci niemal od razu pojawiły się dwa przeciwne nurty reakcji: z jednej strony zarzuty, że apel o nieuczestniczenie podważa ducha demokracji, z drugiej głosy, że taka strategia wynika po prostu z obowiązujących reguł referendum odwoławczego.

To nie pierwszy taki spór. Polska zna obie strategie

Najgłośniejszym przykładem polityki nieuczestniczenia pozostaje Warszawa z 2013 roku, gdy z referendum odwoławczym zmierzyła się ówczesna prezydent stolicy. Hanna Gronkiewicz-Waltz publicznie zapowiedziała: „Nie pójdę głosować”, a później dodała, że „nie ma powodu”, by uczestniczyć w referendum na rok przed wyborami. Samo głosowanie okazało się nieważne: za odwołaniem prezydent Warszawy opowiedziało się 94,86 proc. głosujących, ale frekwencja wyniosła 25,66 proc., czyli mniej niż wymagany próg przekraczający 29 proc. Strategia wezwania do pozostania w domu zadziałała na korzyść prezydent miasta i w efekcie Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostała na stanowisku. Czym się to różni od sytuacji Krakowa? Między innymi tym, że referendum w Warszawie odbyło się rok przed końcem jej drugiej kadencji. Funkcję prezydenta Warszawy pełniła w sumie trzy kadencje – do 2018 roku.

Były jednak także przypadki odwrotne, gdy urzędujący prezydent nie szedł w stronę bojkotu, ale wprost godził się na referendum i próbował wygrać je przy urnach. Tak było w Sopocie w 2009 roku. Jacek Karnowski mówił wtedy, że to mieszkańcy mają „podjąć decyzję” w jego sprawie, a później podkreślał, że cieszy się, iż o jego losie zdecydują sopocianie, a nie politycy z Warszawy. Referendum okazało się ważne, do urn poszło 13 020 osób, a 8037 zagłosowało za pozostawieniem Karnowskiego na stanowisku, przy 4892 głosach przeciwnych. Tym razem więc korzystna okazała się strategia rozstrzygnięcia sporu przy urnach, a Karnowski wyszedł z referendalnej próby z jeszcze mocniejszym mandatem. Prezydentem Sopotu był od 2002 do 2023 roku, kiedy to został posłem. W międzyczasie zmagał się z licznymi oskarżeniami o korupcję i po latach procesu został ostatecznie uniewinniony.

Jeszcze inaczej wyglądał przypadek Kielc w 2016 roku. Tam referendum przeciw prezydentowi Wojciechowi Lubawskiemu zakończyło się wyraźną przewagą głosów za odwołaniem, ale i tak było nieważne. Do urn poszło 27 783 mieszkańców, co dało 17,61 proc. frekwencji, podczas gdy wymagany próg wynosił 39 371 osób. Za odwołaniem głosowało 26 982 uczestników referendum, przeciw było 596. Ten przypadek jest często przywoływany jako przykład sytuacji, w której sam rozkład głosów nie wystarczył, bo decydujący okazał się próg frekwencyjny.

Z kolei w Częstochowie w 2009 roku referendum zakończyło się odwołaniem prezydenta Tadeusza Wrony. Za odwołaniem zagłosowały 39 284 osoby, przeciw było 2259, a frekwencja wyniosła 21,32 proc. To przykład odwrotny wobec Warszawy i Kielc: próg został osiągnięty, więc sam wynik głosowania przesądził o utracie urzędu.

Ciekawym przypadkiem jest też ostatnie głośne referendum, dotyczące odwołania prezydentki Zabrza. Tam frekwencja wystarczyła, by odwołać Agnieszkę Rupniewską, ale była zbyt niska, by odwołać radę miasta. W pierwszym przypadku próg został przekroczony, bo oddano 29 207 ważnych głosów przy wymaganych ok. 25,9 tys.; w drugim zabrakło dosłownie kilkuset głosów, bo wobec progu ok. 29,6 tys. oddano 29 106 głosów ważnych. To przykład niemal podręcznikowy: w referendach lokalnych nie wystarczy przewaga głosów „za”, trzeba jeszcze "dowieźć" odpowiednią frekwencję.

Fala referendów w Małopolsce. Kraków największym testem
Skąd pomysły na referenda w Polsce i aż 7 małopolskich inicjatyw referendalnych: Zakopane, Andrychów, Bochnia, Kalwaria Zebrzydowska, Radłów, Lanckorona i Kraków.

Co mówią eksperci: prawo do absencji i spór o jakość demokracji

W zebranych wypowiedziach ekspertów pojawiają się dwa poziomy oceny. Pierwszy dotyczy samego prawa do nieuczestniczenia, drugi tego, czy taka strategia służy jakości demokracji. Patryk Wachowiec, analityk prawny Forum Obywatelskiego Rozwoju, napisał wprost, że bojkot referendum „mieści się w pełni w ramach porządku demokratycznego”. Swoją opinię sformułował w innym kontekście niż dzisiejszy spór w Krakowie, ale jego argumentacja jest często przywoływana także przy referendach odwoławczych. Chodziło o referendum ogólnokrajowe z 15 października 2023 roku, przeprowadzane równocześnie z wyborami parlamentarnymi. Wachowiec przekonywał, że bojkot przy jednoczesnym udziale w wyborach nie narusza zasad demokracji, bo głosowanie jest prawem, a nie obowiązkiem, a obywatel ma swobodę dysponowania swoim głosem. Zwracał też uwagę, że referendum działa inaczej niż wybory, bo jego skuteczność zależy od frekwencji, więc odmowa pobrania karty referendalnej również wpływa na wynik i „mieści się w logice tego mechanizmu”. Jednocześnie podkreślał, że w tamtym przypadku bojkot miał być odpowiedzią na referendum, które jego zdaniem służyło bardziej kampanii politycznej niż rzeczywistemu rozstrzyganiu spraw państwowych.

Ostrożniej wypowiadał się były przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński. W kontekście dyskusji o tym samym głosowaniu w 2023 roku podkreślał, że sam „nigdy nie apelowałby o bojkot”, ale jednocześnie zaznaczał, iż „żaden wyborca nie może być zmuszony” do pobrania karty i oddania ważnego głosu.

Warto przypomnieć ciekawą dyskusję o referendach lokalnych, która odbyła się w listopadzie 2013 roku na Uniwersytecie Gdańskim. Debata, współorganizowana m.in. przez Krytykę Polityczną, była reakcją na prezydencki projekt ustawy o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym, który miał zmienić zasady przeprowadzania referendów lokalnych i stał się bezpośrednim punktem wyjścia rozmowy ekspertów.

Najwięcej emocji budził wtedy próg frekwencyjny. Uczestnicy przypominali, że już obowiązujące wtedy przepisy stawiały wysoko poprzeczkę dla referendum odwoławczego, a projekt dodatkowo wzmacniał pozycję władz samorządowych. Piotr Uziębło oceniał, że frekwencja jako warunek ważności referendum „prowadzi do obstrukcji”, bo przeciwnicy odwołania mogą skuteczniej bronić prezydenta, nie idąc do urn, niż głosując przeciw. To właśnie z tego mechanizmu miały brać się kampanie w stylu: „Popierasz – zostań w domu”.

Marcin Gerwin proponował rozwiązanie odwrotne: całkowite zniesienie progu frekwencyjnego w referendach odwoławczych. Jego zdaniem dopiero wtedy bojkot przestałby się opłacać, a zostanie w domu oznaczałoby po prostu, że decyzję podejmą inni. W debacie wybrzmiał więc zasadniczy dylemat, który wraca także dziś w dyskusji o referendum w Krakowie: czy referendum ma być głosem „za” lub „przeciw” mieszkańców, czy bardziej premiuje bierność niż udział.

Na negatywne skutki wykorzystywania progu frekwencyjnego do wpływania na skutki referendum zwraca uwagę Komisja Wenecka. W swoim kodeksie dobrych praktyk z 2022 roku przypomina, że gdy ważność referendum zależy od frekwencji, przeciwnikom danego rozwiązania bardziej opłaca się zostać w domu niż pójść i zagłosować „przeciw”. Komisja podaje prosty przykład: jeśli 48 proc. wyborców popiera propozycję, 5 proc. jest przeciw, a 47 proc. chce nie głosować, to wystarczy, że ci przeciwnicy także nie pójdą do urn. Wtedy ich stanowisko może przeważyć, choć są wyraźną mniejszością. Dlatego Komisja napisała wprost, że „zachęcanie do abstencji albo narzucanie stanowiska przez mniejszość nie jest zdrowe dla demokracji”.

O podobnym problemie piszą też prawnicy zajmujący się samorządem i mechanizmami partycypacji obywatelskiej. Rafał Budzisz i Paweł Śwital w opracowaniu z 2024 roku analizują referendum lokalne właśnie pod kątem tego, czy daje mieszkańcom realny wpływ, czy bywa tylko narzędziem pozornym. Dlatego odwołują się do stanowiska prof. Ewy Olejniczak-Szałowskiej, autorki rozdziału o referendum lokalnym w „Systemie Prawa Samorządu Terytorialnego”, czyli jednym z podstawowych opracowań prawniczych w tej tematyce.

To właśnie Olejniczak-Szałowska zwraca uwagę na „niezwykle naganną praktykę” celowego obniżania frekwencji po to, by doprowadzić do nieważności referendum przez nawoływanie do nieuczestniczenia w głosowaniu. Budzisz i Śwital podkreślają: przy progu frekwencyjnym spór nie dotyczy już wyłącznie tego, kto ma rację, ale także tego, ilu ludzi w ogóle pojawi się przy urnach. Autorzy dodają, że takie działania mogą ograniczać, a nawet uniemożliwiać przeprowadzanie inicjatyw referendalnych, bo zamiast rywalizacji głosów „za” i „przeciw” pojawia się walka o to, by część mieszkańców została w domu.

Sprawdzian już 24 maja

Wniosek? Dopóki nie zmieni się prawo będziemy słyszeć głosy wzywające do bojkotu i odpowiadające im stwierdzenia, że to zamach na demokrację. Każdy musi jednak ocenić sam, czy chce wykorzystać dostępne mechanizmy blokujące ważność referendum w obronie prezydenta Krakowa, czy mając świadomość takich działań zmobilizuje jeszcze więcej swoich sąsiadów, aby zabrali głos w referendum i doprowadzili do zmiany władzy, która przestała im się już podobać, bo czują się zawiedzeni. Zagłosować przy urnach czy bojkotując wybory? Krakowianie stoją przed wyborem, który zadecyduje o losach miasta na kolejne lata.

Obserwuj nas w Google News

Kraków - najnowsze informacje

Rozrywka