poniedziałek, 17 lutego 2020 05:25

Co łączy narty, krywulki i lewesz?

Autor Marzena Gitler
Co łączy narty, krywulki i lewesz?

Anna Dobrowolska do Krzywej trafiła w 1995 roku. Jej wyjątkowe talenty docenili sąsiedzi, zapraszając ją do współpracy w Stowarzyszeniu Rozwoju Sołectwa Krzywa. Jak zmieniła się ta miejscowość i dlaczego warto ją odwiedzić?

Łemkami zainteresowałam się jeszcze w liceum. Większość z nich została wysiedlona ze swoich domów, ze swojej ojcowizny, w ramach akcji „Wisła”. Zostały po nich opuszczone wioski, dziś zarośnięte przez drzewa i krzewy, rozwalające się cerkiewki. Historia Łemków i niszczenie ich kultury przez władze PRL było dla mnie straszną tragedią, budziło sprzeciw.

Na postać Łemkini, pani Anny Dobrowolskiej trafiłam zapowiadając imprezę narciarską w Krzywej. Miejscowi wybudowali tu i utrzymują już blisko 100 kilometrów tras narciarskich biegowych, głównie biegnących w lasach Beskidu Niskiego. Projekt „Śnieżne trasy przez lasy” wymyśliło i  zrealizowało Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Krzywa.

– Przyszli do mnie panowie ze Stowarzyszenia z pomysłem, żeby wytyczyć takie trasy. Zaakceptowałam go, bo też mi się spodobał. Oni doskonale znali te tereny i w czynie społecznym zrobili projekt wart kilka milionów złotych. Wsparł nas Urząd Wojewódzki, Urząd Marszałkowski w Krakowie, trochę Starostwo Gorlickie, trochę Urząd Gminy Sękowa, ale w  większości wykonali to sami, poświęcając swój wolny czas, energię i swoje siły. To chłopcy stworzyli te trasy i to w jeden sezon – podkreśla. Przy projekcie oprócz niej, pracowali: Jerzy Jucha, Janusz Lewek, Małgosia Lewek, Stefan Maryńczak, Danuta Maryńczak, Zdzisław Musiał, Bogusław Niedziela, Tomasz Nowak, Jola Nowak, Monika Sznajderman, Marcin Wójcik, Jacek Żerański. Przy znakowaniu tras doradzał Stanisław Barszcz.

Jeden z twórców "Śnieznych tras..." Zdzisław Musiał

Stowarzyszenie powstało latem 2001 roku. Założyli je Andrzej Stasiuk i Monika Sznajderman. Rodzice chcieli utrzymać szkołę, której Gmina Sękowa zagroziła likwidacją. Nic dziwnego, dzieci tu coraz mniej. Sama miejscowość liczy kilkadziesiąt domów. Szkoła została, ale trzyklasowa. Pani Anna z myślą o dzieciach i młodzieży mieszkającej w dawnym PGR-ze w Krzywej i Jasionce zaczęła w swoim domu prowadzić świetlicę. Nazwali ją Puchata Chata. Dla dzieci były organizowane zajęcia z angielskiego, informatyki, tańca, wyjazdy na basen i wiele innych. Z jej inicjatywy dzieci i młodzież zaczęła poszukiwać swoich korzeni, przepytywać starszych, zbierać stare fotografie, poznawać trudną historię tego regionu. Pani Anna urodziła się na Mazurach. Jej rodzina, jak inni Łemkowie, musiała opuścić swoje rodzinne strony w Bieszczadach. Na pytanie o to, czy ma żal do Polski odpowiada: „Nie. Nie mam na to wpływu. Nie mogę odwrócić historii”. Na południe Polski wrócili w 1975 roku. Zamieszkali w Komańczy. – Nie było trudno – wspomina pani Anna. – U nas była ciągle podtrzymywana świadomość tego, kim jesteśmy. Po prostu, wróciliśmy do siebie. W domu mówiliśmy i mówimy po łemkowsku. To jest dla nas wciąż żywy język. Gdy spotykam się z sąsiadami na ulicy, w sklepie, też rozmawiam z nimi po łemkowsku, bo nie mam się czego wstydzić.

Do Krzywej pani Anna przeprowadziła się „za mężem”, który jako leśnik dostał tu pracę. I szybko wciągnęła ją praca w Stowarzyszeniu. Odeszła dopiero pięć lat temu. − Nastąpiło wypalenie, przemęczenie materiału. Pracowałam dosyć dużo, dosyć intensywnie. W międzyczasie urodziłam córkę. Wychowałam ją właściwie w Stowarzyszeniu. Czułam, że dałam z siebie tyle, ile mogłam i powinien ktoś mnie zmienić. Potrzebny był po prostu zastrzyk świeżej energii i jakieś świeże spojrzenie.

Za swoje projekty „Krótkie spodenki mojego dziadka”, „Miejsca, których już nie ma”, także renowację cmentarnych i przydrożnych krzyży kamiennych oraz kapliczek była doceniana. W 2009 roku otrzymała wyróżnienie w ramach nagrody Starosty Gorlickiego „Mosty Starosty” w dziedzinie kultury. Była wtedy wiceprezesem Stowarzyszenia Rozwoju Sołectwa Krzywa.

– Nie pracowałam dla nagród, dla wyróżnień czy dyplomów. Robiłam to, co lubiłam. Sprawiało mi to satysfakcję. Nie zastanawiałam się nigdy nad tym, czy któraś nagroda jest cenniejsza, czy mniej cenna. Nie pamiętam nawet, jaka była kolejność, to jest dla mnie mało ważne – podkreśla.

Jak zmieniła się Krzywa od tamtych czasów?

– Nie jest to taka Krzywa, jak w 1995 roku, kiedy sprowadziłam się tutaj. Jest to już inna Krzywa, inne są dzieci, inna jest młodzież. Dorośli też się zmienili – mówi pani Anna. – Widać pracę Stowarzyszenia na rzecz dzieciaków. Szczególnie u starszej młodzieży, która już właściwie pokończyła szkoły, studia, pozakładała rodziny. Widać, że bycie w Stowarzyszeniu bardzo im pomogło. Większość tych, którzy wyjechali na studia nie wróciła do Krzywej. Są gdzieś w świecie. Na pewno społeczeństwo tu się starzeje. Jest więcej starszych niż młodzieży.

Widać też inne zmiany. Wyznaczenie tras bardzo pozytywnie wpłynęło na rozwój turystyki, bo do Krzywej przyjeżdża wiele osób na narty biegowe.

– W tym roku zima właściwie jest tylko u nas. Ludzie zjeżdżają 10 kilometrów niżej w kierunku Małastowa i tam tej zimy właściwie już nie ma. A tu mamy śnieg, mamy utrzymane trasy i ludzie mogą pobiegać, odpocząć, cieszyć się pięknem naszego krajobrazu. Jest to miejsce godne polecenia – zachwala. Czy można się tu utrzymać z turystyki? – Jak widać na moim przykładzie – można – przekonuje.

Anna Dobrowolska już dawno temu zamieniła pracę w sklepiku na agroturystykę. Prowadziła Chatkę na Wołowcu. – Teraz mam swoją chyżę (tak Łemkowie nazywają chatę) – Chyżę Hani w Krzywej. W ubiegłym roku tylko jeden tydzień miałam bez gości. Tak to cały czas są ludzie. Do Anny Dobrowolskiej i na trasy biegowe przyjeżdża wielu stałych pasjonatów narciarstwa biegowego. Od 21 do 23 lutego odbędzie się tu dziesiąte już Zbiegowisko. – To impreza stricte turystyczna – mówi pani Anna, która jest współorganizatorką wydarzenia. – To trzydniowe spotkanie miłośników narciarstwa biegowego. Spotykają się na nim ludzie, którzy byli na 9. poprzednich Zbiegowiskach i tacy, którzy dołączyli później, głównie z południowej części Polski, od Warszawy w dół mapy. W dzień organizowane są wyprawy w teren szlakami narciarskimi, z naszym instruktorem, z chłopcami z naszego Stowarzyszenia, którzy doskonale znają teren, bo to oni przecież pracowali przy wyznaczaniu, oznakowaniu i tworzeniu tych tras. Wieczory uczestnicy Zbiegowiska spędzają na wspomnieniach i gawędach. Właściwie to impreza towarzyska.

Chyża Hani to mini muzeum. – Historia to moje hobby. Ja to ciągle kultywuję, ciągle zbieram. Mam już około 500. starych fotografii, skatalogowanych, opisanych. Mnóstwo wspomnień, wierszy, pieśni, modlitw. Czeka ciągle niezrealizowany mój pomysł napisania monografii Krzywej. Być może ukaże się już w tym roku – dodaje z nadzieją.

W chyży są stare sprzęty i wykonywane przez gospodynię unikalne krywulki. To wyjątkowa łemkowska ozdoba stroju. Uszyta z tysięcy drobniutkich czeskich koralików, noszona na szyi i ramionach. – Nauczyłam się ich od mamy. To przeszło na mnie. Pierwszą krywulkę zrobiła pewnie ze sto lat temu moja babcia. Po wielu, wielu latach, już po jej śmierci, odnalazła ją moja mama w stanie dosyć opłakanym. Mozolnie doszła do tego, jak to było robione. Odtworzyła, a później nauczyła mnie jak to się robi. A ja przekazałam tę wiedzę swojej najstarszej córce. Najmłodsza też robi krywulki i wykonuje je również najstarsza wnuczka. U nas już piąte pokolenie robi krywulki.

Jakie są krywulki pani Anny? – Zachowujemy tradycyjną kolorystykę i tradycyjne wzory. Nie wprowadzamy żadnych innowacji. My nie tworzymy krywulek, my je odtwarzamy. Chcemy, żeby się zachowały, żeby pokazywać je w takiej formie, w jakiej były robione 100–120 lat temu.

Pani Anna przekazuje tę sztukę także swoim uczennicom. Nauczyła jej kilka dziewcząt w okolicy i one też już robią krywulki. – Od czasu do czasu, jak mam trochę wolnego, gdy mam mniej gości, organizuję warsztaty albo u mnie w Chyży Hani, czy jak ostatnio – w Muzeum Regionalnym w Jaśle, podczas których przekazuję tę moją wiedzę osobom zainteresowanym.

Łemkowskie ozdoby robią się coraz bardziej popularne. Krywulki pani Anny trafiły nawet na francuskie wybiegi i do Chin. Gdzie je kupić? – Najbardziej oczywistym miejscem jest Chyża Hani w Krzywej, gdzie na co dzień jestem i gdzie są moje prace. Tu można zawsze przyjechać – zaprasza gospodyni. – Najlepiej umówić się wcześniej ze mną telefonicznie, żebym była w domu. Można przyjechać, obejrzeć, można coś wybrać czy dla siebie, czy na niebanalny prezent dla osoby bliskiej. Jest to ciekawa biżuteria. Nie spotka się jej na pewno w żadnej galerii i w żadnym sklepie.

Do Chyżej Hani przyciąga gości jeszcze jeden talent pani Anny. Jest jedną z niewielu osób, które kultywują kuchnię łemkowską, taką tradycyjną, bez naleciałości kuchni ukraińskiej. – Mam przepisy jeszcze po mojej babci, zebrane od starszych pań z tego terenu, które już zresztą nie żyją, i takie autentycznie regionalne potrawy można u mnie zjeść – zapewnia. Można tu spróbować jak smakuje lewesz – rodzaj kartoflanki z zacierką i kminkiem, majerankiem i czosnkiem, kiszeniaki – gołąbki w kiszonych liściach kapusty nadziewanych farszem z tartych surowych ziemniaków i kaszy gryczanej czy jęczmiennej. Do tego wyśmienita jest poliwka (sos) z suszonych grzybów. Inne tradycyjne potrawy to kisełycia – żurek z mąki owsianej, hałuszki - kluski z kapustą kiszoną lub młodą kapustą, posypane bryndzą lub białym wiejskim serem, polane skwarkami ze słoniny lub boczku. Smaku dodadzą też kiszone rydze. A na słodko domowe przetwory, miody oraz swojskie sery i chleb.

Anna Dobrowolska kultywuje też łemkowską muzykę i pieśni. Latem, w drugi weekend lipca w ogrodzie pani Anny odbywa się ŁemkoGranie – kilkugodzinny koncert zespołów łemkowskich. Przyjeżdżają na niego goście z całej Polski. W większości nie-Łemkowie. W pierwszy weekend września Chyża Hani zaprasza na ChyżoGranie – spotkanie z piosenką turystyczną, poezją śpiewaną i tradycyjna pieśnią łemkowską.

Marzena Gitler, foto: Śnieżne trasy przez lasy, Chyża Hani, arch. Anny Dobrowolskiej

Gorlice - najnowsze informacje