niedziela, 8 marca 2026 15:13, aktualizacja 1 dzień temu

Z widokiem na Polskę, czyli o nas w oczach sąsiadów. Budzą ciekawość, czasem fascynują, czasem przerażają

Z widokiem na Polskę, czyli o nas w oczach sąsiadów. Budzą ciekawość, czasem fascynują, czasem przerażają

Granice na mapie wydają się dziś czymś oczywistym, ale życie po obu ich stronach wcale nie układa się według prostych podziałów. Książka „Z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB” bierze na warsztat właśnie ten świat „tuż obok” – bliski geograficznie, a często zaskakująco słabo znany. To reporterska opowieść o krajach sąsiadujących z Polską, ale jeszcze bardziej o ludziach, którzy codziennie patrzą na nas z własnej perspektywy: z Królewca, Litwy, Białorusi, Ukrainy, Słowacji, Czech i Niemiec.

Punktem wyjścia nie są tu wielkie polityczne deklaracje ani podręcznikowe analizy historii. Autorzy – dziennikarze Onetu: Magdalena Rigamonti, Monika Waluś, Katarzyna Barczyk-Sikora, Diana Wawrzusiszyn, Alicja Staszak, Witold Jurasz, Marcin Terlik i Tomasz Mateusiak – kierują uwagę na codzienność, pamięć, przyzwyczajenia i emocje. Interesuje ich to, co dzieje się pomiędzy oficjalnymi narracjami: co nasi sąsiedzi naprawdę myślą o Polakach, co ich w Polsce przyciąga, co ich drażni, a co budzi zazdrość albo zwykłe zdziwienie.

To książka z pogranicza reportażu społecznego, historii i obserwacji obyczajowej. Jej siła nie polega na efektownych tezach, ale na zestawianiu głosów, doświadczeń i drobnych scen, które razem budują szerszy obraz regionu. Zamiast opowieści o wielkiej polityce czytelnik dostaje ludzi: tych, którzy wyjeżdżają, wracają, próbują urządzić sobie życie na nowo, mierzą się z pamięcią po dawnych konfliktach albo po prostu porównują własną codzienność z Polską.

Książka pokazuje, że po sąsiedzku nie znaczy wcale „tak samo”. Równocześnie przypomina, jak często Polacy myślą o regionie przez uproszczenia: stare klisze, zasłyszane opinie albo jednowymiarowe obrazy ze słupków, debat i medialnych skrótów.

Szczególnie ciekawie wybrzmiewają fragmenty dotyczące Białorusi – kraju, który dla wielu pozostaje bliski i obcy jednocześnie. W przytoczonym rozdziale Witolda Jurasza codzienność miesza się z polityką, emigracją, wojną i pytaniem o to, jak Białorusini są odbierani w Polsce. To spojrzenie dalekie od stereotypu: bardziej ludzkie, niejednoznaczne, czasem niewygodne. Właśnie w takich momentach książka zyskuje najmocniej, bo zamiast gotowych odpowiedzi zostawia czytelnika z refleksją, że najbliżsi sąsiedzi wcale nie muszą być najlepiej poznani.

[Reklama] Z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB kupisz tutaj.

Okładka książki
Okładka książki

***

Fragment rozdziału „Wytłumacz to KGB” z książki „Z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB”.

Autorem rozdziału jest Witold Jurasz

*

Białoruś, którą sam pamiętam sprzed 15 lat, to kraj, w którym w mniejszych miastach trudno było cokolwiek przyzwoitego zjeść. Dzisiaj w każdej miejscowości jest przynajmniej kilka dobrych lokali.

– To jest uderzające – ocenia opozycjonista Maksim, podkreślając, że przecież sytuacja gospodarcza na Białorusi ewidentnie się pogarsza, co widać po jakości dróg.

Jego uwaga bardzo mnie zaskakuje, bo jeszcze 15 lat temu białoruskie drogi były lepsze niż polskie.

– To odległa przeszłość – stwierdza Paweł. – Łukaszence w pewnym momencie ewidentnie zaczęło brakować pieniędzy i kilka lat temu musiał nawet publicznie przyznać, że na Białorusi jest problem z jakością dróg.

Paweł, podobnie jak Maksim, wskazuje na fakt, że rosnącym kłopotom gospodarczym towarzyszy równocześnie rozkwit branży restauracyjnej i klubowej. Po pierwsze dlatego, że przyjeżdżają turyści z Rosji. Po drugie, Łukaszenko ostatecznie pogodził się już z tym, że musi pozwolić ludziom się bogacić. W efekcie nawet w mniejszych miastach można wypić sojowe latte albo matchę.

Tamara przekonuje, że w pewnym momencie, zaraz po demonstracjach w 2020 roku, pojawiło się wręcz odgórne zalecenie, żeby dbać o rozrywki dla młodzieży.

– Chodziło o to, żeby się bawili, a nie spiskowali. To naprawdę proste.

Paradoks sytuacji polega na tym, że na Białorusi, jak zgodnie zauważają moi rozmówcy, jest z jednej strony biedniej niż kiedyś, a z drugiej uderza też bogactwo, którego kiedyś nie było. Białoruś przez długie lata była krajem z bardzo niedużymi różnicami majątkowymi. Dziś, jak stwierdza Tamara, „z łukaszenkowskiego socjalizmu już niewiele zostało”.

Paweł podkreśla, że dzisiaj na Białorusi dwa tysiące złotych to naprawdę przyzwoite wynagrodzenie. Równocześnie wiele towarów jest droższych niż w Polsce. Tamara z uniwersyteckiej pensji była w stanie kupować tylko zupełnie podstawowe produkty żywnościowe. Świadomość rosnącej biedy spowodowała, że władze zaczęły wprowadzać ceny urzędowe czy też, precyzyjniej rzecz ujmując, maksymalne ceny urzędowe na niektóre kategorie towarów.

Igor wspomina, że przed obecną wojną Wilno było miastem, w którym każdy białoruski informatyk bywał przynajmniej raz na miesiąc.

– Różnica polega na tym, że kiedyś jeździło się tam na zakupy. A teraz, żeby spotkać znajomych, bo dobrze ponad połowa białoruskich informatyków osiadła na Litwie.

*

Gdy pytam Igora, co było impulsem, by wyjechać, skoro – inaczej niż wielu jego kolegów – nie opuścił kraju zaraz po stłumieniu białoruskiej rewolucji, odpowiada jednoznacznie:

– Wojna. Wtedy zrozumiałem, że to już koniec. Albo wyjadę, albo będę całe życie w takim sowieckim syfie żył. Wcześniej się ociągałem, ale napaść Rosji na Ukrainę była tym momentem, który zaważył. Nie wahałem się już ani sekundy dłużej. To był dzień, w którym przede wszystkim uspokajałem swoją żonę. Nigdy nie sądziliśmy, że dożyjemy czegoś takiego. Powiem ci uczciwie, ja się czuję jako Białorusin winny.

Paweł widzi to podobnie.

– Nie wysłaliśmy tam naszych wojsk, ale, tak czy inaczej, wzięliśmy w tym udział. Ja osobiście strachu nie odczuwałem, ale bałem się, żeby moje dzieci nie miały w Polsce jakichś kłopotów. Na szczęście szybko się okazało, że pomijając kilka zupełnie odosobnionych incydentów, Polacy nie obciążali Białorusinów żadną odpowiedzialnością za to, co się stało.

Tamara dodaje, że może nawet lepiej być w Polsce Białorusinem niż Ukraińcem. Wspomina pasażera, który zaczął w bardzo niesympatyczny sposób rozmawiać z nią, pytając, czy popiera Banderę. Uspokoił się, gdy usłyszał, że jest z Białorusi.

– Nie spodziewałam się, że bycie obywatelem kraju sprzymierzonego z Rosją może w którymś momencie oznaczać, iż jest się w Polsce lepiej odbieranym…

Maksim twierdzi, że w dniu wybuchu wojny wielu polityków białoruskiej opozycji spodziewało się, iż wywoła to taki wstrząs, że ludzie znów wyjdą na ulice.

– Wyszliby, gdyby Łukaszenko wysłał nasze wojska do walki – uważa Maksim. – Wtedy rzeczywiście mogłoby dojść do buntu. Przy czym jako pierwsza zbuntowałaby się sama armia.

Przypominam mu, że nadzieje na bunt struktur siłowych dominowały w środowiskach opozycyjnych już w czasie protestów po wyborach w 2020 roku, i pytam, czy nie jest zbyt naiwny, wciąż na to licząc. Maksim odpowiada, że po stronie Rosji walczyłyby pewnie lojalne siły specjalne złożone z zawodowych żołnierzy, natomiast zwykła armia poborowych albo nie wykonałaby rozkazu, albo by się zbuntowała. Według Maksima to dlatego Łukaszenko nie przyłączył się bezpośrednio do działań wojennych.

Paweł wspomina, że w tygodniach poprzedzających wybuch wojny i w tych, które nastąpiły bezpośrednio po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji, na ulicach białoruskich miast zaroiło się od rosyjskich żołnierzy. Pamięta sytuację, kiedy w centrum handlowym w Mińsku dwóch rosyjskich oficerów spytało go, gdzie jest kantor. Na co żona Pawła po białorusku odpowiedziała, że bardzo przeprasza, ale nie rozumie języka rosyjskiego.

– Uwierz mi, że wszyscy wokół się uśmiechali. My naprawdę czymś się jednak od Rosjan różnimy.

Z tą opinią zgadzają się wszyscy pozostali moi rozmówcy. Podkreślają, że na Białorusi, inaczej niż w Rosji, wojny niemal nikt nie popierał. Igor wspomina, że bezpośrednio po rozpoczęciu inwazji w białoruskim Internecie zaroiło się od filmów z przeróbkami wystąpienia Aleksandra Łukaszenki, w którym uzasadniał konieczność rosyjskiej napaści na Ukrainę. Kilka z nich przedstawiało go jako homoseksualistę, chociaż raczej należałoby użyć powszechnie stosowanego za naszą wschodnią granicą słowa pidarasa.

Nieco mniej optymistyczna jest Tamara. Podkreśla, że wielu studentów na Białorusi niestety zaczęło przyjmować rosyjską perspektywę.

– To nie jest tak, jak twierdzą zwolennicy opozycji, że Łukaszenki i Rosji nikt nie popiera. Robi to mniejszość, ale dostatecznie liczna. Nie wiem, czy to jest 30 czy 40 procent ludzi, ale na pewno jest ich dostatecznie wielu, żeby białoruski reżim z jego prorosyjskim nastawieniem miał jednak jakieś oparcie w społeczeństwie – twierdzi Tamara. – Najgorsze jest to, że Zachód odpuścił sobie Białoruś. Wszyscy moi rozmówcy, gdy pytam ich o kwestię polskich wiz, stwierdzają, że nie rozumieją, dlaczego Polska nie robi wszystkiego, żeby jakoś ułatwić Białorusinom przyjazdy do nas.

– Przecież moglibyście dawać pięcioletnie wizy Schengen i wprowadzić elektroniczną kolejkę, tak jak jest to zorganizowane po stronie białoruskiej. To chyba dobrze, żeby Białorusini wyjeżdżali do Polski, czy też dalej na Zachód, i wracali do siebie, opowiadając, że gdzieś obok, naprawdę blisko jest zupełnie inny świat – mówi Paweł. – Teraz wyjazdy do Polski są dla nas logistycznym koszmarem. I jest w tym bardzo dużo polskiej winy. Ja czasem naprawdę wolę polecieć do Polski przez Dubaj. No ale to jest paranoja.

Obserwuj nas w Google News

Lifestyle - najnowsze informacje

Rozrywka