niedziela, 8 sierpnia 2021 12:24

Limanowa. Stary problem powrócił. To wina betonozy?

Autor Aleksandra Tokarz
Limanowa. Stary problem powrócił. To wina betonozy?

Wraz z ekstremalnymi ulewami, które przeszły nad Limanowszczyzną, powrócił stary problem. I powrócił prawdopodobnie szybciej, niż się tego w ogóle spodziewano.

Wraz z rewitalizacją rynku możliwość jego zalania przez wody opadowe miała zostać całkowicie wyeliminowana. Tymczasem 30 czerwca ku zaskoczeniu mieszkańców, samochody znów pokonywały rzekę, która płynęła centralnym placem w mieście. – Przy tak obfitych opadach, nie tylko w Limanowej, ale widzimy to również po informacjach z całej Polski i nie tylko, występują podtopienia. Przy gwałtownych opadach w tak krótkim czasie nie ma kanalizacji burzowej, która mogłaby przyjąć taką ilość wody – tłumaczy burmistrz. Czy to prawda? Czy może przyczyną tego zjawiska jest wszechobecna ostatnio moda na „betonozę”?

"Miało być tak dobrze a rynek znów zalało"

30 czerwca ulewa, która przeszła nad Limanową, sprawiła, że tamtejszy rynek wypełnił się wodą. Na rondzie w ciągu drogi krajowej nr 28, czyli centralnym placu w mieście, zgromadziło się tyle wody, że samochody miały trudności w pokonaniu tej trasy. Wód opadowych nie była w stanie przyjąć kanalizacja deszczowa. Mieszkańcy zauważali, że problemu znanego im od lat, nie udało się rozwiązać wraz z ubiegłoroczną rewitalizacją rynku. We wrześniu ubiegłego roku zakończyły się bowiem prace przy przebudowie centralnego placu w Limanowej. Całość robót kosztowała niemal 10 milionów złotych. Nową aranżację zyskał Buzodrom, w którym mieści się siedziba Powiatowego Centrum Informacji Turystycznej. Pojawiło się nowoczesne oświetlenie i system nagłośnienia, a także miejsce do relaksu. Kierowcy zyskali dodatkowych 15 miejsc postojowych. Dodatkowo, a może przede wszystkim, wymieniona została kanalizacja deszczowa.

Rynek w Limanowej po modernizacji
Rynek w Limanowej po modernizacji / Fot.: Mateusz Łysik Głos24

„Miało być tak dobrze. Co się stało, że rynek znowu zalało?” – zastanawiali się mieszkańcy. Z tym pytaniem zwróciliśmy się do burmistrza. Niestety, oficjalnej odpowiedzi nie otrzymaliśmy do dzisiaj. Na pytania na temat zalanego rynku włodarz miasta odpowiedział jednak kilkanaście dni po incydencie z zalaniem rynku, podczas internetowego czatu z mieszkańcami. - W czasie rewitalizacji rynku została wyremontowana istniejąca już kanalizacja burzowa. Wszystkie jej załamania zostały naprawione i udrożnione. Oprócz tego wybudowana została dodatkowa kanalizacja, nowa, która też jest sprawna. Natomiast przy tak obfitych opadach wody, nie tylko w Limanowej, ale też widzimy po informacjach z całej Polski i nie tylko z Polski, że występują takie podtopienia. Przy tak gwałtownych opadach, w krótkim czasie, nie ma takiej kanalizacji burzowej, która mogłaby to przyjąć. To, że ta kanalizacja jest sprawna, widać po tym, że to podtopienie było bardzo krótkie, bardzo szybko ta woda spłynęła. Niemniej jednak potrzeba było na to trochę czasu – tłumaczył Władysław Bieda. – Opady były bardzo intensywne, bo ulicą Kościuszki w kierunku rynku, płynęła rzeka. Kratki burzowe na ulicy Kościuszki, które powinny przyjmować wodę z tej ulicy, wyglądały jak gejzery. Woda tryskała z nich do góry, dlatego, że napływ wody od innych ulic, które mają włączenie do kanalizacji burzowej na ulicy Kościuszki, był tak duży, że ta kanalizacja już nie przyjmowała tej wody - mówił.

Jak dodał, przed ulewą, która nawiedziła Limanową 30 czerwca, nad miastem przeszły jeszcze przynajmniej trzy, równie intensywne burze. - Pamiętam, że i w okresie Bożego Ciała i później, kiedy nad miastem przechodziły gradobicia – pamiętamy, jak było wcześniej przy takich ulewnych deszczach – wcześniej kilka lat temu, stoiska i część jezdni na rynku, od strony domów towarowych, od razu były zalane. Teraz się to nie zdarzało - stwierdził.

Mieszkańców jednak nurtowała jeszcze jedna kwestia – czy na rynku nie powinno pojawić się więcej zieleni i drzew? Wówczas mogłyby one „odebrać” chociaż część wody. W ostatnim czasie w polskich miastach króluje bowiem moda na „betonozę” – betonuje się je na potęgę i tworzy systemy odprowadzania deszczówki do kanalizacji. Coraz mniej na rynkach drzew i zieleni, które mogłyby zatrzymać wodę w gruncie, a dodatkowo rzucać cień i obniżać temperaturę. Burmistrz Limanowej odpiera jednak te zarzuty. Jak tłumaczy, tak zwanej powierzchni czynnej biologicznie ma być na limanowskim rynku przynajmniej dwa razy więcej teraz, niż miało to miejsce przed jego rewitalizacją. – Jest to tylko inaczej ułożone – wcześniej były tylko okrągłe klombiki, rozrzucone po całej płycie rynku, dlatego może nie robiło to takiego wrażenia. Mogło się wydawać, że ta powierzchnia, która nie jest biologicznie czynna, jest mniejsza. Teraz z każdej z czterech stron rynku mamy powierzchnię biologicznie czynną – albo trawnik, albo nasadzenia kwiatów, roślin ozdobnych i dlatego nie można powiedzieć, że zabetonowaliśmy więcej miasta, niż miało to miejsce wcześniej – podkreślał Władysław Bieda. Jak dodał, na zrewitalizowanym rynku posadzono drzewa liściaste – platany wielkolistne - które teraz, aby dawać cień, muszą podrosnąć.

- Idea przy przebudowie rynku przyświecała nam taka, żeby więcej było tej powierzchni biologicznie czynnej, więcej zieleni, ale żebyśmy mieli też duży plac, odpowiednio utwardzony – na tym placu mogą być organizowane różnego rodzaju uroczystości, imprezy, bo wcześniej, powierzchnia wyłożona płytami była dużo większa, natomiast jeżeli przyszło zorganizować jakąś uroczystość, to wówczas tego miejsca było niewiele. Może się wydawać, że nie ma potrzeby, by tak duży plac na rynku był, ale ci, którzy wcześniej przychodzili na różnego rodzaju uroczystości wiedzą, że na starym rynku było bardzo mało tego miejsca. Myślę, że to wszystko będzie się sprawdzało – podkreślił burmistrz.

Beton tańszy niż utrzymanie zieleni

„Betonoza” opanowała jednak Polskę. W ostatnim czasie dość dosadnie kwestię betonowania miast zilustrował 19-letni mieszkaniec Krzeszowic w powiecie krakowskim. Nastolatek wybrał się na tamtejszy rynek z patelnią, na której po 80 minutach, na nagrzanej płycie rynku, usmażył jajecznicę. Niestety, na modernizację placów i rynków, które mają ożywić przestrzeń, a w rezultacie zmieniają się w rozgrzaną patelnię, decydują się kolejne miasta. O kwestię zieleni na rynkach miast zdecydowaliśmy więc zapytać się architekta.

- Sprawa placów miejskich i projektowania przestrzeni publicznych nie jest czarno-biała i jest bardzo złożona. Place w miastach po prostu są potrzebne. Są to przestrzenie do organizacji miejskich imprez, koncertów czy jarmarków. Taka prawda, że najprościej jest zaprojektować wybetonowany plac. Z jednej strony wiadomo, że zieleń w mieście jest pożądana. Dzięki niej panuje odpowiedni mikroklimat, mamy większy komfort, czystsze powietrze, zacienione powierzchnie oraz lepszą retencje. Z drugiej strony, place też spełniają ważną funkcję. Przyczyn jest przynajmniej kilka, ale najważniejszą są pieniądze. Kwoty jakie są potrzebne na remont i utrzymanie zieleni są wysokie. Szczególnie w małych miastach i miasteczkach. Nie jest problemem posadzenie drzew i krzewów, ale ich utrzymanie. Dobrze to widać na przykładach dużych miast, które dopiero w ostatnich latach zaczęły tworzyć organy odpowiedzialne za zieleń i jej utrzymanie. Tylko takie działanie ma sens. Możliwe jest również wynajęcie firm które zajmują się zielenią kompleksowo. Na to jednak wiele gmin po prostu nie stać. Zabetonowanie jest tańsze w utrzymaniu – tłumaczy w rozmowie z redakcją Głos24 architekt Dariusz Kowal ze Studia Projektowego DNA.

Jak dodaje nasz rozmówca, może, ale nie musi, wynikać to z popularnej zasady przy wyborze projektów przetargowych czy konkursowych, kiedy najniższa cena projektu wiąże się z największą ilością punktów. - Były więc pieniądze na budowę, ale na utrzymanie już nie. Miasto trzeba traktować jako jeden organizm, pod względem infrastruktury, estetyki czy funkcjonalności. Coraz częściej zwraca się uwagę na zieleń, obieg wody, małą retencję i jest to bardzo ważne, ale musi to być realizowane wszędzie, również przez mieszkańców. Z wdrażania takich rzeczy w tkankę miejską są same korzyści – mówi Dariusz Kowal. Jak tłumaczy, dobrym rozwiązaniem wydają się być również projekty wykonywane w ramach budżetu partycypacyjnego, z uwzględnieniem potrzeb różnych grup społecznych. - Oczywiście większa ilość zieleni na placach miejskich jest ostatnio trendem w architekturze i planowaniu przestrzennym na świecie, ale takie punktowe rozwiązanie na pewno nie zniweluje problemów związanych z powodziami błyskawicznymi i opadami które przekraczają ostatnio normy miesięczne. Musielibyśmy mieć zamiast przestrzeni publicznych zbiorniki retencyjne – dodaje architekt.

Rynek w Limanowej po modernizacji
Rynek w Limanowej po modernizacji 

Nasz rozmówca tłumaczy także, iż rozwiązań do zwiększenia retencji wody jest wiele - nawierzchnie mogą być przepuszczalne, miejsca parkingowe również. Coraz częściej stosuje się kratki stalowe lub prefabrykaty, które przepuszczają wodę. - Częstym rozwiązaniem przy większych przestrzeniach są również obniżenia w terenie, które służą po części jako zbiorniki tymczasowe, gdzie kieruje się wodę opadową i może ona tam swobodnie zostać odprowadzona przez kanalizację w dłuższym okresie czasu. Oczywiście zieleń pomaga, ale ziemia też ma swój stopień przepuszczalności - mówi.

Problem nadmiaru wody? Wystarczy dobrze kalkulować

O komentarz do wypowiedzi burmistrza Biedy na temat zalania nowo wyremontowanego rynku poprosiliśmy też krakowskiego architekta Piotra Orzeszka, właściciela krakowskiej pracowni architektonicznej Stvosh. Temat jest bowiem ciągle aktualny, bo takie ulewy jak ta 30 czerwca mogą się powtarzać. Przykładem jest choćby to co wydarzyło się 15 lipca czy ostatnio, w nocy z 5 na 6 sierpnia w całej prawie Małopolsce. - Problem wody powodującej podtopienia w miastach nie jest efektem żadnej magii, wynika po prostu z matematyki - wiadomo, ile wody przeciętnie spada z nieba w danych miesiącach. Owszem, w ostatnich czasach opadów jest więcej i są bardziej intensywne, jednak w przybliżeniu da się je określić i przewidzieć ich ilość. Wiadomym jest, jakiej ilości wody na daną powierzchnię można spodziewać się w ciągu nawet największej burzy - uważa Piotr Orzeszek. - Kluczowe jest to, z jakim terenem mamy do czynienia. Jeśli z całkowicie wybetonowanym, to tak naprawdę 99% wody spływa do kanalizacji. Jeśli natomiast rozpatrujemy teren trawiasty lub leśny, to nawet jeśli mamy do czynienia z wielką ulewą i gleba nie jest w stanie wchłonąć całej wody z kolejnej burzy na danym terenie, to i tak do kanalizacji przedostanie się jedynie jakaś jej część - przypomina architekt. - Myślę zatem, że słowa burmistrza Limanowej o tym, że nie ma kanalizacji, która dałaby radę przyjąć ilość wody taką, jak podczas ostatniej ulewy w tym mieście, nie są do końca prawdziwe - podsumowuje. Dlaczego?

Piotr Orzeszek ocenia, że przy projektowaniu inwestycji jednak nie wzięto pod uwagę wszystkich parametrów. - Przyjmując do kanalizacji nawet 100% wody z takiej ulewy, dodatkowo biorąc sobie 15-20 % zapasu, bo wiadomo, że rury również mogą być zanieczyszczone lub częściowo zapchane np. liśćmi i piaskiem, to matematycznie da się w prosty sposób obliczyć potrzebną średnicę rur i zbiorników, aby do takich podtopień nie dochodziło. Na zdjęciach z podtopionej Limanowej widać, że nie całe miasto było zalane, a jedynie poszczególne miejsca. Te miejsca to lokalne obniżenia terenu, gdzie np. droga schodzi lekkim łukiem w dół, a następnie wychodzi do góry. W takie miejsca spływa woda z okolicznych terenów. Jeżeli kanalizacja nie została policzona w ten sposób, żeby zbierała wodę z jezdni, na którą w takich sytuacjach spływa dodatkowa, nadprogramowa ilość wody, wówczas nie jest ona w stanie w całości jej przyjąć. Dlatego, projektując takie miejsca, powinno to zostać wcześniej uwzględnione i odpowiednio obliczone, a rury kanalizacyjne i wpusty powinny być w takich miejscach odpowiednio szersze. Owszem, będą większe i droższe, niż gdzie indziej, będą przewymiarowane ponad minimalne wymagania normowe i być może przez większą część roku będą niewykorzystane w całości. Kiedy jednak przyjdzie oberwanie chmury, jeśli będą utrzymywane w czystości i systematycznie doglądane, nie będzie takich podtopień, jak ostatnio. Konkludując, nie ma żadnej magicznej metody na to, co zrobić, aby miasta nie były zalewane w trakcie ulew. Czysta matematyka! - uważa architekt.

Czy można jeszcze coś zrobić, aby do takich ekstremalnych sytuacji nie dochodziło i Limanowa nie zamieniła się kolejny raz w małopolską Wenecję? - Oczywiście jest to kwestią gospodarki wodnej na skalę całego miasta (tzw. miasta – gąbki, zbiorniki retencyjne, zielone dachy, powierzchnie półprzepuszczalne, proporcje zieleni i wybrukowanie, normy doboru średnic kanalizacji, itd., itp.), ale jeśli chodzi o ostatnie lokalne podtopienia – jak to z 30 czerwca w Limanowej – to raczej mamy do czynienia z problemami tyczącymi się pojedynczych sieci kanalizacyjnych, studzienek i przepustów, ewentualnie brakiem przeglądów, czyszczenia i konserwacji lub źle przeliczonymi terenami, a co za tym idzie – nieprawidłowo dobranymi do nich kanalizacjami - podsumowuje Orzeszek.

Limanowa - najnowsze informacje