Od krosna do gabinetu. Co zostało z tantry poza nazwą

Od krosna do gabinetu. Co zostało z tantry poza nazwą

TANTRA + NURU + LINGAM. Tak wygląda jedna z pozycji w cenniku warszawskiego salonu masażu. Dwa słowa z sanskrytu, jedno z japońskiego, a między nimi plusy jak w szkolnym zadaniu z matematyki. Kto widzi taki zapis po raz pierwszy, zwykle zatrzymuje się już na pierwszym słowie. Tantra kojarzy się z Indiami, z jogą, czasem z poradnikiem o duchowości, który ktoś dostał na urodziny i odłożył na półkę.

Skąd to słowo wzięło się w warszawskich salonach i co znaczy dzisiaj, kiedy stoi obok ceny i liczby minut? Odpowiedź jest mniej tajemnicza, niż sugeruje nazwa.

Dlaczego salony sięgają po słowo „tantra”?

Wystarczy przejrzeć oferty warszawskich salonów, żeby zobaczyć, jak często pojawia się w nich to określenie. Niektóre mają je wprost w nazwie, jak Amara Tantric Massage. Z oferty tego salonu pochodzi zresztą zapis, od którego zaczął się ten tekst.

Często „tantryczny” stoi obok słowa „erotyczny”, a w wielu salonach oba opisują ten sam rodzaj sesji. „Tantryczny” mówi jednak więcej o samym sposobie pracy: jednym wyrazem zapowiada, że masaż będzie powolny i obejmie całe ciało. Co dokładnie się w nim mieści, każdy salon opisuje po swojemu.

Na początku było krosno

W sanskrycie słowo „tantra” wywodzi się od rdzenia tan-, który znaczy tyle co „rozciągać” albo „snuć”. Samo słowo bywa tłumaczone jako „osnowa” albo „krosno”. Z czasem zaczęto tak nazywać także teksty, które układały jakąś dziedzinę wiedzy w spójny system. Polszczyzna zna podobny obraz: też mówimy o wątku rozmowy i o kimś, kto snuje opowieść.

Podobieństwo sięga dalej, niż się wydaje. Nasz „tekst” pochodzi od łacińskiego textus, czyli „tkanina”, a ten od czasownika texere – „tkać”. W sanskrycie podobną drogę przeszło słowo „sutra”, które pierwotnie znaczy „nić”. Indyjscy autorzy nazywali tak zwięzłe zbiory reguł, jakby całą wiedzę dało się nawinąć na jedną nitkę.

Ta sama „sutra” kryje się w tytule, który na Zachodzie najczęściej bywa mylony z tantrą. Kamasutra, podręcznik sztuki kochania i dobrego życia, przypisywany Watsjajanie i datowany zwykle na pierwsze wieki naszej ery, nie jest tekstem tantrycznym. Łączy ją z tantrą język i kraj pochodzenia, ale w zachodnich księgarniach oba tematy od dawna stoją na jednej półce.

Z Indii na Zachód

Od mniej więcej połowy pierwszego tysiąclecia naszej ery w Indiach rozwijały się hinduistyczne i buddyjskie nurty, które dziś zbiorczo nazywa się tantrą. Miały własne rytuały, mantry i praktyki medytacyjne, a do wielu z nich uczniów dopuszczano dopiero po inicjacji u nauczyciela. Ciało traktowano tam jako narzędzie pracy duchowej.

Na przełomie X i XI wieku w Kaszmirze żył Abhinawagupta, filozof, którego „Tantraloka”, czyli „Światło tantr”, do dziś uchodzi za jeden z najważniejszych traktatów tej tradycji. W Tybecie z kolei przyjął się buddyzm tantryczny, zwany wadżrajaną, który w tamtejszych klasztorach trwa do dziś.

Zachód poznawał tantrę najpierw z przekładów i opisów orientalistów. Wiele zawdzięczał Johnowi Woodroffe’owi, brytyjskiemu sędziemu w Kalkucie, który pod pseudonimem Arthur Avalon wydał w 1919 roku książkę „The Serpent Power”. Od lat 60. coraz częściej sięgano jednak po książki i warsztaty, które brały z tantry tylko wybrane wątki, najchętniej te o ciele i zmysłach.

Mocno przyczynił się do tego Osho, indyjski nauczyciel, którego aśram w Punie w latach 70. przyciągał tysiące ludzi z Europy i Ameryki. Tak ukształtował się nurt nazywany dziś neotantrą. Religijny kontekst w dużej mierze się w nim rozmył. Zostało przekonanie, że powolny dotyk, któremu poświęca się pełną uwagę, znaczy dla człowieka coś innego niż dotyk w pośpiechu.

Masaż tantryczny w dzisiejszej postaci wyrósł więc z tej zachodniej lektury, nie z indyjskich szkół. Pizza w Warszawie też nie musi być wierną kopią neapolitańskiej, żeby smakowała. Nazwa „tantryczny” opisuje dziś po prostu styl pracy masażystki.

Co przetrwało w masażu tantrycznym?

Przetrwała przede wszystkim powolność. Masaż tantryczny jest wolniejszy od relaksacyjnego, który znamy z hotelowego spa. W salonie przywołanym na początku tantra nie jest osobnym zabiegiem, tylko sposobem pracy we wszystkich pakietach, od godziny do dwóch. Tempo masażystka dopasowuje tam do oddechu gościa.

Druga rzecz, która przetrwała, to słownictwo. Lingam to po sanskrycku po prostu „znak”, a w Indiach słowo to ma przede wszystkim sens religijny. Do nazw masaży trafiło przez zachodnią neotantrę w innym, węższym znaczeniu: chodzi o męską strefę intymną.

Sam masaż lingam to spokojna praca na tej strefie. Nie zaczyna się od niego: najpierw masażystka rozluźnia całe ciało. Na stronie salonu stoi przy tym wprost: „Nie świadczymy usług seksualnych”.

Skąd w jednej nazwie sanskryt i japoński?

Wróćmy do zapisu z początku. Nuru nie ma z Indiami nic wspólnego. Nazwę wywodzi się zwykle od japońskiego „nurunuru”, którym określa się coś śliskiego. Mówi więc o żelu, a nie o filozofii: dzięki niemu dłonie i ciało masażystki przesuwają się bez przerw na zmianę chwytu.

W salonie, z którego pochodzi ten zapis, nuru nie da się zamówić osobno: wchodzi w skład godzinnego pakietu, stąd plus w nazwie. Plus oznacza po prostu kolejną technikę w tej samej sesji.

Angielskie body to body nie wymaga tłumaczenia: to masaż, w którym pracuje się całym ciałem, nie tylko rękami. Jest jeszcze masaż na cztery ręce, czyli dwie masażystki pracujące jednocześnie przy jednej osobie. Ta nazwa brzmi z całego zestawu najbardziej swojsko.

Kto dziś prowadzi sesję

Na warsztat duchowy nie ma co liczyć: obywa się bez mantr, medytacji i ćwiczeń, a gość nie musi znać tradycji, od której wzięła się nazwa. Kładzie się wygodnie i zostawia prowadzenie masażystce. Nie jest to też zabieg leczniczy ani zamiennik wizyty u specjalisty.

W dawnych szkołach tantry prowadził nauczyciel i to on decydował, kogo dopuścić do nauki. W gabinecie prowadzi masażystka, ale gość może ją zatrzymać w każdej chwili. Wystarczy powiedzieć „stop” albo poprosić o zmianę tempa, także w połowie sesji, bez tłumaczenia się. Kto idzie na taki masaż pierwszy raz, łatwo uznaje, że wypada wytrzymać do końca. Nic takiego nie obowiązuje.

Ze świętych tekstów i inicjacji w salonowej ofercie nie ma już prawie nic. Przetrwała powolność i garść nazw, które dziś brzmią egzotycznie, choć zaczynały jako zwykłe słowa o krośnie, znaku i śliskiej powierzchni. Oświecenia nikt w gabinecie nie obiecuje. Tyle dziś zostało ze słowa „tantra”.

fot. materiały Amara Tantric Massage

Styl Życia - najnowsze informacje

Rozrywka