Tarnów ma kłopoty. Z budżetem, który w styczniu się nie zamknie tak, jak powinien. Władze miasta nie przewidziały, że ich dostawca energii – Tauron, zażyczy sobie od nowego roku za energię elektryczną 2 razy więcej. I mówi się też o tym, że miasto będzie musiało zapłacić także 2 razy więcej za wywóz śmieci. Problemy Tarnowa przełożą się bardzo szybko na problemy Tarnowian, bo władze na czymś będą musiały zaoszczędzić. Zacznie się niestety od komunikacji miejskiej.
Skarbnik miasta, Sławomir Kolasiński podał do publicznej wiadomości, że miasto w 2018 r. płaciło za energię 5 mln 560 tys. zł. W 2019 r. prawdopodobnie suma ta poszybuje do 10 mln 300 tys. zł. (przewidywana maksymalna wysokość). To ogromna różnica, wynikająca głównie nie ze zwiększonych potrzeb miasta, ale z bardzo dużej podwyżki cen prądu, jaką szykują koncerny energetyczne.
Do tego wywóz śmieci będzie kosztował miasto 499 zł za tonę. W 2018 r. opłata wynosiła natomiast 250 zł. Niepotwierdzone informacje mówią o tym, że mogą wzrosnąć także ceny wody, opłaty parkingowe, w górę mogą pójść ceny biletów – ale tutaj jeszcze nie wiadomo, czy rzeczywiście do tego dojdzie.
To co wydaje się najbardziej prawdopodobne, to obcięcie ilości kursów realizowanych przez Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne, ponieważ wsparcie budżetowe ze strony miasta ma być w przyszłym roku mniejsze, niż w bieżącym. Władze spółki obawiają się, że zwyczajnie zabraknie im pieniędzy i coraz głośniej mówią o możliwej „optymalizacji” kursów, choć negocjacje z magistratem podobno jeszcze trwają i nie mamy pewności jak się zakończą. W związku z tą sytuacją podwyżka cen biletów także wydaje się co najmniej prawdopodobna.
Jeśli chodzi o inne podwyżki, to rada miejska już zaklepała nowe stawki podatku od nieruchomości – z 46 do 55 groszy na metrze kwadratowym, a stawka dla gruntów - z 18 do 30 groszy.
Zajmijmy się pytaniem – kto jest właściwie odpowiedzialny za cały ten ambaras? Kto odpowiada za to, że przeciętny Tarnowianin pośrednio lub bezpośrednio od stycznia dostanie po kieszeni? Prezydent Roman Ciepiela? Nasi radni?
Wydaje się, że odpowiedzialność ponosi przede wszystkim rząd naszego kraju, który mając pieczę nad energetycznymi gigantami, takimi, jak np. wspomniany Tauron (wszak jest to spółka skarbu państwa), naciskał na koncerny energetyczne, by nie podnosiły cen w 2018 r. I wiele z tych firm sprzedawało energię poniżej opłacalnej dla nich stawki. W 2019 r. sobie to odbiją, bo rząd już ich nie będzie trzymał „na smyczy”. Dlaczego naszemu rządowi zależało na tym, aby w tym roku nie było podwyżek? Powód jest oczywisty – wybory samorządowe. Podwyżki mogłyby się przyczynić do dużo gorszego wyniku przedstawicieli rządzącej partii.
O drastycznych podwyżkach cen prądu, jakie mogą nas czekać w 2019 r. zrobiło się głośno już parę miesięcy temu. Sam wtedy, jak wielu zwykłych ludzi, się zaniepokoiłem i zadzwoniłem do administratora kamienicy z pytaniem, czy mam się nastawić na to, że będę płacił 2 razy tyle. „Panie, bzdury w tej telewizji mówią, mamy kontrakt podpisany jeszcze na półtorej roku, nic się nie zmieni”. Uspokoiłem się i zapomniałem o sprawie. Tak, jak wiele osób nie wziąłem pod uwagę tego, że to, że choćby miasto będzie musiało zapłacić więcej też się przełoży na moje codzienne życie.
W gruncie rzeczy nie można się dziwić politykom, że w gorącym okresie przedwyborczym wszyscy praktycznie unikali tego tematu i starali się nie podnosić larum wokół niego. Efektem tego teraz jest jednak to, że wielu zwykłych mieszkańców ma się prawo czuć zaskoczonych sytuacją, do stycznia pozostało niewiele dni i tak naprawdę do końca nie wiemy co nas czeka w nowym roku. Można jedynie liczyć na to, że nasze lokalne władze możliwie sprawnie i możliwie najmniej boleśnie dla zwykłych mieszkańców poradzą sobie z rosnącymi kosztami funkcjonowania miasta. W przeciwnym wypadku styczeń może być „wesoły”…
Foto: UMT


















