niedziela, 31 października 2021 18:52

„To był taki nasz podhalański głos w sprawach trudnych”. Jaka była „krzestno matka” Zosia?

Autor Mirosław Haładyj
„To był taki nasz podhalański głos w sprawach trudnych”. Jaka była „krzestno matka” Zosia?

6 września na cmentarzu w Brzegach rodzina i przyjaciele pożegnali Zofię Stachoń-Bigos – najsłynniejszą chyba gaździnę z Podhala, znaną ze swojej działalności na rzecz wywłaszczonych przez państwo górali, których ziemie zostały przekazane TPN-owi. Była także właścicielką znanej i popularnej restauracji Bigosówka na Głodówce.

Zofia Stachoń-Bigos, znana jako Zofia Bigosowa, zmarła w wieku 83 lat 1 września 2021 r. Znana z ciętej riposty gaździna z Głodówki zapadła w pamięć jako twórczyni i reprezentantka Stowarzyszenia Właścicieli i Współwłaścicieli Wywłaszczonych Hal i Polan w Tatrach walcząca o to, by górale odzyskali zawłaszczone przez państwo hale i polany w górach. Jaka była ciotka Zośka, „krzestno matka” Zosia lub po prostu Bigoska, bo tak nazywana była w lokalnej społeczności ś. p. Zofia Stachoń-Bigos? Czy jej wizerunek wykreowany przez media, jako twardej i bezkompromisowej góralki, jest prawdziwy? A może była to tylko jedna z wielu twarzy gaździny z Głodówki? O swoich wspomnieniach związanych ze zmarłą poprosiliśmy mgr Bartłomieja Koszarka Dyrektora Bukowiańskiego Centrum Kultury „Dom Ludowy” oraz Andrzeja Gąsienice-Makowskiego, polityka i samorządowca, który w latach 1999–2014 pełnił funkcję starosty tatrzańskiego. Ten ostatni w rozmowie z redakcją Głosu24 tak wspomina współpracę ze ś. p. Bigoską:

– Prowadziliśmy wiele rozmów. Była to kobieta bardzo odważna, z wielkim poczuciem odpowiedzialności, ale też wiedziała działa czego chce. Można było ją przekonać do różnych rzeczy, ale ona też potrafiła przekonać innych do jej punktu widzenia. Patrzyliśmy na Park Tatrzański, bo to był główny temat sporu, jak na nasze wielkie dobro. Jako dobro górali, Polski, jako dobro tej pięknej przyrody, która powinna służyć wszystkim. Nie mniej jednak z wielką troską patrzyliśmy na to, jak w niektórych miejscach się nim zarządza. Wydawało się nam, że było by dobrze, gdyby było trochę więcej kontroli, nazwę to właścicielskiej. I ten ruch, który pani Zofia zainicjowała, czyli Stowarzyszenie Właścicieli i Współwłaścicieli Wywłaszczonych Hal i Polan w Tatrach, to było takie przebudzenie i podniesienie świadomości społeczności lokalnej. Żeby ludzie zobaczyli, jakie są ich korzenie. To nie tylko dotyczyło Zakopanego, ale także okolic. Pokazała, że związek z ziemią jest bardzo silny. Zresztą tak to wygląda na  Podhalu. Tutaj po prostu bardzo mocno zabiega o każdy piędź ziemi i tutaj czasem spory o to są wielkie. Ona potrafiła zmobilizować ludzi, żeby poszukali, co, kto, gdzie i jak miał. Przywracała pewną świadomość naszej tożsamości góralskiej.

Dyrektor Koszarka docenia jej wkład w nagłośnienie sprawy wywłaszczenia górali i przeniesienia jej na poziom ogólnopolski. Było to tym trudniejsze, że „krzestno matka” w swoich działaniach często była osamotniona, ale niepozbawiona zdrowego rozsądku i inteligencji, którymi niejednokrotnie kontrowała zawodowych polityków.

– To był głos Podhala w trudnych sprawach. Ze względu na to, że była kobietą, wiele rzeczy jej przysługiwało i nie budziło jakiś niepotrzebnych kontrowersji, właśnie ze względu na szacunek do niej, jako kobiety. To był taki nasz podhalański głos w sprawach trudnych, które może nie tyle, że były zamiatane pod dywan, ale były trudne do rozwikłania i pokazania na ogólnokrajowej płaszczyźnie z perspektywy góralskiej. W tym właśnie ukazania punktu widzenia na sprawy własnościowe hal i gór, bo to było głównym celem i sprawą, którą zajmowała się pani Zofia, ciotka Zośka, „krzestno matka” Zosia lub po prostu Bigoska, jak ją tutaj nazwaliśmy – mówi Koszarka i dodaje: – Sprawy własnościowe nie są kontrowersyjne, są oczywiste. Wiadomo do kogo hale, grunty i ziemie należą i tu nie ma żadnej kontrowersji z punktu widzenia nas, górali, którzy dokumenty nadania i potwierdzenia kolejnych czy to władców czy starostów, mają. Natomiast to że jest park, to jest cudowna sprawa, dobra sprawa, bezdyskusyjna. I myślę, że w ten sposób patrzyła też na to pani Zofia. Natomiast inną sprawą był sposób gospodarzenia na terenach parku oraz sposób prowadzenia rozmów przez park z właścicielami, których reprezentantką była Zofia. Czy ona sobie z tym radziła, czy sobie nie radziła? W dużej mierze była osamotniona. Trudno wymagać od „krzestno matki” jakiejś wybitnej elokwencji czy politycznego doświadczenia. Była naszą góralską prostą kobietą, ale inteligentną z niezwykle trafnymi stwierdzeniami, z którymi czasami sobie nie radzili politycy czy dziennikarze. Stworzyła grupę, która w podobny sposób widziała sytuację, natomiast nie zyskała przyjaciół i sojuszników, którzy by na różnych szczeblach administracji dalej procedowali jej pomysły, rozmawiali, próbowali przedłożyć sprawę. Tak, aby powstał sensowny dialog z ludźmi, którzy albo zostali wywłaszczeni, albo którym, tak, jak w przypadku mojej mamy, osaczonej urzędnikami, rzucono jakiś ochłap i pod presją wymuszono podpis pod umową.

„To nie było głaskanie”

Jaka była Zofia Stachoń-Bigos? Nie ulega chyba wątpliwości, że była to osoba o mocnym charakterze. Potwierdzają to słowa byłego starosty tatrzańskiego w który w następujący sposób wspomina ś. p. założycielkę Stowarzyszenia Właścicieli i Współwłaścicieli Wywłaszczonych Hal i Polan w Tatrach.

– Powiem tak, była twarda. Do mnie przychodziła, jak miała sprawę. Jak to było często, to pojawiała się 2 razy w tygodniu. Jak nie trzeba było, to nie przychodziła i 2 miesiące, ale jak już przyszło do spotkania, to były rozmowy twarde, to nie było głaskanie, bo chodziło o wydanie stosownych decyzji. Ja próbowałem do tych problemów podejść w sposób, że tak powiem, konsolidacyjny. Tłumaczyłem, że niektóre elementy, możemy zrobić w ten, albo inny sposób, na co nie pozwala prawo i co trzeba zmienić. Że musimy pokazać, iż górale nie chcą zjeść Tatr, że nie chcą ich zniszczyć, że je kochają, że chcą czuć się odpowiedzialni za to, co tam się dzieje. I ten jej upór w tym, był myślę, dla wielu ludzi, w tym samorządowców, wzorem, że nie tylko warto, ale wręcz trzeba o niektóre rzeczy bardzo ważne zabiegać. Prowadziliśmy pozytywną dyskusję o tym, że jak kiedyś w Polsce nastąpi reprywatyzacja lub, jak to się dzisiaj się często mówi odnowienie, czyli restytucja prawa własności, to powinniśmy być na to gotowi. Nie pod takim kątem, że przejmiemy i zagrodzimy Tatry i nikt nie będzie wchodził, tylko powinno to być robione pod kątem ochrony właścicielskiej. O dobro czy piękno przyrody trzeba dbać i ustawa ochronna powinna być wyżej. A prawa właścicielskie są „siłą ducha” tej ziemi pokazują, że to  my jej pilnujemy – i dodaje: – Ona zawsze przechodziła do konkretu, nie zgłębialiśmy się w sprawy rodzinne. Nie mniej, pani Zofia była osoba ciepłą. Czasem wpadliśmy do niej na pstrąga i rozmowę. W mediach pokazywali ją, jako bardzo radykalną osobę, ale to nieprawda. Patrzyła na problem przez pryzmat własności prywatnej, przez pryzmat tego, że warto zabiegać o swoje i trzeba działać wspólnie. Zmobilizowała około 4 000 ludzi, żeby przynieśli swoje dokumenty, zrobili dokumentację. To jest wielkie, wielkie osiągnięcie, bo trzeba żeby to zrobić trzeba było być przekonywującym dla tych ludzi.

Dla naszych rozmówców jest jasnym, że choć w swoich poglądach była bardzo wyrazista. I choć zasłynęła z ciętych ripost, to zdaniem starosty Andrzeja Gąsienicy-Makowskiego nie były to złośliwe przytyki, bo osobą była energiczną i serdeczną:– To była osoba czasami bardzo radykalna. Pani Zosia czasami chciała wszystko załatwić szybko, ale to była bardzo pracowita kobieta. Z uśmiechem potrafiła lekko dziubnąć, ale nie po to, aby kogoś zniszczyć, tylko po to, żeby kogoś zmobilizować.

Słowa samorządowca potwierdza dyrektor Koszarka: – Była radykalna. Czasami razem nagrywaliśmy różne programy telewizyjne, czasami przyszło nam posiedzieć w pokoju czy  kuchni u niej na Głodówce w karczmie. Dużo nie powiem, bo nie wchodziłem w tematy jej prywatności i intymności, w sytuacje rodzinne. Wiem, że życie jej nie oszczędzało i doświadczało w różny sposób. Natomiast na tym gruncie, na jaki dane było mi ją poznać, była „krzestno matką”, z którą mogłem serdecznie pogadać na temat tego, co u nas, co w rodzinie i co by tu zrobić z naszymi górami. Muszę coś powiedzieć patrząc poprzez pryzmat jej ojca Józefa Bigosa, wybitnego artysty, twórcy ludowego (zresztą był wujem mojego ojca). To była prawdziwa ostoja spokoju. Jeśli zaś chodzi o Zofię, to była jego przeciwieństwem: rzutka, krewka, rozmawiała dynamicznie gestykulując.

Bigosce udało się zyskać sporą grupę sympatyków. Ale czy miała wrogów?

– Trudno mi powiedzieć, czy „krzestno matka” miała przeciwników, ponieważ nie spotkałem i nie rozmawiałem z kimś takim. Być może byli cisi oponenci, którzy bruździli czy rzucali kłody pod nogi, ale w tej materii nie zabieram głosu, bo tego nie wiem. Z pewnością byli zwolennicy innego podejścia do sprawy, ale trudno ich nazwać od razu przeciwnikami. Trudno też tak nazywać kolejnych dyrektorów parku, bo ci bronili status quo, a którego nie chciała zmieniać nowa władza ­– mówi w rozmowie z Głosem24 dyrektor „Domu Ludowego”, dodając: – Natomiast wydaje mi się, że dyrektorzy nie mogli podjąć sensownego dialogu z właścicielami gruntów, jak to uregulować, jak to poukładać, tak, żeby park nie stracił swojego charakteru i dostępności dla turystów. To jedno, a drugie to to, że jednak rządzący powinni potwierdzić i zrekompensować w jakiś sposób to, że są to tereny prywatne, nad którymi pieczę trzyma właśnie państwo, naród, bo ochrona przyrody to dobro ogólne.

Dziedzictwo

Jakie dziedzictwo zostawiła po sobie pani Zofia? Dla Bartłomieja Koszarka nie ma wątpliwości, że była pewnym utożsamieniem gór i tatrzańskiej przyrody – surowa i zdecydowana ale przy tym niezwykle witalna.

– Mówiąc Zofia Bigosowa, od razu przychodzą nam na myśl pewnych treści: góry, hale, owce na polach i my górale. Sama w sobie była jakby spuścizną i ideą. Miała takie dobre, świeże spojrzenie.

Z kolei dla tatrzańskiego samorządowca jej walka o prawa własności wytyczała pewną ścieżkę dla przyszłych pokoleń.

– Myślę, że to, o czym dzisiaj trzeba pamiętać, to to, że park jest parkiem, służy wszystkim. Natomiast, młode pokolenia muszą czuć, że są za ten teren też są odpowiedzialne, że nie zrzucamy odpowiedzialność tylko na administrację rządową, tylko, że my też jesteśmy w jakimś sensie, mniejszym czy większym, odpowiedzialni. Ona ugruntowała poczucie tożsamości. Jak popatrzymy na dokumenty, które składali ludzie, to widać było, że to pradziadek, dziadek, ojciec, syn miał dany tereny, czy nawet jakiś skromny ułomek, ale miał. Wspólnie nam się to udało, jej i mnie (jako staroście) pokazać, że dobro parku nie jest tylko kwestią administracji, ale, że jest ono także nasze, podhalańskie, góralskie. Pokazaliśmy Polsce, że dbamy o niego.

Fot.: Twitter

Podhale

Podhale - najnowsze informacje