24 maja Krakowianie zdecydują, czy chcą odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego i Rady Miasta Krakowa przed końcem kadencji. Inicjatorzy referendum mówią o zadłużeniu, podwyżkach, SCT, metrze, polityce kadrowej i niespełnionych obietnicach. Władze miasta odpowiadają, że Kraków jest w trakcie trudnych, ale potrzebnych zmian.
Referendum w Krakowie to nie tylko spór o SCT. To suma konfliktów, które narastały od początku kadencji: o pieniądze, koszty życia, transport, styl zarządzania miastem, przejrzystość decyzji i tempo realizacji obietnic wyborczych. W niedzielę, 24 maja, mieszkańcy odpowiedzą na dwa pytania: czy są za odwołaniem Prezydenta Miasta Krakowa oraz czy są za odwołaniem Rady Miasta Krakowa przed upływem kadencji. Głosowanie odbędzie się w godz. 7.00–21.00.
Inicjatorzy referendum przekonują, że jest to obywatelska reakcja na sposób rządzenia miastem. W ich argumentacji powtarzają się hasła: brak audytu, narastające zadłużenie, podwyżki, Strefa Czystego Transportu, spór o metro, polityka kadrowa, niezrealizowane obietnice oraz pytania o wiarygodność prezydenta. Podczas zbierania podpisów za referendum i kampanii referendalnej podkreślali, że referendum jest formą demokratycznego rozliczenia władz w trakcie kadencji, a nie politycznym starciem.
Miasto i prezydent odpowiadają, że część decyzji, które podjęto była trudna, ale konieczna. Wynikała z realnego stanu finansów, kosztów usług publicznych, konieczności planowania dużych inwestycji i zmian, które przez lata odkładano. W oficjalnym podsumowaniu dwóch lat prezydentury Aleksandra Miszalskiego urząd podkreśla, że miasto realizuje projekty osiedlowe, inwestycje transportowe, buduje nowe żłobki, powiększa i modernizuje tereny zielone i prowadzi bezpośrednie spotkania i konsultacje z mieszkańcami. Sam prezydent zapewniał: „wiele już zmieniliśmy, ale najważniejsze projekty dla miasta dopiero nabierają tempa”.
Zadłużenie i pytanie o audyt
Jednym z głównych zarzutów inicjatorów referendum jest stan finansów Krakowa. Ich zdaniem zadłużenie miasta znacząco wzrosło, a mimo to nie przeprowadzono niezależnego, kompleksowego audytu finansów. Taki audyt — w ocenie krytyków — miałby pokazać, skąd biorą się problemy, które wydatki można ograniczyć i jaki jest realny plan wyjścia z zadłużenia. Inicjatorzy łączą ten zarzut z późniejszymi decyzjami odczuwalnymi przez mieszkańców: podwyżkami opłat, oszczędnościami w usługach publicznych i presją na domowe budżety.
Władze miasta odpowiadają, że zadłużenie nie powstało z dnia na dzień i jest efektem wcześniejszych inwestycji, zmian podatkowych, inflacji oraz wzrostu kosztów energii, usług i obsługi miasta. Według miejskiej narracji kluczowe jest dziś nie hasło „audyt”, ale stopniowe porządkowanie finansów: racjonalizacja wydatków, pozyskiwanie środków zewnętrznych i przesuwanie akcentów z dużych, przeskalowanych zadań na inwestycje bliższe mieszkańcom. Miasto wskazuje też, że obecny dług nie przekracza ustawowych limitów, a jego obsługa musi być analizowana w kontekście całego budżetu i potrzeb rozwojowych Krakowa.
Spór o finanse jest więc sporem o odpowiedzialność. Inicjatorzy referendum widzą w zadłużeniu dowód utraty kontroli nad miastem. Urząd odpowiada, że bez inwestycji Kraków nie rozwiąże problemów transportowych, edukacyjnych i infrastrukturalnych, a poprawa kondycji finansowej wymaga czasu.
Podwyżki: bilety, śmieci i parkowanie
Drugim bardzo czytelnym dla mieszkańców tematem są podwyżki. Inicjatorzy referendum wskazują na ceny biletów komunikacji miejskiej, opłaty za odpady, zmiany w Obszarze Płatnego Parkowania i inne koszty usług, z których krakowianie korzystają na co dzień. W ich ocenie mieszkańcy płacą coraz więcej, podczas gdy miasto nie przedstawiło wystarczająco przekonującego planu naprawy finansów.
W przypadku komunikacji miejskiej szczególnie mocno wybrzmiały słowa prezydenta, że miasto „nie wycofa się z podwyżki cen biletów”. Dla krytyków była to zapowiedź przerzucenia kosztów funkcjonowania miasta na pasażerów. Późniejsza korekta taryfy, korzystniejsza dla stałych użytkowników komunikacji i posiadaczy Karty Krakowskiej, została przez inicjatorów referendum odebrana jako efekt społecznej presji.
Miasto tłumaczy, że transport publiczny, odbiór odpadów, energia, utrzymanie dróg i usługi komunalne kosztują dziś więcej niż kilka lat temu. Według urzędu podwyżki nie są celem samym w sobie, lecz próbą utrzymania jakości usług i bilansowania systemów. W przypadku śmieci władze wskazywały, że przez kilka lat opłata nie była zmieniana, a koszty systemu znacząco wzrosły. W sprawie parkowania miasto podkreślało, że celem zmian jest porządkowanie przestrzeni i zwiększenie rotacji miejsc, szczególnie w centrum.
Także tutaj widać dwa przeciwstawne spojrzenia. Dla inicjatorów referendum podwyżki stały się symbolem władzy, która zbyt łatwo sięga do kieszeni mieszkańców. Dla miasta — elementem trudnego bilansu między kosztami usług, oczekiwaniami mieszkańców i odpowiedzialnością za budżet.
Parkowanie: korekta czy dowód presji?
Osobnym punktem spornym stały się zmiany w Obszarze Płatnego Parkowania. Od 31 stycznia 2026 roku zmieniły się godziny obowiązywania opłat, a w podstrefie A zaczęły one obowiązywać także w niedziele. Dla mieszkańców centrum, osób dojeżdżających do pracy, przedsiębiorców i kierowców spoza Krakowa była to kolejna decyzja podnosząca koszty codziennego funkcjonowania w mieście.
Później pojawiła się korekta: posiadacze Karty Krakowskiej zostali zwolnieni z opłat za postój w niedziele w podstrefie A. Inicjatorzy referendum odczytali to jako dowód, że presja mieszkańców i kampania referendalna zmuszają władze do wycofywania się z części kontrowersyjnych rozwiązań. Miasto przedstawia tę samą decyzję inaczej: jako przykład słuchania mieszkańców i gotowości do poprawiania rozwiązań, które w praktyce wymagają korekty.
Ten wątek dobrze pokazuje istotę całego sporu. Dla jednej strony korekty są reakcją wymuszoną przez referendum. Dla drugiej — naturalnym elementem zarządzania miastem, w którym decyzje można poprawiać, jeśli pojawiają się uzasadnione argumenty mieszkańców.
SCT: najgorętszy spór tej kadencji
Strefa Czystego Transportu stała się jednym z najmocniejszych symboli referendum. Dla inicjatorów to przykład decyzji kosztownej, narzuconej z góry i budzącej poważne wątpliwości prawne. Krytycy wskazują, że SCT dotyka kierowców, przedsiębiorców i osób dojeżdżających do Krakowa z gmin ościennych. Przypominają też protesty, ostrą debatę w mediach społecznościowych oraz nieformalny „ruch oporu” wobec oznakowania strefy.
Zarzuty dotyczą nie tylko polityki transportowej, ale też prawa. Uchwałę zaskarżył m.in. wojewoda małopolski, który skierował sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Wskazywano m.in. na wątpliwości dotyczące zasady równości i proporcjonalności ograniczeń. Po wyroku WSA sprawa nie została zamknięta, ponieważ wojewoda złożył skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Dla inicjatorów referendum to dowód, że uchwała budzi poważne zastrzeżenia.
Miasto odpowiada, że SCT nie była pomysłem nagłym ani zaskoczeniem. Władze wskazują, że wcześniejsze regulacje dotyczące strefy zostały przyjęte jeszcze przed obecną kadencją, a nowa uchwała miała uporządkować sytuację, przesunąć termin wejścia w życie strefy i wprowadzić szersze zwolnienia dla mieszkańców. Na stronie „Kraków w dobrym kierunku” miasto podkreśla też, że założenia SCT zostały zliberalizowane względem pierwotnego projektu, a wymóg wprowadzenia strefy wynika z przepisów i polityki antysmogowej.
Władze Krakowa zwracają uwagę, że wojewoda nie stwierdził nieważności uchwały w trybie nadzorczym, lecz skierował sprawę na drogę sądową. Według miasta oznacza to, że spór dotyczy konkretnych zapisów i szczegółów, a nie samego prawa Krakowa do wprowadzania rozwiązań ograniczających emisje z transportu. Urząd podkreśla też, że proponował korekty: m.in. dojazd do parkingów Park & Ride, rozwiązania dla osób w trudnej sytuacji, sprzedawców dojeżdżających do placów targowych i przedsiębiorców z siedzibą w Krakowie.
W tym sporze ścierają się więc dwie wartości. Po jednej stronie jest prawo do czystego powietrza, zdrowia publicznego i ograniczenia emisji. Po drugiej — obawy o koszty, sprawiedliwość zasad i dostęp do miasta. Dlatego SCT stała się paliwem referendum: dla jednych to konieczny krok cywilizacyjny, dla innych dowód, że władze przestały słuchać części mieszkańców.
Żłobki, przedszkola i rodziny
Kolejnym punktem spornym są dotacje dla żłobków, klubów dziecięcych, dziennych opiekunów i przedszkoli niesamorządowych. Inicjatorzy referendum wskazują, że obniżenie dopłat może przełożyć się na wzrost opłat dla rodziców. W przypadku żłobków stawka dotacji w 2026 roku została obniżona względem 2025 roku: z 3,50 zł za godzinę opieki do 2,90 zł, a od 1 września — do 1,90 zł.
Podobne emocje wzbudził spór o dotacje dla przedszkoli niesamorządowych. Sesja Rady Miasta poświęcona tej sprawie była burzliwa, a na miejscu pojawili się przedstawiciele placówek i rodzice. W debacie padały argumenty, że niższe dotacje mogą oznaczać podwyżki, ograniczenie oferty albo konieczność szukania miejsc dla dzieci dalej od domu. W późniejszych miesiącach dyrektorzy przedszkoli niesamorządowych ostrzegali, że przyjęty sposób finansowania pogarsza sytuację placówek.
Miasto odpowiada, że przez lata Kraków utrzymywał bardzo wysokie dotacje dla placówek niesamorządowych, wyższe niż ustawowy standard. Z perspektywy urzędu obecne zmiany są próbą uporządkowania systemu i racjonalizacji wydatków w sytuacji niżu demograficznego oraz dostępności miejsc w placówkach samorządowych. Władze podkreślają, że własna sieć miejskich przedszkoli powinna być priorytetem: to placówki z doświadczoną kadrą, publicznym standardem i dostępem bez komercyjnych opłat.
W odpowiedzi na zarzuty dotyczące przedszkoli miasto opublikowało również stanowiska w sekcji „Opinie, stanowiska, polemiki”. Zastępczyni prezydenta Maria Klaman odpierała m.in. zarzut dotyczący rzekomej likwidacji ponad tysiąca miejsc w przedszkolach samorządowych, wskazując, że ostateczna liczba oddziałów będzie znana dopiero po zakończeniu wszystkich etapów naboru, a szkolenia dla dyrektorów nie mają związku z referendum.
Tu również widać dwie perspektywy. Rodzice i placówki niesamorządowe obawiają się, że skutki oszczędności odczują na własnych budżetach. Miasto odpowiada, że musi patrzeć na cały system: publiczne placówki, demografię, standard edukacji i odpowiedzialne wydawanie pieniędzy.
Obietnice wyborcze: tempo zmian czy rozczarowanie?
Inicjatorzy referendum przypominają, że Aleksander Miszalski w kampanii wyborczej składał liczne obietnice programowe. W materiałach referendalnych wymieniane są m.in. roczny bilet dla studentów za 365 zł, bon na kulturę, bon sportowy, program „Pokonaj depresję” dla młodzieży, Centrum Rzemiosła Tradycyjnego, nowe akademiki, publiczne toalety w parkach, rozwiązanie problemu „więźniów czwartego piętra” i rozbudowa systemu defibrylatorów.
Zdaniem inicjatorów wiele z tych zapowiedzi nie zostało zrealizowanych albo zostało wdrożonych tylko częściowo. Ich pytanie brzmi: czy wyborcze obietnice były realnym planem działania, czy zbiorem haseł dobrze brzmiących w kampanii? Ten zarzut jest szczególnie istotny, bo Aleksander Miszalski wygrał wybory jako kandydat zmiany po wieloletnich rządach Jacka Majchrowskiego.
Miasto odpowiada własnym bilansem. Na stronie „Kraków w dobrym kierunku” oraz w oficjalnym podsumowaniu dwóch lat prezydentury urząd wskazuje, że wiele projektów już ruszyło, a najważniejsze inwestycje są w przygotowaniu. Krakow.pl podaje, że ostatnie dwa lata to czas zakończonych remontów chodników, nowych parków, centrów opieki wytchnieniowej, budowanych żłobków, inwestycji drogowych i zaawansowanych prac projektowych przy kluczowych inwestycjach, w tym metrze.
Według miasta problem polega więc nie na braku działań, lecz na tym, że duże zmiany wymagają czasu, procedur, finansowania i współpracy z partnerami zewnętrznymi. Krytycy odpowiadają, że mieszkańcy głosowali na zmianę i mają prawo oczekiwać jej szybciej. To spór o tempo, widoczność efektów i cierpliwość wobec prezydentury, która jest dopiero w połowie kadencji.
Metro: wielka inwestycja i obawy dzielnic
Metro jest jednym z najważniejszych punktów sporu. Inicjatorzy referendum przypominają, że w kampanii była mowa o wbiciu pierwszej łopaty w 2028 roku, a dziś pojawiają się późniejsze terminy. Wskazują też, że mieszkańcy oczekują realnego harmonogramu i wiarygodnego finansowania.
Szczególne emocje wywołał wątek Klinów. Mieszkańcy tej części miasta czekali na tramwaj, którego koncepcja była konsultowana. Po ogłoszeniu kierunku prac nad metrem pojawiły się informacje, że projekt tramwaju nie będzie dalej rozwijany w dotychczasowej formule, m.in. ze względu na dublowanie z przyszłą trasą metra. Dla mieszkańców była to trudna decyzja, bo tramwaj wydawał się bliższą i bardziej realną inwestycją.
Podobne obawy pojawiły się w Bronowicach, które były ujęte w wcześniejszej koncepcji premetra, oraz na Złocieniu, gdzie mieszkańcy czekają na poprawę komunikacji. Krytycy pytają, czy metro nie zablokuje finansowo innych potrzebnych inwestycji szynowych — mniejszych, ale pilnych i ważnych dla codziennego życia dzielnic.
Miasto odpowiada, że Kraków potrzebuje transportu zaprojektowanego nie tylko na najbliższe lata, ale na dekady. W oficjalnych materiałach podkreśla, że metro ma spiąć ważne części miasta, odciążyć obecny układ komunikacyjny i stać się osią przyszłego systemu transportowego. Według miasta budowa tramwaju w miejscu, gdzie planowana jest docelowa trasa metra, mogłaby za kilka lat zostać uznana za brak perspektywicznego myślenia i niegospodarne wydawanie środków.
To jeden z najtrudniejszych tematów, bo obie strony dotykają realnego problemu. Mieszkańcy Klinów, Bronowic i Złocienia potrzebują poprawy komunikacji teraz. Miasto przekonuje, że metro jest rozwiązaniem systemowym, ale jednocześnie musi pokazać, jakie działania przejściowe poprawią codzienny transport zanim największa inwestycja zostanie zrealizowana.
Styl prezydentury i komunikacja
W manifeście inicjatorów referendum pojawia się także zarzut dotyczący stylu sprawowania urzędu. Krytycy wskazują, że prezydent miasta pełni funkcję reprezentacyjną i symboliczną, a jego aktywność w mediach społecznościowych, w tym filmy o rozrywkowym charakterze, godzą w powagę urzędu.
Miasto odpowiada, że krótkie formy wideo i media społecznościowe są dziś normalnym narzędziem komunikacji administracji publicznej. Według urzędu ich celem jest wyjaśnianie decyzji i docieranie do mieszkańców, którzy nie śledzą tradycyjnych kanałów informacyjnych. Tym bardziej, że te materiały nie ukazują się w oficjalnych kanałach miasta ale w mediach prezydenta Aleksandra Miszalskiego — na jego prywatnej stronie. W oficjalnej narracji prezydentura Miszalskiego ma być bardziej otwarta i bezpośrednia, czego symbolem są m.in. „Ławki Dialogu”.
Kadry, konkursy i zarzut „kolesiostwa”
Jednym z bardziej wrażliwych wątków jest polityka kadrowa. Inicjatorzy referendum nie wymieniają nazwisk, ale piszą o decyzjach personalnych, które ich zdaniem budzą wątpliwości co do merytokracji i równego dostępu do służby publicznej. W debacie publicznej ten zarzut został połączony z szerszą narracją o „epidemii kolesiostwa”.
W mediach pojawiały się m.in. sprawy zatrudnienia Szczęsnego Filipiaka w Krakowskim Holdingu Komunalnym, konkursu na miejską rzeczniczkę praw ucznia oraz umów dotyczących obsługi prawnej. Krytycy wskazują, że po wyborach osoby związane z Platformą Obywatelską i Koalicją Obywatelską zaczęły obejmować stanowiska w urzędzie, jednostkach i spółkach miejskich.
Miasto odpowiada, że obsada stanowisk w Urzędzie Miasta Krakowa odbywa się w drodze otwartych konkursów, informacje o naborach są publikowane w BIP, a kandydaci przechodzą procedury oceny kompetencji. Urząd podkreśla, że członkostwo w partii nie jest kryterium rekrutacyjnym, ale samo zaangażowanie publiczne nie może też automatycznie wykluczać kogoś z pracy w administracji.
W tym sporze najważniejsze jest zaufanie. Dla krytyków kolejne medialne doniesienia są dowodem na partyjne zawłaszczanie miasta. Dla władz Krakowa — atakiem politycznym, który nie dostrzega, że w naborach uwzględniane są formalne procedury i kompetencje kandydatów.
Wiarygodność i standardy etyczne
Najbardziej osobisty zarzut dotyczy wiarygodności Aleksandra Miszalskiego. Inicjatorzy przypominają sprawę spółki, w której miał być wspólnikiem jeszcze jako radny Krakowa i przewodniczący komisji zajmującej się turystyką, a która — według medialnych doniesień — prowadziła interesy z miastem. W manifeście pojawia się też wątek wsparcia z tarcz antycovidowych dla spółek związanych z Miszalskim. Autorzy zaznaczają, że nie zarzucają prezydentowi złamania prawa, ale stawiają pytanie o standardy etyczne.
Władze i otoczenie prezydenta odpowiadały wcześniej, że nie doszło do konfliktu interesów w sensie prawnym, a wszystkie działania odbywały się zgodnie z przepisami. W sprawie tarcz antycovidowych Miszalski tłumaczył, że pomoc publiczna dla firm została rozliczona, a jego krytyka rządowych tarcz dotyczyła sposobu ich przygotowania i skali, nie samej zasady wsparcia przedsiębiorców. W innym, późniejszym sporze dotyczącym dotacji z KPO prezydent zapowiedział kroki prawne wobec zarzutów, które uznał za nieprawdziwe.
Dialog z mieszkańcami
Jednym z głównych haseł kampanii Aleksandra Miszalskiego była zmiana stylu zarządzania miastem i większe otwarcie na mieszkańców. Inicjatorzy referendum twierdzą jednak, że wiele decyzji nadal zapada bez wystarczającego dialogu albo mimo głosów sprzeciwu. Przykładem mają być SCT, parkowanie, dotacje czy zmiany w planach komunikacyjnych.
Miasto odpowiada, że dialog z mieszkańcami stał się jednym z kluczowych elementów obecnej prezydentury. Odbyło się już ponad 40 „Ławek Dialogu”, a zliczając spotkania dzielnicowe, uczniowskie, senioralne i online — około 50. Trzeba jednak dodać, że wiele z nich odbywało się już w czasie narastającego sporu referendalnego, co dla zwolenników prezydenta jest dowodem aktywnego słuchania mieszkańców, a dla krytyków — próbą odbudowy zaufania w kampanii.
Tu problemem jest różnica między „wysłuchaniem” a „spełnieniem oczekiwań”. Miasto może prowadzić konsultacje i spotkania, ale jeśli decyzja końcowa jest inna niż oczekiwania części mieszkańców, pojawia się zarzut pozorności dialogu. Władze odpowiadają, że samorząd musi godzić sprzeczne interesy: mieszkańców różnych dzielnic, pieszych, kierowców, rowerzystów, rodziców, przedsiębiorców i pasażerów komunikacji publicznej.
Dwa różne spojrzenia na te same dwa lata
Inicjatorzy referendum mówią: mieszkańcy powinni odzyskać kontrolę nad miastem i rozliczyć władzę przed końcem kadencji. Wskazują na rosnące koszty życia, zadłużenie, SCT, metro, dotacje, kadry i niespełnione obietnice. Ich zdaniem skala problemów uzasadnia sięgnięcie po referendum — jedno z najważniejszych narzędzi demokracji lokalnej. Jednym z haseł jest: "Odzyskajmy miasto".
Miasto odpowiada: Kraków jest w trakcie zmian, których nie da się przeprowadzić bez trudnych decyzji. Władze wskazują na inwestycje osiedlowe, zielone projekty, nowe żłobki, remonty, prace nad metrem, pozyskiwanie środków zewnętrznych i nowe narzędzia dialogu. W miejskiej narracji dwa lata to początek porządkowania spraw, które narastały przez długi czas.
Dlatego referendum 24 maja będzie nie tylko głosowaniem nad prezydentem i Radą Miasta. Będzie też oceną dwóch narracji o Krakowie. Pierwsza mówi, że miasto idzie w złym kierunku i trzeba zatrzymać obecne władze przed końcem kadencji. Druga — że zmiany już się zaczęły, ale wymagają czasu, stabilności i dokończenia rozpoczętych procesów.
Ostateczna decyzja należy do mieszkańców. To oni odpowiedzą, czy chcą odwołania prezydenta i Rady Miasta, czy wolą, aby obecne władze dokończyły kadencję. Niezależnie od tego, którą stronę sporu uznają za bardziej przekonującą, referendum będzie ważnym testem zaufania, cierpliwości i oczekiwań wobec Krakowa po dwóch latach nowej prezydentury.



















