środa, 4 sierpnia 2021 17:21

„Wszystkie moje medale są u mojej mamy w domu, więc pewnie ten też tam zawiśnie”. Olimpijskie srebro dla Jolanty Ogar-Hill

Autor Mirosław Haładyj
„Wszystkie moje medale są u mojej mamy w domu, więc pewnie ten też tam zawiśnie”. Olimpijskie srebro dla Jolanty Ogar-Hill

Pochodząca z Łysej Góry Jolanta Ogar-Hill i Agnieszka Skrzypulec zdobyły srebrny medal na Olimpiadzie w Tokio w żeglarskiej klasie 470.

4 sierpnia 2021 r. zapisze się w pamięci kibiców sportowych jako data zdobycia kolejnego, tym razem srebrnego medalu na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio. Na podium znalazły się żeglarki, Jolanta Ogar-Hill i Agnieszka Skrzypulec, które po wielodniowym boju w ostatnim, rozgrywanym w środę rano wyścigu zajęły 4. miejsce, co dało im ostatecznie olimpijskie srebro.

Polskie żeglarki zafundowały kibicom prawdziwy rollercoaster emocji. Przez 6 z 11 wyścigów znajdowały się na prowadzeniu, ale po dwóch kolejnych dniach ścigania spadły na drugie, a następnie trzecie miejsce. W ostatnich regatach, które decydowały o medalach Polski, poradziły sobie bardzo dobrze, kończąc wyścig na 4. miejscu, co w klasyfikacji generalnej dało im drugą lokatę. Lepsze okazały się tylko Brytyjki - Hannah Mills i Eilidh McIntyre.

Z Jolantą Ogar-Hill na gorąco porozmawialiśmy o zdobyciu srebra.

Pani Jolanto, pierwsze emocje już opadły?

– Jeszcze nie… Dopiero co wróciłyśmy do hotelu, także emocje dalej są. Ciężko nam z Agnieszką uwierzyć w nasz sukces. Jeszcze w to nie dowierzam, że mamy srebrny medal. Może ta świadomość przyjdzie jutro, a może pojutrze. Na razie emocje cały czas buzują w nas, jesteśmy po prostu przeszczęśliwe.

Zdążyła się pani podzielić radością z bliskimi?

–  Tak, zdążyłam, aczkolwiek to była bardzo krótka rozmowa, bo czekało na nas dużo obowiązków po zdobyciu medalu – ceremonia, później była jeszcze kontrola antydopingowa, konferencja prasowa… Było tego naprawdę dużo, także szybciutko zadzwoniłam do moich najbliższych, żeby się podzielić radością, wszyscy trzymali kciuki. Oczywiście były łzy radości. Podejrzewam, że może jutro rano będziemy mieli okazję, żeby dłużej porozmawiać.

Czy chciałaby Pani komuś zadedykować to zwycięstwo?

– Nie myślałam w ten sposób, żeby komuś dedykować to zwycięstwo, aczkolwiek bardzo bym chciała, żeby ci wszyscy młodzi ludzie, którzy uprawiają sport, którzy marzą o tym, aby pojechać na igrzyska, żeby wiedzieli, że marzenie się spełniają. Że nie trzeba pochodzić z wielkiego miasta albo mieć bardzo dużo pieniędzy, by osiągnąć sukces. Sama pochodzę z małej miejscowości, z Łysej Góry, gdzie nasza wieś się liczy zaledwie 2000 mieszkańców – i się udało. Marzenia się spełniają. Marzyłam o tym medalu jako dziecko i teraz w wieku dorosłym, po ciężkiej pracy i nie poddawaniu się, mam ten medal w ręce. To jest bardzo, bardzo ważnym przesłaniem, żeby się nigdy nie poddawać, dążyć do celu.

Można powiedzieć, że zafundowałyście panie kibicom prawdziwy rollercoaster. Najpierw 1. potem 2., a jeszcze później 3., ostatecznie jest srebro. Mogłaby pani na gorąco skomentować nie tylko ostateczny wynik, ale też wcześniejsze wyścigi?

– Żeglarstwo jest takim sportem, że to nie jest jeden skok, jeden bieg, jeden rzut. Wyścigów, jak można zauważyć, jest aż 11. Jest to 8 dni ścigania, więc oczywiście byłyśmy bardzo zadowolone z tego, jak rozpoczęłyśmy te zawody, te regaty. Aczkolwiek jesteśmy już na tyle doświadczone, że zdawałyśmy sobie sprawę z tego, iż są przypadki, że ktoś bardzo dobrze zaczyna, a później nie mieści się nawet do pierwszej dziesiątki. Także starałyśmy się utrzymywać koncentrację każdego dnia, nie myśleć o tym, że jesteśmy liderkami. Traktowałyśmy każdy dzień jako nowe wyzwanie, każdy wyścig jako nową historię i tak do tego podchodziłyśmy. A to, że raz byłyśmy na pierwszym, raz na 3. i później skończyliśmy na drugim miejscu, to właśnie jest to piękno żeglarstwa. Trzeba walczyć do końca i trzeba być skupionym na każdym wyścigu, bo każdy punkt jest cenny. To jest 8 dni ścigania, to jest walka ze swoimi słabościami, jeśli chodzi o fizyczność – jest ogromne zmęczenie fizyczne, trzeba to unieść też psychicznie, bo różne dni się zdarzają. Nam się zdarzył jeden gorszy dzień i trzeba było o nim zapomnieć, przygotować się do wyścigu medalowego. Także to jest bardzo dużo emocji, ale w ostatecznym rozrachunku wydaje mi się, że dosyć dobrze sobie poradziłyśmy.

Czuje pani niedosyt?

– Nie. Nie ma niedosytu. Przegrałyśmy tylko z Brytyjkami. Hannah Mills to jest już podwójna mistrzyni olimpijska, jest srebrną medalistką z Londynu. Znamy się bardzo dobrze i wiemy, że to jest załoga, która pływa wyśmienicie i tylko czekała na nasze potknięcie, wykorzystała je bardzo dobrze. My walczyłyśmy o ten medal do końca. Także jest srebro, ale smakuje jak złoto.

Co, pani zdaniem, jest najtrudniejsze w żeglarstwie?

– W żeglarstwie trudne i zarazem piękne jest to, że trzeba być sprawnym na wszystkich poziomach. Trzeba być dobrze przygotowanym fizycznie, dobrze przygotowanym merytorycznie i mieć troszeczkę szczęścia. Ale to ostatnie nie jest decydujące, bo zazwyczaj wygrywają regaty ludzie, którzy mają wygrywać. Jeśli się dobrze czyta wiatr i dobrze czuje akwen, to mówi się, że szczęście sprzyja lepszym, ale w tym sporcie nie ma to aż takiego znaczenia. Raczej bym tak o tym nie mówiła. Owszem, można mieć szczęście, wygrać dzięki niemu może jeden wyścig, ale to wszystko. Tutaj na każdym poziomie trzeba być bardzo skoncentrowanym i skupionym, czy to jest praca fizyczna, czy praca umysłowa, bo żeglarstwo pięknie łączy te dwa poziomy.

Pani droga do żeglarstwa nie była oczywista – zaczynała pani jako siatkarka. Co sprawiło, że jednak zdecydowała się pani na tę dyscyplinę?

– To był tak naprawdę czysty przypadek, ale też jestem osobą, która nie wierzy, że coś się dzieje bez przyczyny. Zawsze się coś dzieje po coś. Ze zmianą dyscypliny to była taka sytuacja, że mój doktor, który jest teraz doktorem kadry żeglarstwa, podczas jednego z badań w klinice powiedział mi: „Rzuć tę siatkówkę, tutaj jest żeglarstwo, piękny sport”. I, mówiąc w dużym skrócie, zgodziłam się. Rzuciłam wszystko, totalnie wywróciłam swoje życie do góry nogami, z siatkówki przeszłam na żeglarstwo, które bardzo mi się spodobało i tak już to kontynuuje 17 rok. Myślę, że to była taka intuicja, że ta decyzja, która dla patrzącego z boku wydaje się z boku być szalona i nieracjonalna, jest dobra. Intuicja podpowiadała mi: „Dlaczego nie?”. To jest taki specyficzny moment w życiu. Ktoś daje ci okazję, żeby spróbować zupełnie czegoś innego. Więc stwierdziłam, że jak chcę spróbować, że trzeba łapać okazję za nogi. Spróbowałam, spodobało mi się, więc myślę, że mogę powiedzieć, że ta decyzja była intuicyjna. To była tylko i wyłącznie intuicja, gdzieś pod brzuchem to czułam i wiedziałam, że będzie ona dobra.

Czy wcześniejsze doświadczenie, które zdobyła pani podczas uprawiania siatkówki, przydało się w żeglarstwie?

– Myślę, że tak. To przez to, że siatkówka jest konkurencją drużynową, zespołową. Dzięki temu nie miałam problemu, żeby się odnaleźć w drużynie dwuosobowej, także na pewno to mi pomogło. Można by pomyśleć, że żeglarstwo to sport dla samotników, ale są też załogi dwuosobowe i to, że siatkówka jest konkurencją zespołową, wiele mi dało.

Na sportowy sukces składa się wiele czynników. Z pewnością najwięcej zawdzięcza pani sobie, ale kto jeszcze stoi za pani sukcesem?

– Oczywiście, sukces sportowca to nigdy nie jest zero-jedynkowy i nie jest to wygrana tylko jednej osoby. I tak jest dokładnie w naszym przypadku. To jest sukces wielu osób, począwszy od rodziny (która nas wspiera i ma dla naszego sportu bardzo dużo tolerancji, bo wyjeżdżamy bardzo często i na bardzo długo), po Związek Żeglarski, cały sztab szkoleniowy. Na nasz sukces składa się praca wielu ludzi. Tak więc medal należy się naszym rodzinom i całemu naszemu sztabowi, który pracował bardzo ciężko przez okres naszych regat, za co jesteśmy mu razem z Agnieszką bardzo wdzięczne.

Co takiego sprawiło, że zdecydowałyście się panie wymienić Igę Świątek w podziękowaniach, które na gorąco padły po zdobyciu medalu?

– To, co nas łączy i z Igą Świątek to to, że mamy tego samego psychologa – Darię Abramowicz. Dlatego śledzimy swoje konkurencje i zawody. Wymieniłam na szybko Igę, bo pamiętam, że jak wygrała French Open, to zadzwoniłyśmy do Darii, żeby pogratulować i powiedzieć, iż Iga musi nas namaścić swoim złotym palcem, oczywiście w żartach. Ale jest też tak, że sukces goni sukces i taka dobra energia zawsze się przydaje. Także trochę tego jej blasku skradłyśmy, żeby trochę na nas spadło.

Jakie następne cele i plany?

– Na pewno teraz będzie odpoczynek. Wracamy do Polski dopiero 8 sierpnia, bo żeglarstwo jest takim sportem, że mamy tutaj trzy wielkie kontenery naszego związku, które musimy spakować. Będzie trochę odpoczynku i dopiero będziemy analizować, co dalej. Na razie jest chwila na cieszenie się medalem, a co będzie później, to zobaczymy. Najpierw trzeba odpocząć. Jeszcze nie rozmawiałyśmy o tym, jak długo to potrwa. Nie mamy sprecyzowanych dat, to się dopiero okaże. Wrócimy do Polski i zobaczymy.

Odwiedzi pani rodzinę w Łysej Górze?

– Jasne, że odwiedzę. Wszystkie moje medale są u mojej mamy w domu, więc pewnie ten też tam zawiśnie, także na pewno będą odwiedziny.

Fot.: UM Brzesko

Brzesko

Brzesko - najnowsze informacje