40 km w ciszy i samotności. W piątek ruszyła EDK

40 km w ciszy i samotności. W piątek ruszyła EDK

W piątek, 12 kwietnia, po raz kolejny z Miechowa wyruszy Ekstremalna Droga Krzyżowa. Skąd taka nazwa? Uczestnicy muszą nocą w milczeniu pokonać trasę minimum 40 kilometrów.

EDK to wydarzenie skupiające głównie osoby wierzące, ale organizatorzy na swojej stronie internetowej przekonują, że nie jest ważne to, „kim jesteś, ale to, kim możesz się stać. To wyzwanie dla ludzi, którzy szukają w życiu czegoś więcej – sensu i nowego pomysłu na siebie. To jest droga do spotkania ze swoją duszą. Z Bogiem”. Postanowiliśmy porozmawiać o tej inicjatywie z panem Patrykiem Manterysem, koordynatorem EDK rejonu Miechowskiego i ks. Jarosławem Raczakiem, rzecznikiem prasowym całego wydarzenia.

EDK staje się coraz bardziej popularna nie tylko w Polsce, ale i za granicami naszego kraju. Wytyczanych jest coraz więcej tras. Na czym, zdaniem księdza, polega fenomen EDK i o co, tak naprawdę w niej chodzi?

Jarosław Raczak: Fenomen EDK polega na tym, że jest to bardzo atrakcyjna forma przeżywania duchowości, a także samej drogi krzyżowej. Odbywa się ona w nocy, więc nie musimy mieć na to specjalnie wygospodarowanego czasu w ciągu dnia. EDK odbywa się w weekend, zazwyczaj z piątku na sobotę, więc mamy wtedy czas również następnego dnia, na odpoczynek. A co do tego, że EDK staję się coraz popularniejsze poza granicami naszego kraju, to myślę, że Polacy coś sprawdzili i dzielą się tym, co najlepsze. Za granicą EDK rozszerza się dzięki Polonii, ale nie zawsze, bo są też rejony obcojęzyczne (w tym roku mamy ich cztery). Jeśli jest tam Polak, to jest to ksiądz, ale są takie miejsce, gdzie nawet księża nie są Polakami. Największy sens EDK ma w ciszy, w skupieniu, w nocy i w podejmowaniu wyznania, któremu staramy się sprostać.

Patryk Manterys: Wydaje mi się, że jest to po prostu trochę inna forma nabożeństwa drogi krzyżowej, która towarzyszy chrześcijaństwu od wieków. Jest to współczesna forma połączona z wyzwaniem, bo jednak jest to duży wysiłek – do przejścia jest często ponad 40 km, czasami więcej. Są trasy, które mają, jeśli dobrze pamiętam, nawet 160 km. Więc jest to naprawdę duże wyzwanie. No i uważam, że sukces EDK wynika z tego, że ludzie tego obecnie potrzebują. Myślę, że to przez to, że nasze życie jest obecnie bardzo zabiegane, więc często brakuje nam czasu na to, żeby zastanowić się nad swoim życiem. Można powiedzieć, że EDK to jest taki dar, który możemy wykorzystać właśnie do tego. Te dwanaście, czy więcej godzin, które spędzamy na maszerowaniu, możemy przeznaczyć na to, żeby przemyśleć swoje życie i korzystając z rozważań drogi krzyżowej, dopasować się, swoją sytuację, do tego, co działo się 2000 lat temu. Uważam, że to jest właśnie ta tajemnica, która przyciąga coraz więcej ludzi.

Czy to wyzwanie polega na tym, że decydujemy się na wyjście w nieznane?

J.R.: Tak, wyzwanie polega na tym, że jest przed nami droga. Ta droga to jest wyjście w noc, gdzie mamy do pokonania około 40 kilometrów, więc jest to też zmaganie. To jest wyzwanie, które mamy do pokonania. Dojść do celu, dojść do końca drogi krzyżowej to podjęcie wyzwanie, w czasie którego może się coś wydarzyć w naszym życiu, np. możemy spotkać Boga. Myślę, że wiele rzeczy możemy też przemyśleć i przewartościować, doświadczyć czegoś zupełnie innego. Najważniejszym w tym wszystkim jest doświadczenie pana Boga.

Czy EDK można potraktować jako trening, rodzaj aktywności fizycznej?

J.R.: Myślę, że to jest jakiś punkt wyjścia, ale nie można ograniczyć się do jednego aspektu, czyli do strony fizycznej, dlatego że ona prowadzi nas do strony duchowej. Nasze ciało i dusza to jedno. Jesteśmy stworzeniami psychofizycznymi, ta dusza w nas pracuje. Nie można na człowieka patrzeć tylko fizycznie, albo tylko duchowo, trzeba to połączyć. To też działa w czasie EDK. Zmęczenie fizyczne prowadzi nas do otwarcia się na pana Boga. Jak przestajemy myśleć tylko o sobie, otwierają się ważne wartości na życie duchowe.

P.M.: Każdy ma jakieś swoje pobudki, czy intencje. Znam osoby, które idąc na EDK po prostu chciały się po prostu wyrwać z domu. Oczywiście są, poza EDK, maratony w których można wystartować, są też organizowane wyjścia nordic walking. Podejrzewam, że jeżeli ktoś potrzebuje się sportowo spełnić, to lepszym będą tego typu rzeczy. W przypadku EDK jest element nabożeństwa i wydaje mi się, że ludzie traktują to właśnie w ten sposób. Jako nabożeństwo, duchowe przeżycie i spotkanie z Bogiem, że podchodzą do tego bardziej w ten sposób, niż jako do wyzwania czysto sportowego. Choć niewykluczone, że są tacy, którzy chcą się pod kątem sportowym sprawdzić, ale jestem przekonany, że jest inny powód dla którego idą na EDK.

Panie Patryku, to już kolejna edycja EDK z Miechowa. Ile osób z regionu decyduje się na nocną wędrówkę?

P.M.: Z Miechowa idziemy trzeci raz. Są też trasy do Miechowa, które są dłuższe, i istnieją od pięciu, czy sześciu lat. My natomiast założyliśmy rejon w Miechowie trzy lata temu i za pierwszym razem było ok. piętnastu osób, w zeszłym roku było ok. trzydziestu. Podobna liczba osób jest już w tym roku zapisana, przy czym zwykle jest tak, że cześć osób zapisuje się w ostatni dzień, a część w ogóle się nie zapisuje, ale przychodzi i bierze udział w drodze krzyżowej. Spodziewam się ok. pięćdziesięciu osób w tym roku.

Wędrówkę ułatwiają opisy oraz specjalna aplikacja.

J.R.: Opisy przygotowuje zawsze koordynator rejonu. Jest on odpowiedzialny również za wgranie tego w aplikację. Potem nadchodzi taka noc, gdzie kilka tysięcy lub kilkadziesiąt tysięcy ludzi wychodzi z wirtualnego świata, w którym musieli się na EDK zapisać i idą realnie, w wędrówkę swojego życia.

Panie Patryku, Pan jest koordynatorem regionu miechowskiego. Na czym jeszcze polega Pana praca?

P.M.: Funkcja koordynatora regionu, którą pełnię, niesie za sobą pewne obowiązki. Jestem odpowiedzialny za to, żeby zebrać zespół, który pomoże mi wytyczyć trasy i sprawdzić je, tzn. przejść nimi nocą, poza terminem EDK. W ten sposób weryfikujemy, czy opis, który zrobiliśmy odpowiada stanowi faktycznemu, czy uczestnicy się nie pogubią. Poza tym nawiązuję współpracę z parafiami i osobami duchownymi, z racji tego, że EDK to świecka inicjatywa, a chcemy przed wyjściem w trasę uczestniczyć we mszy świętej. Ponadto zajmuję się kwestiami informacyjnymi, żeby pojawiły się ogłoszenia i ludzie dowiedzieli się, ze istnieje coś takiego jak EDK. Poza tym, jako koordynator, można powiedzieć, że dbam także o promocję, prowadząc stronę na Facebooku i odpowiadając na pytania ludzi, którzy kontaktują się z nami. Bardzo często są to osoby, które nie były na EDK i są ciekawi jak to wygląda, ponieważ kojarzą to z pielgrzymką.

O co ludzie najczęściej pytają?

P.M: Najczęściej są to pytania techniczno-organizacyjne, np. czy idziemy w grupie, czy można się dołączyć do jakieś grupy po drodze. Często jest tak, że na wyjście decydują się pojedyncze osoby i mają obawę, bo nie wiedzą, czy będąc samymi nie zgubią się. Oczywiście można iść w grupie. Często bywa tak, że tworzą się one na trasie samoistnie. Pamiętajmy jednak, że jest to droga, którą należy przebyć w milczeniu. Miałem nawet telefon od pani, która ma 68 lat i była bardzo chętna, żeby wybrać się w drogę. Pytała o różne kwestie związane z wyjściem na trasę.
Dla kogo jest EDK?

J.R.: EDK jest tak naprawdę dla każdego, kto się czuje na siłach i chce przeżyć taką formę duchowości. Dla starszych i dla młodszych, dla kobiet i dla mężczyzn. To jest męska duchowość, do której każdy jest zaproszony. Każdy, kto się czuje na siłach. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Jeśli ktoś nie ma dobrego zdrowia i boryka się z chorobami, musi to wziąć pod uwagę. Musi pamiętać, żeby nie porywał się na trasę, która ma 50 lub 80 kilometrów, bo to się może dla niego źle skończyć.

Czy coś się stanie, jeśli ktoś nie dojdzie do ostatniej stacji?

J.R.: Nie musi się z tego spowiadać (śmiech). Nie ukończenie drogi, to też jest przeżycie. Każdy dochodzi do punktu ograniczenia swoich możliwości, do punktu kulminacyjnego. Trzeba też stanąć w prawdzie przed samym sobą, że nie dam rady więcej. Nie ma co się zajechać na EDK, bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Każdy ma swój punkt przełomu, kiedy zaczyna doświadczać pana Boga. Dla kogoś to może być dwudziesty kilometr z czterdziestokilometrowej wędrówki. Trzeba wtedy jasno sobie powiedzieć: „Nie dam rady iść dalej, ale zrobiłem wszystko co w mojej mocy”. Niektórzy traktują to, jako lekcję pokory. Uświadamiają sobie, że nie są superbohaterami, nie potrafią wszystkiego zrobić, ale tym bardziej mają motywację na następny rok, żeby przejść. Nie można traktować tego w kategoriach porażki.

O czym należy pamiętać i co można poradzić ludziom wybierającym się na EDK w tym roku?

P. M.: Należy pamiętać przede wszystkim o tym, że jest są to trasy wymagające, nie tylko jeżeli chodzi o długość. Najczęściej prowadzą terenowo najtrudniejszą droga, nierzadko przez ciemny las, błoto, strome podejścia. Staramy się również, żeby droga przebiegała poza obszarami zamieszkałymi, żeby doświadczenie samotności było możliwe, żeby idący miał możliwość skupienia się na spotkaniu z Bogiem. Trzeba się też przygotować do tego fizycznie i też zabrać ze sobą takie najpotrzebniejsze rzeczy, o których piszemy na naszej stronie internetowej. Nie zapominajmy o jedzeniu, jest ono potrzebne, mimo, że jest to droga krzyżowa, ponieważ trzeba co jakiś czas spożywać posiłki. Pamiętajmy, że przy trasie czterdziestokilometrowej jest to ponad dwanaście godzin marszu i w tym czasie spala się kilka tysięcy kalorii. Trzeba mieć tego świadomość.

J. R.: Jeżeli miałbym coś doradzić uczestnikom, to otwarcia na działanie pana Boga, aby przekroczyli swoje ograniczenia i, najważniejsze, żeby stali się przez to piękniejszymi ludźmi.

Panie Patryku, z Miechowa wyruszają dwie trasy, pierwsza prowadzi z Bazyliki Grobu Bożego w Miechowie do Sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej w Czernej, a uczestnicy mają do pokonania trasę wynoszącą 61 km. Kolejna szlak, Trasa Brązowa Brata Alberta wiedzie do krakowskiego kościoła pod wezwaniem Brata Alberta. Jak przebiega wędrówka tymi szlakami? Czym się od siebie różnią?

P.M.: Trasa Brata Alberta, ponieważ trudno było znaleźć trasę, która byłaby pozbawiona terenów zamieszkałych, wiedzie przez mniejsze miejscowości. Większość stacji drogi krzyżowej zlokalizowana jest przy kościołach. Może bardziej atrakcyjna jest ta do Czernej, ponieważ prowadzi, jak policzyłem, przez siedem narodowych parków, bądź rezerwatów. Zazwyczaj na miejsce dociera się na drugi dzień w południe, bądź później, w końcu jest to 60 km. Końcówka trasy, ze względu na piękne tereny, jest niezwykle malownicza. Zwłaszcza o wschodzie słońca. Myślę, że można to potraktować jako nagrodę za trud, jaki się podjęło wybierając dłuższą trasę. Droga kończy się w sanktuarium do którego wiedzie więcej tras wychodzących m. in. z Krakowa i Krzeszowic, więc na końcu można spotkać sporo ludzi. Na zakończenie jest także wspólna msza święta.

Ile razy braliście brał udział w EDK?

J.R.: W Ekstremalnej Drodze Krzyżowej jestem ogólnie 4 lata, ale raz stan zdrowia nie pozwolił mi wyruszyć w trasę. W tym roku wyruszę po raz trzeci, tylko że ze względu na obowiązki, pójdę dopiero po świętach.

P.M.: W takim oficjalnym EDK będę piąty raz, ale kilka razy chodziłem poza wyznaczonym terminem. W sumie byłem 8 razy. Wydarzenie oficjalne jest raz w roku, ale wszystkie trasy są cały czas dostępne, więc w każdym momencie można prywatnie odbyć taka drogę krzyżową.

Panie Patryku, co daje Panu udział w EDK?

P.M.: Jest to czas, w którym można zrzucić z siebie wszystko, co się ma, wszystkie bieżące sprawy. Jest na tyle czasu, że mój mózg może się wygadać, oczyścić. Mogę przemyśleć wszystkie życiowe decyzje. Lubię w ten sposób wykorzystywać ten czas.

Czego życzy ksiądz uczestnikom Ekstremalnej Drogi Krzyżowej?

J.R.: Żeby spotkali Zmartwychwstałego na Wielkanoc.

Mirosław Haładyj


Fot.: Patryk Manterys

Zobacz też:

Warto żyć ekstremalnie – EDK z Kasinki Małej

Ekstremalna Droga Krzyżowa w Szczucinie

Porzucić strefę komfortu. Wywiad z Piotrem Ryńskim, liderem rejonowym Ekstremalnej Drogi Krzyżowej w Szczucinie.

Miechów - najnowsze informacje

Rozrywka