Informacje zamieszczane na tabliczkach pod niektórymi znakami drogowymi mają czasem aż ponad tysiąc liter, co odpowiada objętości sporego artykułu. Nawet najwięksi mistrzowie czytania nie dadzą rady w ułamku sekundy zapoznać się z długimi opisami, które często mogą mieć kluczowe znaczenie dla jazdy. Przy pomocy obszernych tekstów daje się wytyczne kierowcom nawet na autostradach. Zamiast skomplikowanych elaboratów, powinno się stosować proste symbole (piktogramy). Sytuacja jest częścią dużo szerszego problemu. Powszechnie panująca w Polsce „znakomania” pogarsza bezpieczeństwo, dużo kosztuje i psuje krajobraz.
Poziom czytelnictwa w Polsce jest niski, a wiele osób coraz rzadziej sięga po długie teksty. Można odnieść wrażenie, że drogowcy postanowili w tej sytuacji, popularyzować słowo pisane. Proste informacje często są przekazywane w skomplikowany sposób przy pomocy wielokrotnie złożonych zdań. Coś, co pewnie byłoby wysoko ocenione na kartkówce w szkole, mało się jednak sprawdza w sytuacji, gdy komunikacja musi być prosta i jednoznaczna. Złożoność opisów sprawia, że litery są bardzo małe. W wielu przypadkach, gdyby ktoś chciał przeczytać zamieszczoną informację, musiałby się zatrzymać na środku drogi i przez dłuższą chwilę stać. Zbyt duża ilość znaków i ich skomplikowanie sprawiają, że są one często traktowane jak dekoracja, co ma fatalny wpływ na bezpieczeństwo na drogach, bo ważne informacje giną w tłumie często kompletnie nieistotnych komunikatów.
Zagadka dla obcokrajowców
Tabliczki mają zazwyczaj kluczowe znaczenie dla kierowców. Informują, kto nie może dalej jechać, czy do jakich zakazów lub nakazów musi się stosować prowadzący. Często przekazują również inne ważne komunikaty. Opisowe informacje są niezrozumiałe dla obcokrajowców, którzy nie posługują się językiem polskim. Większość państw stara się, żeby oznakowanie było czytelne dla wszystkich użytkowników dróg. Polska pod tym względem nie wypada najlepiej. Można odnieść wrażenie, że stosowane w naszym kraju tabliczki pod znakami łamią ustalenia Konwencji wiedeńskiej o ruchu drogowym, która została stworzona, żeby ułatwić przemieszczanie się pomiędzy państwami, dzięki stosowaniu podobnych znaków. Choć międzynarodowe prawo dopuszcza wykorzystywanie takich dodatkowych oznaczeń, to powinny one być właśnie uniwersalne.
Jeden piktogram, zamiast wielu słów
Obecnie zarządcy dróg mogą stosować określoną w rozporządzeniu bardzo ograniczoną ilość symboli, które odnoszą się na przykład do rowerów czy ciężarówek. Pula dopuszczalnych piktogramów jest mała i wielu informacji nie da się w ten sposób przekazać. Stąd pojawiają się tekstowe opisy. Problem jest bardzo zauważalny w wielu miejscach na terenie Krakowa, ale dotyczy również większości polskich gmin. Podobne obrazki jak w naszym mieście można zobaczyć na ulicach w różnych zakątkach kraju. Uznałem, że warto zająć się tematem i w połowie marca w imieniu Fundacji „Można Lepiej!” złożyłem petycję do Ministerstwa Infrastruktury, z postulatem, aby długie opisy zastąpić prostymi symbolami. Wtedy na tablicy na przykład nie byłoby napisane, że zakaz obowiązuje w jakiś godzinach, a pojawiłby się po prostu symbol zegara. Można przecież wprowadzić też piktogramy oznaczające dni tygodnia, różne kategorie pojazdów, wjazd tylko dla mieszkańców danej strefy czy osób mających zezwolenie. Powinno się przyjąć zasadę, że zielony symbol na tabliczce pod znakiem oznacza kogo zakaz lub nakaz nie dotyczy, a czerwone grafiki mają odwrotne znaczenie. Łatwo dałoby się stworzyć prosty i klarowny system, którego kierowcy bardzo szybko by się nauczyli.
Inflacja znaków
Jak się wjeżdża do Polski, to rzuca się w oczy właśnie olbrzymia ilość znaków, których jest zdecydowanie więcej niż w sąsiednich krajach. Ciężko znaleźć miejsce, gdzie przy drogach byłoby umieszczanych tak dużo tablic jak w naszym kraju. Sytuacja doprowadziła do zupełnej inflacji znaków. Kierowcy przeciążani olbrzymią ilością komunikatów przestają na nie zwracać uwagę. Warto brać przykład z wielu państw, gdzie w prosty i klarowny sposób są przekazywane informacje na ulicach, a jak ktoś widzi znak to wie, że z jakiegoś ważnego powodu został postawiony. Być może, dzięki temu w tych krajach wypadków jest często dużo mniej niż u nas. „Znakomania” nie jest problemem, tylko kierowców, ale zwiększa zagrożenie dla innych uczestników ruchu drogowego, którzy mogą zostać poszkodowani, wskutek ignorowania przez prowadzących pojazdy ważnych ograniczeń czy ostrzeżeń.










![[21.04.2026] Chłodno, ale mniej deszczu. Mamy temperatury dla Małopolski na wtorek](https://cdn.glos24.pl/2026/04/peter89ba-wawel-3683040_1280_w300.webp)








