niedziela, 18 grudnia 2022 10:00

Psycholog: Pokolenie młodych rodziców jest zagubione i rozdarte. "Ojcowie uciekają w pracę, a mamy zostają bez pomocy"

Autor Mirosław Haładyj
Psycholog: Pokolenie młodych rodziców jest zagubione i rozdarte. "Ojcowie uciekają w pracę, a mamy zostają bez pomocy"

– Ewolucyjnie nie nadążamy za zmianami. Pokolenie "młodych rodziców" jest zagubione i rozdarte pomiędzy tak zwaną "starą szkołą" i "starym porządkiem", a tym, co jest nowe (wychowanie bez przemocy, ojcowie przy porodach, kobiety wracające szybko do pracy, równomierne rozłożenie obowiązków). Z tym, że to nowe, to tylko teoria. W momencie dużego obciążenia fizycznego i psychicznego oraz ogromnego zmęczenia młodzi rodzice sięgają po schematy wychowawcze wyniesione z domu i to często jest źródłem nieporozumień, zranień – mówi w rozmowie z Głosem24 Joanna Rumińska, psycholog i seksuolog. Jak zauważa, młodzi ludzie często mają problem z poproszeniem o pomoc swoich bliskich. – Mam wrażenie, że jest w nas zakorzenione to, iż prośba o pomoc kojarzy się ze słabością, z tym, że nie dajemy rady. Mamy pokolenie ojców herosów i matek w modelu Zosi Samosi… A jednocześnie najwyższy odsetek samobójstw.

Kryzys wywołany pojawieniem się dziecka dotyka coraz więcej par. Problem, który dla starszego pokolenia może wydawać się abstrakcyjny, staje się coraz częstszą przyczyną odwiedzin u specjalisty ludzi z młodszych pokoleń. Zdaniem psycholog i seksuolog Joanny Rumińskiej, problem jest naprawdę poważny: – Gdyby ta skala nie była duża, pewnie byśmy nie poruszali tego tematu. Na szkolenia z zakresu komunikacji czy seksualności młodzi rodzice, małżonkowi nie czekaliby kilka miesięcy, a do terapeutów również łatwiej byłoby się dostać. Wystarczy spojrzeć, jak w zastraszającym tempie rośnie skala rozwodów.

Zdaniem naszej rozmówczyni przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, a do najważniejszych należą często oderwane o rzeczywistości oczekiwania i wyobrażenia, z jakimi młodzi ludzie wchodzą w rodzicielstwo. – Reklamy telewizyjne, które pokazują szczęśliwą rodzinę - mamę, która jest pięknie ubrana, ma porządek w domu i uśmiechniętego bąbelka na rękach. Influencerki, które na swoich profilach w mediach społecznościowych pokazują piękne domy i uśmiechnięte dzieci... A pokazują tylko to, co jest ładne, miłe i przyjemne, często ukrywając, że za tym wszystkim stoi sztab ludzi (opiekunki, panie do pomocy w sprzątaniu, siłownia, cateringi dietetyczne) – zwraca uwagę specjalistka i dodaje: – Kiedy nakarmimy się takimi obrazkami, to w myślach tworzymy sobie wyobrażenia, jak będzie u nas. Niestety, rzeczywistość jest często inna i bardzo trudna, co również może prowadzić do poważnego kryzysu.

Z psycholog i seksuolog Joanną Rumińską, prywatnie żoną i mamą szóstki dzieci (w tym dwóch w niebie) a także miłośniczką muzyki klasycznej, czekolady i wartościowych rozmów, poruszyliśmy temat kryzysów, jakie przeżywają pary wchodzące w rodzicielstwo.

Joanna Rumińska/Fot.: archiwum prywatne
Joanna Rumińska/Fot.: archiwum prywatne

Pojawienie się dziecka w małżeństwie lub związku coraz częściej staje się przyczyną problemów. Dlaczego, pani zdaniem, tak się dzieje?
– Przyczyn jest wiele, podam te, z którymi spotykam się najczęściej w swojej pracy. Świat pędzi do przodu, zmieniając pozycje kobiet i mężczyzn oraz ich ról społecznych, rodzinnych. Ewolucyjnie nie nadążamy za zmianami. Pokolenie "młodych rodziców" jest zagubione i rozdarte pomiędzy tak zwaną "starą szkołą" i "starym porządkiem" (patriarchat, tresura, bicie, dzieci bez prawa głosu), a tym, co jest nowe (wychowanie bez przemocy, ojcowie przy porodach, kobiety wracające szybko do pracy, równomierne rozłożenie obowiązków). Z tym, że to nowe, to tylko teoria, którą świetnie znają, ale nie potrafią jej zastosować, bo mają inne schematy wyniesione z domu. W momencie dużego obciążenia fizycznego i psychicznego oraz ogromnego zmęczenia, teoria zostaje dalej teorią, a młodzi rodzice sięgają po schematy wychowawcze wyniesione z domu i to często jest źródłem nieporozumień, zranień. Ojcowie uciekają w pracę (a przecież tak bardzo chcieli pomóc - nie dali rady), a mamy zostają z całym obciążeniem same, bez pomocy i nic dziwnego, że z wycieńczenia wycofują się z relacji z mężem. To niepodołanie obowiązkom jest jasne i oczywiste, bo jedna osoba nie może przejąć obowiązków kilku osób, jest to nierealne.
Drugą, często podnoszoną kwestią, jest wirtualny świat i przekaz, który jest fikcją. Gwiazdy, które na wybiegu pojawiają się dwa tygodnie po porodzie, wyglądając jakby nigdy nie były w ciąży i nie rodziły. Reklamy telewizyjne, które pokazują szczęśliwą rodzinę - mamę, która jest pięknie ubrana, ma porządek w domu i uśmiechniętego bąbelka na rękach. Influencerki, które na swoich profilach w mediach społecznościowych, pokazują piękne domy i uśmiechnięte dzieci. A pokazują tylko to, co jest ładne, miłe i przyjemne, często ukrywając, że za tym wszystkim stoi sztab ludzi (opiekunki, panie do pomocy w sprzątaniu, siłownia, cateringi dietetyczne). Kiedy nakarmimy się takimi obrazkami, to w myślach tworzymy sobie wyobrażenia, jak będzie u nas. Niestety, rzeczywistość jest często inna i bardzo trudna, co również może prowadzić do poważnego kryzysu.
Kolejną kwestią są nasze wyobrażenia o partnerze/partnerce, które często zostają wyobrażeniami bez potwierdzenia. Próbujemy drugą połówkę wcisnąć w nasz schemat - obraz, który sobie stworzyliśmy, podczas gdy druga osoba za nic nie chce się tam wpasować. Jesteśmy tym sfrustrowani, bo wymyśliliśmy sobie coś innego, a druga strona jest zaskoczona, bo to, co słyszy nie ma i nigdy nie miało pokrycia w jej zachowaniu. W ten sposób mamy zgotowany kolejny kryzys.

Jak duża jest, pani zdaniem, skala zjawiska, o którym mówimy? Czy w swojej praktyce często spotyka się pani z tego typu przypadkami?
– Gdyby ta skala nie była duża, pewnie byśmy nie poruszali tego tematu. Książki oraz kursy o relacjach rodziców, partnerów, małżonków nie rozchodziłyby się, jak świeże bułeczki. Na szkolenia z zakresu komunikacji czy seksualności młodzi rodzice, małżonkowi nie czekaliby kilka miesięcy, a do terapeutów również łatwiej byłoby się dostać. Wystarczy spojrzeć, jak w zastraszającym tempie rośnie skala rozwodów.

Czy może pani na podstawie swojej praktyki stwierdzić, że istotnym problemem jest to, że osoby wchodzące w związek są niedojrzałe?
– Myślę sobie, że w dobie, kiedy macierzyństwo jest ciągle przesuwane w czasie i kobiety rodzą swoje pierwsze dzieci koło 30. roku życia, kiedy zawodowo i życiowo są już ustabilizowane, trudno tu mówić o niedojrzałości. Ale proszę mnie źle nie zrozumieć, oczywiście można być niedojrzałym w każdym wieku (śmiech).

Co więc sprawia, że trwanie w związku jest coraz trudniejsze?

Tutaj bardziej bym stawiała na problemy w komunikacji i przestawienia się z systemu "jestem sam/sama", na myślenie, że teraz jesteśmy we dwoje. A niesie to ze sobą wcale niemałe zmiany. Bo do tej pory wszystkie decyzje, nawet tak prozaiczne jak kupienie papieru toaletowego, robiliśmy sami. Po czym okazuje się, że w związku już to może rodzić nieporozumienia. No i tutaj zaczyna się problem, bo z różnych poradników, gazet czy programów, dowiadujemy się, że mamy myśleć o sobie, o swoim szczęściu. Ale jak to pogodzić z wizją szczęścia rozumianego przez naszego partnera czy partnerkę, która często jest inna od naszej? Jak pogodzić wolność w podejmowaniu decyzji, począwszy od tych najdrobniejszych, aż po te bardzo ważne, kluczowe? Zaczynamy czuć, że trzeba z czegoś zrezygnować, choć świat woła, że to prosta droga do nieszczęścia. Bo wolność w związku opiera się na codziennym, dobrowolnym wyborze tego, że chcemy właśnie z tą jedną, jedyną osobą spędzić całe życie, jednocześnie biorąc odpowiedzialność i ponosząc konsekwencje swojego wyboru. Kiedy wybieramy bycie razem to pewne kwestie naturalnie się układają. Problem w tym, że chcemy być razem przy zachowaniu wszystkich profitów bycia singlami i tu zaczynają się zgrzyty.

Na jakim etapie kryzysu pojawiają się u pani osoby z problemem, o którym rozmawiamy?
– To bardzo różnie bywa. Jednak jeszcze panuje takie przeświadczenie, że problemy rozwiązujemy sami. Więc duża ilość par często nie zdąży skorzystać z pomocy. Jednak u mniej najczęściej to panie przyprowadzają panów i zazwyczaj jest już bardzo źle. Często jedyna możliwość jakiejkolwiek rozmowy jest w gabinecie, poza nim para nie jest w stanie się komunikować bez zranień i kłótni.

Pytam, ponieważ zastanawiam się, czy terapia pomaga wszystkim i jest rozwiązaniem problemu, czy też zdarzają się przypadki, w których na pomoc jest za późno?
– Podjęcie terapii nie oznacza szczęśliwego rozwiązania problemów. Pytanie, co to znaczy za późno? Jeżeli spojrzymy na to w ten sposób, że podjęta terapia spowoduje, że będziemy w stanie się ze sobą dogadać w pokoju, nie raniąc się i nie krzycząc na siebie - to jest to tak naprawdę ogromny sukces. Ale ten sukces nie daje nam pewności, że związek przetrwa, bo może się okazać, że jednak nie jesteśmy w stanie funkcjonować w takim systemie, a nasz wybór był podyktowany nierealnymi wyobrażeniami. I wtedy szczęśliwym rozwiązaniem będzie zakończenie tego związku. Często, gdy mówię o tym parom na spotkaniu, to zapada konsternacja - ale jak to? Przecież przyszliśmy tu coś uratować albo zbudować. Kiedy rozumiemy, że sam rozwój komunikacji i słuchania drugiej osoby jest już dużą wartością, to wtedy to zdziwienie opada.

Czyli specjalista nie zawsze może pomóc.
Wracamy do pytania poprzedniego, co to znaczy nie udało się pomóc? Jeżeli potrafili dobrze się ze sobą skomunikować i rozstać się za obopólną zgodą w pełnym pokoju, to nie uważam tego za jakąś porażkę.
Myślę sobie, że pomóc nie można tylko tym parom, gdzie jeden z partnerów wchodzi w kłamstwo, nie mówi wszystkiego. Miałam dwa razy taką sytuację, gdzie mąż wysłał żonę. żeby się “naprawiła”. Okazało się, że miał chorobę dwubiegunową (przestał brać leki), co udało mu się ukryć przed ślubem i w trakcie małżeństwa przez krótki czas. Potem prawda wyszła na jaw. W drugim przypadku żona wysłała męża. Przychodzili przez jakiś czas razem, ale w terapii nie posuwali się do przodu. Potem okazało się, że ona decyzję o rozstaniu już podjęła i to o wiele wcześniej zanim przyszli do mnie. I była w niej tak zakleszczona, że nie chciał nic z tym zrobić.

Wracając do rodzicielstwa: co robić w chwili, kiedy czujemy, że dziecko wprowadza w nasze życie chaos? Czy od razu powinniśmy szukać pomocy?
– To ciekawe pytanie. Bo zastanawiam się, czy jest w ogóle taka możliwość, żeby dziecko nie wprowadzało chaosu do naszego życia. Chyba tak się nie da (śmiech). Mimo że mam doświadczenie z parami, które latami starają się o zajście w ciążę, czyli można powiedzieć, że są przygotowane do tego, co się stanie, to jednak odnoszę wrażenie, że do tej zmiany po prostu nie da się przygotować. To dlatego, że nowy człowiek jest na tyle nieprzewidywalny, iż trudno przygotować się do jakiegoś schematu.

Co zatem radziłaby pani osobom wchodzącym w rodzicielstwo lub planującym zostanie rodzicami?
– Można spróbować podejść do tej roli świadomie, bez oczekiwań, z łagodnością dla siebie i dla męża. Przygotować wioskę kobiet, które przyjdą posprzątać, ugotować obiad czy pobyć chwilę z maluszkiem, żeby mama mogła się zdrzemnąć czy wykąpać. To, że tata nie karmi, nie znaczy, że nie może wstawać w nocy, aby maluszka podać mamie, jeśli zakładamy, że dzidziuś nie będzie spał z nami. Po pracy tata może przejąć malucha, aby mama odespała. Nie nastawiać się na przyjmowanie gości zaraz po porodzie. Zapraszać można, ale na sprzątanie, gotowanie, odciążanie mamy. Na oglądanie malucha jeszcze przyjdzie czas, najpierw trzeba zająć się matką, by ta mogła dać swojemu dziecku wszystko, czego mu potrzeba. Prawdę mówiąc, jak oboje rodziców na równi wchodzi w opiekę i obowiązki, to są tak samo zmęczeni i zmienia się lista potrzeb. Ważne jednak w tym całym zawirowaniu jest to, żeby być w tym RAZEM jako małżeństwo.
Problem jest taki, że my nie potrafimy prosić o pomoc, mam wrażenie, że jest w nas zakorzenione to, iż prośba o pomoc kojarzy się ze słabością, z tym, że nie dajemy rady. Mamy pokolenie ojców herosów i matek w modelu Zosi Samosi… A jednocześnie najwyższy odsetek samobójstw.

Czy problemy, o których rozmawiamy, związane z byciem w związku i rodzicielstwem, są "jednorazowymi" sytuacjami związanymi z faktem pojawieniem się dziecka, czy też mogą powtarzać się one w przyszłości?
– Gdy odłożymy swoją relację małżeńską na "koniec", na czas po wychowaniu dzieci i opuszczenia przez nie domu rodzinnego, możemy bardzo się zdziwić, jak daleko oddaliliśmy się od siebie przez okres dorastania naszych pociech. I w sumie najbardziej odczuwają to małżeństwa, których dzieci wyszły z domu. Czasami okazuje się wtedy, i to boleśnie, że rodzice byli razem tylko dla dzieci, poza tym nic ich już nie łączy. Stąd ważne jest, aby o relację małżeńską dbać cały czas, nieważne, czy dzieci są małe, czy duże. Wraz z ich wzrostem zmienia się tylko jakość trudności, na jakie trafiamy, a nie ich ilość. Gdy dbamy o relację małżeńską/partnerską, szanujemy naszą odmienność, potrafimy porozumieć się, pomimo innych wizji na dany temat, to nie mamy się czego obawiać. Nie będzie dla nas żadnej trudności, z którą sobie nie poradzimy.

Nie będzie kryzysów?
– Pytanie o kryzys jest pytaniem trudnym, ponieważ kryzys niekoniecznie powinien kojarzyć się z czymś złym. Dzięki kryzysom się rozwijamy, bez nich stalibyśmy w miejscu. Gdy spojrzymy na to z tej strony, to tak naprawę można by do każdego kryzysu podchodzić z ciekawością i otwartością, co mi on da, co przyniesie - o ile lepszą osobą będę, gdy już się z nim uporam? Gdy nie ma w nas lęku, tylko ciekawość i uważność na drugą osobę, nic nie jest w stanie nas zatrzymać.

Zdrowie – zagrożenia i choroby - najnowsze informacje