czwartek, 22 stycznia 2026 13:00, aktualizacja godzinę temu

Miasto, które miało zniknąć z mapy. Jak Mongołowie złamali Sandomierz

Miasto, które miało zniknąć z mapy. Jak Mongołowie złamali Sandomierz

Zima 1259 roku była nienaturalnie cicha. Gdy mongolskie czambuły pojawiły się na traktach Małopolski, nikt nie spodziewał się, że jednym z głównych celów stanie się Sandomierz – jeden z najstarszych i najważniejszych ośrodków piastowskiej Polski. To, co wydarzyło się tam w 1260 roku, nie było jedną wielką bitwą ani heroiczną obroną znaną z legend. Była to metodyczna operacja zniszczenia, po której miasto już nigdy nie odzyskało dawnej pozycji.

Drugi najazd Mongołów na Polskę w latach 1259–1260 pozostaje w cieniu klęski pod Legnicą z 1241 roku. Niesłusznie. To właśnie wtedy Małopolska doznała ciosu, który na długie dekady zahamował jej rozwój, a Sandomierz stał się symbolem bezradności rozbitego dzielnicowo państwa.

Najazd bez wielkiej bitwy

W przeciwieństwie do pierwszego uderzenia Mongołów, drugi najazd nie był chaotycznym rajdem. Była to zaplanowana wyprawa karna, dowodzona przez doświadczonych wodzów Złotej Ordy – Burundaja i Telebogę. Celem nie było trwałe zajęcie ziem, lecz ich spustoszenie, zastraszenie ludności i demonstracja siły.

Polska nie była w stanie odpowiedzieć zorganizowaną obroną. Książę krakowski i sandomierski Bolesław V Wstydliwy nie podjął próby walnej bitwy, co historycy uznają za decyzję racjonalną. Obronę oparto na grodach i miastach. Jednym z nich był Sandomierz.

Nie doszło tu do jednej rozstrzygającej bitwy. Źródła mówią o serii potyczek, prób wyjścia rycerstwa w pole i o oblężeniu, które zakończyło się całkowitą klęską obrońców.

„Biada mi, miasto zranione”

Gdy w 1260 roku na Sandomierz spadł najazd mongolski, miasto zostało ogarnięte ogniem i krzykiem. Kronikarze i późniejsza Pieśń o Sandomierzu nie opisują bitwy zwycięskiej, lecz czas ostatecznej próby, w którym runęły mury, a ulice stały się miejscem rzezi. Miasto przemawia w pieśni jak wdowa opłakująca swoje dzieci — bezbronna, opuszczona, zdana jedynie na Boga.

W tej godzinie zagłady duchowni nie sięgnęli po broń, lecz po modlitwę i śpiew. Wedle przekazu dominikanie, z przeorem Sadokiem na czele, wyszli z klasztoru w procesji, niosąc krzyż i relikwie, śpiewając Salve Regina — pieśń zawierzenia Matce Bożej, śpiewaną zwykle na zakończenie dnia. Jej słowa: „Ad te clamamus, exsules filii Hevae” brzmiały wśród płomieni jak wyznanie losu miasta: wygnańców, skazanych, lecz ufających miłosierdziu Boga.

Mongolscy jeźdźcy uchodzili za jednych z najlepszych w średniowieczu/foto: Wikipedia 

Inni podjęli psalmy pokutne i hymn Te Deum, nie jako dziękczynienie za zwycięstwo, lecz jako akt wiary w chwili klęski. Śpiew nie uciszył krzyków ani nie zatrzymał mieczy, lecz stał się ostatnim głosem chrześcijańskiego Sandomierza — modlitwą zbiorową, która zastąpiła broń. Gdy pieśń urwała się pod ciosami, jej echo pozostało w pamięci miasta jako znak męczeństwa i duchowego bohaterstwa.

Twierdza z drewna

W połowie XIII wieku Sandomierz był ważnym ośrodkiem administracyjnym i kościelnym, ale jego fortyfikacje miały drewniano-ziemny charakter. W starciu z Mongołami, którzy potrafili prowadzić oblężenia i stosowali broń zapalającą, było to dramatycznie niewystarczające.

Część załogi próbowała aktywnej obrony. Rycerstwo wyszło z miasta, by stoczyć walkę w polu. Mongołowie zastosowali klasyczną dla siebie taktykę pozorowanego odwrotu, po czym rozbili oddziały polskie. Po odcięciu miasta od zaplecza zdobycie Sandomierza było już tylko kwestią czasu.

Po przełamaniu obrony doszło do rzezi. Kroniki podkreślają szczególnie los duchowieństwa – znaczna jego część miała zginąć, a kościoły zostały splądrowane i spalone, w tym kościół św. Jakuba. Miasto zostało niemal całkowicie zniszczone.

Zniszczyć i odejść

Mongołowie nie zamierzali utrzymywać kontroli nad Sandomierzem. Po grabieży i spaleniu ruszyli dalej, pustosząc kolejne obszary Małopolski. Terror był celem samym w sobie – miasto miało stać się ostrzeżeniem dla innych.

Skala strat była ogromna. Źródła nie pozwalają na precyzyjne oszacowanie liczby ofiar, ale jedno nie budzi wątpliwości: doszło do katastrofy demograficznej i załamania życia miejskiego. Zginęli nie tylko mieszkańcy, lecz także elity – duchowieństwo, urzędnicy, rzemieślnicy. Tych strat nie dało się szybko odrobić.

Halina Krępianka

Halina Krępianka (spotykana też pisownia Krempianka) była córką kasztelana sandomierskiego Piotra Krępy herbu Ostoja. Według legendy żyła w czasach najazdów tatarsko-mongolskich na Ziemię Sandomierską. Podczas drugiego najazdu w 1260 roku straciła wszystkich bliskich, w tym ojca, który dowodził garnizonem miasta. Jej życie od tego momentu naznaczone było tragedią i cierpieniem, ale również odwagą i determinacją.

W czasie trzeciego najazdu w 1287 roku Halina utraciła także męża. Postanowiła jednak pomścić swoich bliskich i ocalić Sandomierz. W porozumieniu z wójtem Wiktorem przedostała się do obozu Tatarów, podszywając się pod kobietę skrzywdzoną przez mieszkańców miasta. Zaproponowała wodzowi wrogów, że poprowadzi ich tajnymi, podziemnymi korytarzami do miasta, aby zyskać jego zaufanie.

Gdy Mongołowie ruszyli za Haliną, prowadziła ich długo ciemnymi, wąskimi przejściami. W tym czasie mieszkańcy Sandomierza zasypali wejścia do podziemi ciężkimi głazami, dzięki czemu całe wojsko najeźdźców zginęło. Halina również poniosła śmierć, poświęcając własne życie dla ratunku miasta. Jej legenda przetrwała wieki i jest upamiętniona w sgraffitach na trasie sandomierskich podziemi oraz związana z wąwozem Piszczele, gdzie odnajdywano szczątki poległych Tatarów.

Dlaczego Sandomierz się nie podniósł

Zniszczenie miasta było tylko początkiem problemów. Mongołowie spustoszyli także zaplecze osadnicze ziemi sandomierskiej – wsie, pola i szlaki handlowe. Bez nich miasto nie mogło funkcjonować.

Brama Opatowska w Sandomierzu/foto: Depositphotos

Równocześnie nastąpiło trwałe przesunięcie środka ciężkości Małopolski w stronę Krakowa. To tam koncentrowały się inwestycje, tam szybciej odbudowywano ludność i fortyfikacje. Sandomierz odbudowano, ale już jako ośrodek drugorzędny.

Murowane umocnienia i nowocześniejsza obrona pojawiły się zbyt późno, by odwrócić ten proces. Miasto przetrwało, lecz jego dawna rola polityczna i gospodarcza przepadła bezpowrotnie.

Lekcja krwi

Najazdy mongolskie zmieniły sposób myślenia o obronie w całej Polsce. Zaczęto inwestować w murowane zamki i lepiej planowane miasta. Była to jednak lekcja okupiona krwią takich ośrodków jak Sandomierz.

Dziś trudno wyobrazić sobie, że spokojne miasto nad Wisłą znalazło się kiedyś na krawędzi całkowitej zagłady. Zima 1260 roku pokazała jednak, że w średniowiecznej wojnie nie zawsze decydowała odwaga. Czasem wystarczała brutalna skuteczność – i przeciwnik, który dokładnie wiedział, gdzie uderzyć, by złamać opór jak najszybciej.

Mongołowie doskonale rozpoznawali słabe punkty obrony i nie prowadzili długich oblężeń, jeśli nie było to konieczne. Ich najazd na Małopolskę był szybki, bezwzględny i nastawiony na zastraszenie. Sandomierz, niemal pozbawiony skutecznych fortyfikacji, stał się tragicznym przykładem miasta, które zapłaciło najwyższą cenę za militarne zacofanie. Ta klęska na długo zapisała się w pamięci współczesnych i stała się impulsem do głębokich zmian w sposobie myślenia o obronności państwa.

Foto główne: Domena publiczna (Wikipedia)

Obserwuj nas w Google News

Małopolska - najnowsze informacje

Rozrywka