niedziela, 10 października 2021 22:50

O miłości, która przenosi góry - z Beatą Sabałą-Zielińską

Autor Edyta Sowa
O miłości, która przenosi góry - z Beatą Sabałą-Zielińską

W połowie października w Zakopanem rozpocznie się Festiwal "Inspirowane górami",  a ich siłę i wielkość zaprezentują nam ludzie z górami związani. Wydarzeniu patronuje nieżyjąca już zakopiańska para Ewa i Maciej Berbeka: malarka i himalaista, a przywołanie ich imienia jest dobrym momentem, aby poznać ten związek i wspomnieć miłość, która choć trudna, była bez granic.

Pisarka i dziennikarka Beata Sabała-Zielińska, kilka lat temu pisała o Ewie, żonie alpinisty, w swojej książce “Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak”. Znała też Maćka, i tym razem opowiada o nich jako parze. Przy okazji Festiwalu będzie też miała miejsce prapremiera jej nowej książki “TOPR 2. Nie każdy wróci”. Góry są piękne i mają moc która wciąga, czasem niestety na zawsze...

Przed nami Festiwal “Inspirowani Górami”, w którym bierze Pani udział jako gość, zaprezentuje Pani najnowszą książkę ( kolejną o tematyce górskiej)  “TOPR 2. Nie każdy wróci”. Skąd u Pani aż taka fascynacja górami?

– Nie nazwałabym tego fascynacją. Nie wspinam się, nie wychodzę gdzieś bardzo wysoko, nie mam potrzeby zdobycia każdego szczytu. Korzystam z Tatr w sposób umiarkowany, na ile pozawala mi czas i kondycja. Lubię wyskoczyć sobie na krótki spacer, najchętniej  w miejsca, które znam. Rzadziej planuję jakąś całodniową wycieczkę. Ale ludzie, którzy są górami zakręceni i są w nie wkręceni, bardzo mnie interesują. To, czego z nich szukają, jak budują  tę swoistą relację z przyrodą, jakie pokonują przeszkody. To jest dla mnie niezwykle ciekawe. Zresztą ludzie z pasją zazwyczaj są nietuzinkowi. Ich spojrzenie na świat często bywa zaskakujące, zwłaszcza, że patrzą na życie z perspektywy, której ja nie znam i, jeśli mówimy na przykład o himalaistach, nigdy nie poznam. Można powiedzieć, że słuchając ich historii, przez chwilę żyje ich życiem i to bywa naprawdę ciekawe.

„TOPR2. Nie każdy wróci” to książka pełna emocji – strachu, smutku i bólu. Czy Pani czuje te emocje, wtedy kiedy spotyka się Pani ze swoimi rozmówcami, kiedy prowadzi Pani często długi i trudne rozmowy?

– Oczywiście, że czuję. Rozmowy o śmierci, o stracie kogoś bliskiego, albo o byciu w bezpośrednim zagrożeniu życia,  wymagają dużego wyczucia. Dodatkowo, najczęściej jest tak, że poznaję moich rozmówców w momencie spotkania się z nimi. Często to spotkanie poprzedza tylko rozmowa telefoniczna, wobec tego siadam naprzeciwko obcych ludzi i właściwie od razu proszę ich o opowiedzenie najtrudniejszych rzeczy. To naprawdę nie jest łatwe, dla obu stron. I to, na ile ci ludzie się otworzą, jak dużo i szczerze opowiedzą o swoich uczuciach, zależy tak naprawdę od tego czy zdołam zbudować z nimi relację. Czy oni poczują, że mogą mi zaufać, bo przecież oddają w moje ręce, coś niezwykle cennego - bolesną część swojego życia. Nie mają przy tym pewności, co z nią zrobię. Dla mnie to duża odpowiedzialność. Czuję ją i jeśli coś spędza mi sen z powiek, to troska, żeby ich nie zawieść. Dlatego wszyscy moi rozmówcy po napisaniu tekstu, dostają go do autoryzacji. I zawsze liczę się z tym, że mogą się wycofać. Że mogą zmienić zdanie. Że mogą zwyczajnie nie chcieć, żeby ich zwierzenia poznały setki czytelników. I jeśli zdarza się taka sytuacja, muszę to uszanować.

Kilka lat temu postanowiła Pani napisać książkę o żonie himalaisty, Ewie Berbece. Ona i jej mąż Maciek, oboje już nieżyjący, zostali patronami festiwalu. Znała Pani i Ewę i Maćka osobiście, jaką byli parą?

– Bardzo się kochającą. Tworzyli dość skomplikowany związek, gdyby chcieć odnieść go do tak zwanej normy. Bo jeśli facet znika na kilka miesięcy i idzie w góry, które są bezwzględne, nieprzewidywalne  i najgroźniejsze z groźnych - to nie ma żadnego schematu, do którego można by się odnieść. Trzeba to sobie, po prostu, samemu poukładać w głowie, a przede wszystkim, należy sobie szczerze odpowiedzieć na pytanie: czy chcę i czy jestem w stanie być w takim związku? Ewa chciała i świetnie sobie radziła, choć oczywiście nie było łatwo. Czwórka dzieci, dom, ciężkie komunistyczne czasy - trzeba się było nieźle z tym życiem naszarpać. Ewa jednak nigdy nie narzekała. Nie tylko umiała zaakceptować ten stan rzeczy, ale i czuła się dumna, wiedząc że  jest częścią wielkiej historii. Bo niewątpliwie była, będąc dla Maćka wielkim wsparciem. Kochała go bezwarunkowo, rozumiała jego pasję i podkreślała, że trzymała dla niego najważniejsza bazę w życiu - dom.

Małżeństwo artystki - malarki i himalaisty to się może udać? Do tego dzieci, miano szczęśliwej rodziny, odniosła Pani wrażenie, że tak właśnie było?

– Nie tylko mogło się udać - po prostu się udało! Ewa i Maciek to były bratnie dusze. Ona artystka, ale przecież on także. Oboje po ASP. Ona po gdańskiej, on po krakowskiej. W życiu, w tym tu na dole, stworzyli wspólnie wiele projektów, wystaw, scenografii. Maciek bardzo Ewie pomagał, także wykorzystując swoje umiejętności wspinaczkowe, bo też ich projekty były nietuzinkowe. Byli niezwykle zgraną parą. Świetnie się uzupełniali. Kiedy jego nie było, ona była dla dzieci matką i ojcem. Kiedy on wracał, przejmował także jej obowiązki. „Jak już był, to był. Na sto procent”- mówiła Ewa. Czy byli szczęśliwa rodziną? Myślę, że wystarczy spojrzeć na ich synów, by poznać odpowiedź. To mądrzy, uśmiechnięci, empatyczni mężczyźni. Wspaniali. Tacy ludzie wychowują się w szczęśliwych rodzinach.

Kiedy odchodzi jedna połowa, ta druga zostaje sama. Jak Ewa wypełniła swoje życie w oczekiwaniu na ponowne spotkanie z Maćkiem?

– Pierwsze zdanie, jakie Ewa wypowiedziała, gdy zaczęłam z nią rozmowę o jej życiu brzmiało: „Spokojnie mogłabym dzisiaj zamknąć oczy i odejść. Nie boję się śmierci. Wręcz przeciwnie, nawet na nią czekam, bo wiem, że w tym drugim życiu znowu będę z Maćkiem”.  Wtedy mnie zmroziło, i dziś, gdy wracam do tych wspomnień, to stwierdzenie też paraliżuje mnie. Zwłaszcza, że Ewa już nie żyje. Mam nadzieję, że jest z Maćkiem, tak jak chciała. Wydaje mi się, że ten czas bez niego, był właśnie czasem oczekiwania na ponowne spotkanie z nim. Ale też wiem, że książka przyniosła jej ukojenie. Nieraz podkreślała, że była rodzajem terapii, a kiedy okazało się, że jej historia inspiruje czytelników, że jest drogowskazem dla wielu kobiet - była szczerze wzruszona. Cieszę się, że Ewa dzięki tej książce wyszła z cienia gór i z cienia swojego męża. Że pokazała nam, jak wspaniałą osobą była i jak wiele znaczyła dla Maćka.

Zresztą ich zapoznanie też było ciekawe… i ta pierwsza randka, przypomni Pani?

– W życiu! Odsyłam do książki. Nie chcę Państwu zepsuć wybornej opowieści.

Na koniec cofnijmy się do genezy związku... jeśli miałaby być to miłość, która przenosi góry, to dzięki czemu taką się stała,  bo przecież początki nie były łatwe?

– To nie jest łatwe pytanie, bo na sukces takiego związku składa się wiele czynników. I opowieść Ewy doskonale to pokazuje. Gdybym jednak miała pokusić się o jakąś generalizację, o jakąś, nieco koślawą definicję, powiedziałabym, że najważniejsza jest akceptacja. Że człowiekowi, z którym żyjemy, należy pozwolić być tym kim chce. Ewa mówiła: „Pokochałam himalaistę. – Imponowało mi to, kim jest. Wiedziałam, jaką ma pasję, i nigdy nie chciałam tego zmieniać. Nie wiem, jakim człowiekiem byłby Maciek bez gór, doskonale za to wiedziałam, kim jest, mając je”. Oczywiście, takie podejście wymaga dojrzałości i bywa okupione tęsknotą, żalem, czy strachem. Ale każdy z nas ma tylko jedno życie i byłoby dobrze, gdyby mógł je przeżyć tak jak chce.

Po więcej informacji odsyłamy do książek Beaty Sabały-Zielińskiej, a wszystkich "zakręconych na góry i nimi nakręconych" w dniach od 14-17 .10, czekają w stolicy Tatr ciekawe spotkania w ramach 10. edycji Festiwalu.

foto. wikipedia

Podhale

Podhale - najnowsze informacje