sobota, 16 maja 2020 11:47

Anatomia kłamstwa, czyli „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" Łazarewicza

Autor Mirosław Haładyj
Anatomia kłamstwa, czyli „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" Łazarewicza

14 maja 1983 roku w Warszawie zmarł dziewiętnastoletni Grzegorz Przemyk. Jego śmierć była następstwem aresztowania brutalnego pobicia przez milicjantów, którzy zatrzymali świeżo upieczonego maturzystę na świętowaniu z kolegami zakończenia egzaminów. "Sprawa Przemyka" stała się ogromną akcją dezinformacyjną komunistycznych służb, które chciały zatrzeć prawdę o śmierci młodego chłopaka.

O Grzegorzu Przemyku słyszał chyba każdy. Gdy o nim myślimy, mimowolnie przypominamy sobie inną, równie tragiczną postać - Stanisława Pyjasa. Choć obu dzieliło wiele, to połączyła ich śmierć, którą ponieśli z rąk reżimowych oprawców. Obaj zapisali się w najnowszej historii Polski jako ofiary bestialskich pobić. Obaj zostali zapamiętani, jako ci, którzy zapłacili najwyższą cenę za wejście w konflikt z aparatem władzy, choć z zupełnie różnych powodów. Tym, co ich łączyło, był także młody wiek. Stanisław Pyjas w chwili śmierci miał dwadzieścia cztery lata, Grzegorz Przemyk, choć trudno w to uwierzyć, jeszcze mniej, bo dziewiętnaście. Zaryzykuję tezę, że śmierć Przemyka mocniej wstrząsnęła opinią publiczną. Może dlatego, że w przypadku Pyjasa „wszystko było wiadome” – był działaczem opozycyjnym powiązanym z KOR-em. Musiał zatem wiedzieć o metodach działania swojego wroga (już wcześniej zdarzały się niewyjaśnione przypadki śmierci działaczy opozycji) i zdawać sobie sprawę z konsekwencji swojej działalności. Innymi słowy musiał być świadom tego, że walka z ustrojem może kosztować go zdrowie a nawet życie. I rzeczywiście, zapłacił najwyższą cenę. Nie chcę przez to powiedzieć, że działalność wolnościowa w jakikolwiek sposób legitymizowała zbrodnie PRL-owskiej milicji czy bezpieki. Chcę jedynie zauważyć, że Stanisław Pyjas podjął świadomą decyzję, a w chwili śmierci dołączył do długiego szeregu bohaterów tamtych czasów (często anonimowych), którzy przelali krew za wolność ojczyzny.

Czy podobnie możemy powiedzieć o śmierci Grzegorza Przemyka? Czym zawinił świeżo upieczony maturzysta władzy? Czy brak posiadania dowodu osobistego i niesforne zachowanie, to rzeczywiście wystarczające powody, by zostać śmiertelnie pobitym? A może o losie Grzegorza zadecydowało opozycyjne zaangażowanie jego matki, Barbary Sadowskiej? Czy z całą sprawą miała coś wspólnego pogróżka („syna wam załatwimy”), którą usłyszała z ust funkcjonariuszy rok wcześniej? Na te i wiele innych pytań stara się odpowiedzieć Cezary Łazarewicz w swojej książce – reportażu „Żeby nie było śladów”. I trzeba powiedzieć, że robi to w sposób niezwykle staranny i rzetelny, tak, iż na usta ciśnie się jakiś frazes o „starej, dobrej dziennikarskiej szkole”. W jego przypadku, lektura ponad szesnastu tysięcy stron akt, o której wspomina, nie jest jakąś czczą przechwałką. Wręcz przeciwnie. Stanowi wyraz pokory, jest dowodem skrupulatności i dokładności z jaką reporter podszedł do tematu, którym się zajmował.

Bez emocji

Tym, co już od samego początku uderza w książce Łazarewicza, to sposób prowadzenia narracji, a dokładniej jej ton – rzeczowy, beznamiętny, niezaangażowany. Ton, który nieco paradoksalnie, potęguje jeszcze napięcie płynące z opisywanych wydarzeń. Z którego przebija doskonała orientacja w temacie; w którym daje się wyczuć setki godzin spędzonych na wertowaniu i analizie wspomnianych już tysięcy stron archiwalnych materiałów. Słychać w nim także czas poświęcony na długie rozmowy ze świadkami ówczesnych zdarzeń. Bo trzeba zaznaczyć, że autor podjął wysiłek dotarcia po latach do wszystkich żyjących osób, które były świadkami tamtych zdarzeń. Wszystko po to, by zebrać nowe informacji, mogących po latach rzucić więcej światła na enigmatyczną sprawę morderczego pobicia.

Reportaż Łazarewicza składa się z dwóch części. Część pierwsza jest przedstawieniem wydarzeń z okresu czternastu miesięcy i obejmuje czas od maja 1983 r. do lipca roku 1984. Autor zaczyna swoją opowieść od dnia aresztowania Grześka na Starówce i przewiezienia go na komisariat MO przy ul. Jezuickiej, gdzie zostaje pobity przez trzech funkcjonariuszy ZOMO. Od tej chwili Łazarewicz miesiąc po miesiącu, dokładnie rekonstruuje i relacjonuje przebieg wydarzeń oraz śledztwa, co znajduje odzwierciedlenie w tytułach poszczególnych rozdziałów – ich tytuły pochodzą od nazw kolejnych miesięcy prokuratorskiego dochodzenia. Pierwsza część reportażu kończy się na dacie 16 lipca 1984 r., a więc dniu ogłoszenia wyroku w sprawie śmiertelnego pobicia Przemyka. „Datowane” rozdziały książki poprzeplatane zostały „imiennymi”, w których autor przedstawia biografie osób związanych z Grzegorzem i tragicznymi wydarzeniami, których padł ofiarą. Są one literackimi portretami o pogłębionej analizie psychologicznej, co pozwala czytelnikowi poznać charaktery i sylwetki osób znajdujących się najbliżej opisywanych wydarzeń. Ze zrozumiałych względów największa ilość tych swoistych przerywników głównego ciągu narracyjno-temporalnego, poświęcona została matce śmiertelnie pobitego chłopca, Barbarze Sadowskiej. Ale mamy również przybliżone postacie kolegów Grześka, jak i jego samego, a także osób, które odegrały w śledztwie znaczącą rolę. Druga cześć reportażu Łazarewicza, jest tak naprawdę epilogiem. Tyczy się głównie tego, co ze sprawą Przemyka działo się już po transformacji ustrojowej, jaka dokonała się na przełomie lat 1989/1990. W tej zdecydowanie krótszej części, odnajdziemy rozdział poświęcony postaci przez lata pozostającej w cieniu całych wydarzeń, jaką był ojciec Grzegorza. Tata maturzysty był obecny na ławach sądowych wszystkich rozpraw tyczących się jego syna, a należy przypomnieć, że ciągnęły się one przez trzydzieści lat. Z oczywistych względów, szczególnie cennym rozdziałem w książce, jest ten zatytułowany „Kto zabił”. Jak łatwo domyślić się z tytułu, poświęcony jest on ustaleniom organów śledczych oraz dziennikarskiego śledztwa autora, co do sprawców zbrodni dokonanej na Grzegorzu Przemyku. Jest to zarazem punk kulminacyjny reportażu.

Dwustu czterdziestu esbeków

Łazarewicz w swoim dziennikarskim śledztwie przedstawia w uporządkowanej formie zebrane dowody i zeznania tyczące się przebiegu wydarzeń z 12 maja 1983 roku. Ale bestialskie pobicie i śmierć Przemyka stanowi dla autora jedynie punkt wyjścia do opisu wydarzeń, które nastąpiły po tym tragicznym wydarzeniu. Im bardziej bowiem zagłębiamy się w historię Grzegorza, tym bardziej robi się ona wielowątkowa i złożona. Sprawa śmiertelnego pobicia, w miarę rozwoju, zatacza coraz szersze kręgi, by wreszcie dotrzeć na sam szczyt PRL-owskich władz. Przestaje być tragedią zabitego maturzysty, staje się sprawą państwową, „operacją” bezpieki. Łazarewicz odsłania mechanizmy rządzące komunistycznym aparatem władzy i ucisku, pokazuje propagandową burzę łgarstw rozpętaną wobec zabitego, jego bliskich a nawet całych grup zawodowych, by tylko zataić fakt morderczego pobicia przez funkcjonariuszy ZOMO. Po pewnym czasie uświadamiamy sobie, że im bardziej zagłębiamy się w szczegóły i okoliczności zbrodni Grzegorza, tym mocniej wchodzimy w otchłań bezdusznego systemu i równie bezdusznych ludzi, którzy go tworzyli. Od tej strony, od strony ukazania sposobów i metod działania totalitarnej władzy, „Żeby nie było śladów” jest jednym z najlepszych studiów PRL-u. Może zaszokować nawet tych, którzy znali jego realia z własnego doświadczenia (zadziwia np. skala zaangażowania służb: „Cezary F. obliczył, że rozpracowywało go dwustu czterdziestu esbeków”). W trakcie lektury ukazują się nam ludzie bezwzględni, którzy nie cofnął się przed niczym, by zrealizować swój cel. Manipulacje, oszczerstwa, półprawdy. Po prostu kłamstwa. Bo o kłamstwie właśnie jest ta książka. Taki trop odczytania podsuwa zresztą sam autor, który opatrzył swój reportaż mottem autorstwa Piotra Wierzbickiego (z jego książki „Struktury kłamstwa”): „Kłamstwa nie chodzą w pojedynkę./ Kłamstwa chodzą stadami./ Stadami uporządkowanymi./ Kłamstwa układają się w system.”

Osobny akapit należy poświęcić tytułowi książki. Jest on dwuznaczny. Stanowi fragment z jednej z ostatnich wypowiedzi pobitego Grzegorza, który po opuszczeniu posterunku półprzytomny przytacza wypowiedź jednego z milicjantów z posterunku z ul. Jezuickiej. Funkcjonariusz wydał polecenie użycia siły w stosunku do niego słowami: „Bijcie tak żeby nie było śladów”. Ten cytat, to także świetna charakterystyka działań podjętych przez państwowego molocha. Tytuł nabiera wymiaru symbolicznego i stanowi swoisty komentarz w obliczu informacji o losie osób odpowiedzialnych za śmierć maturzysty.

Studium sprawy Przemyka, jakiego dokonał Cezary Łazarewicz jest pierwszą, tak dokładną analizą zbrodni, dokonanej przez milicyjnych katów. Wiele informacji w niej przedstawionych jest niezwykle cennych, ponieważ po raz pierwszy zostały one ujawnione. „Żeby nie było śladów” czyta się w pełnym skupieniu i napięciu. Naprawdę trudno jest się oderwać od lektury. Gdy do tego dochodzi to jedynie po to, by przetrzeć napływające łzy. Ich obecność można tłumaczyć sobie zmęczeniem oczu.

CEZARY ŁAZAREWICZ, ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW. SPRAWA GRZEGORZA PRZEMYKA

„Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości” – to słowa matki Grzegorza Przemyka, świeżo upieczonego maturzysty, który w maju 1983 roku został śmiertelnie pobity przez milicję. W czasie śledztwa i rozprawy władze PRL za wszelką ceną starały się odwrócić uwagę od milicjantów, próbując przerzucić odpowiedzialność na sanitariuszy i lekarzy.

Cezary Łazarewicz szczegółowo opisuje historię Grzegorza Przemyka – od zatrzymania na placu Zamkowym po wydarzenia, które nastąpiły później. Pokazuje cynizm władz komunistycznych, zacierających ślady zbrodni, a także bezsilność władz III RP, którym nie udało się znaleźć i ukarać winnych. W opowieść o Przemyku autor wplata historie jego rodziców – poetki Barbary Sadowskiej i ojca Leopolda, przyjaciół, świadków jego pobicia czy sanitariuszy, niesłusznie oskarżanych o zabójstwo. Jednocześnie odkrywa kulisy działań władz i wpływ, jaki na tuszowanie sprawy wywarli między innymi Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak czy Jerzy Urban.

To jedna z najgłośniejszych zbrodni lat osiemdziesiątych w PRL. W pogrzebie Przemyka wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy z podniesionymi w znaku wiktorii dłońmi, w całkowitym milczeniu odprowadzali trumnę na Powązki. To również zbrodnia, która nie doczekała się sprawiedliwego wyroku.


Co tydzień czytam kilka książek. Od lat żadnej nie czytałem ze łzami w oczach – mimo że opowieść Cezarego Łazarewicza o zabójstwie Grzegorza Przemyka napisana jest bez cienia sentymentalizmu i w dużym stopniu oparta na suchych raportach i dokumentach sprzed lat.

Piotr Bratkowski

Żeby nie było śladów
„Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości” – to słowa matki Grzegorza Przemyka, świeżo upi…

Fot. i opis książki pochodzi od wydawcy

Dobra książka

Dobra książka - najnowsze informacje