Była pełną energii, twardą, optymistyczną i odważną dziewczyną. Ale w 2019 roku coś się zmieniło. Zachorowała na depresję. – Po raz trzeci postanowiłam nie żyć. Przez 2 lata w ogóle nie czułam radości. Czuję ją dopiero od maja. Jest to dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Pomyślałam, że skoro mam się nie zabijać, skoro mam żyć, to muszę tego życia doświadczyć – mówi Anna (imię zmienione na potrzeby publikacji). Pomoc znalazła w Fundacji Nagle Sami. Teraz chce, aby z tego wsparcia mogli skorzystać inni, którzy są w żałobie i zmagają się z depresją.
23 lutego jest Światowy Dzień Walki z Depresją.
- Przypominamy artykuł archiwalny.
Pół Europy pieszo i „twarda dziewczyna”
Annę poznałam dziesięć lat temu. Szalona 19-latka z przyjaciółką wyruszyła z Polski do Santiago de Compostela. Ponad 3 000 kilometrów pieszo. Bez planu, gdzie będą spać. Dla Anny była to kolejna taka wędrówka. Wcześniej szła Camino de Santiago z granicy z Francją. Potem z dwoma koleżankami powędrowała z Polski do Rzymu i kolejny raz z Polski do hiszpańskiego sanktuarium. W sumie przeszła pieszo pół Europy – łącznie pokonując około 8500 km. W międzyczasie była wolontariuszką w albergach (noclegowniach dla pielgrzymów na szlaku do Santiago de Compostela). Skończyła geografię w Krakowie. Wyjechała na stypendium do Budapesztu. Grała w drużynie piłki nożnej kobiet.
Dla mnie była twardą, optymistyczną i odważną dziewczyną. W 2019 roku zachorowała na depresję. W ciągu dwóch kolejnych lat trzy razy postanowiła, że umrze. Trzy razy otrząsnęła się z kryzysu, którego katalizatorem była śmierć najbliższej osoby.
„Wszyscy wiązali moją depresję ze śmiercią taty, ale tak nie było”
– Prawie wszyscy wiążą moją depresję tylko i wyłącznie ze śmiercią taty, ale tak nie było. Przez lata wszystko się zbierało. Mama wyjeżdżała do pracy do Holandii, więc zostawaliśmy z tatą z bratem sami. Tata chorował, odkąd pamiętam. Musiałam bardzo szybko dorosnąć. Można powiedzieć, że nie zdążyłam przeżyć dzieciństwa. Cały czas starałam się być silna – opowiada.
Okazuje się, że te wszystkie hardkorowe wyczyny to był jej sposób na ucieczkę od tego, co działo się w środku. – To była ucieczka, a w głębi gdzieś kryły się głęboki smutek, samotność i lęk, czego nie pokazywałam. Gdy zmarł tata, nadszedł moment, że już nie potrafiłam się ogarnąć. Tego było już za dużo. Zawsze miałam z nim lepszą relację niż z mamą. To była dla mnie jedyna osoba, która zawsze przy mnie była. Nagle znikła i miałam poczucie, że zostałam już całkiem sama – wspomina.
Na całą sytuację nałożył się jeszcze wyjazd na stypendium na Węgry, a potem pandemia. To przelało czarę. – Właściwie cudem przyjechałam do kraju, gdy stan taty zaczął się pogarszać, więc zdążyłam się z nim jeszcze pożegnać. To na mnie też przypadła organizacja jego pogrzebu. Nie wiedziałam potem, co mam robić. Miałam wtedy stypendium językowe w Budapeszcie. Po pogrzebie wszyscy mówili mi, że trzeba wracać do swoich zajęć, że będzie dobrze, że mam wracać do szkoły, skoro mam to stypendium, i tak zrobiłam. Teraz myślę, że inaczej bym to rozegrała.
Wróciłam na Węgry i byłam tam zupełnie sama. Chodziłam na zajęcia, ale byłam jakby poza rzeczywistością, w jakimś innym wymiarze, jakby za szybą. Ciężko mi przychodziło, żeby cokolwiek robić. Dwa miesiące miałam tylko zajęcia stacjonarnie, potem przyszła pandemia. Zajęcia były tylko przez internet. Do tego doszły zakazy spotykania się z ludźmi. Wszystko było pozamykane, treningi – zawieszone, i nie dość, że ja się nie ogarniałam po śmierci taty, to jeszcze mnie zamknęli. Zostałam sama za granicą i nie mogłam wrócić do kraju – mówi.
Anna nie miała z kim porozmawiać o swoich uczuciach. – Miałam poczucie, że śmierć taty w rodzinie to był temat tabu. O tym się nie mówiło, a ja potrzebowałam o tym porozmawiać. To było bardzo trudne – dodaje.
W Budapeszcie nawiedzał ją pewien koszmar. – Śniła mi się śmierć taty. Ja od jego śmierci w ogóle bałam się spać, ale od tego koszmaru jeszcze bardziej, więc nie dość, że byłam rozbita psychicznie, to jeszcze doszło wycieńczenie fizyczne – opowiada.
Fundacja Nagle Sami: „ktoś w końcu mnie rozumie”
Na Węgrzech znalazła jedną bratnią duszę. To była zakonnica, z którą mogła porozmawiać o tym, jak się czuje i co myśli. – Dużo rozmawiałam z pewną siostrą z Polski, chodziłam z nią na spacery. Ona w pewnym momencie, jakby trochę w złości, powiedziała, że już ma dość tego mojego gadania, tego, że mówię, że nie chcę żyć, że nic nie ma sensu. Stwierdziła, że mi nie może pomóc, że mam pójść do psychologa. To mnie trochę wkurzyło, ale potem sobie to przemyślałam i stwierdziłam: no dobra, skorzystam z tej pomocy, ale jak to zrobić?
W internecie jest milion psychologów, terapeutów, ale jak ja mam go znaleźć, tym bardziej będąc w Budapeszcie? Była tam jedna polska psycholog, ale działała na innym polu. Gdy wychodziłam nielegalnie na spacery w czasie lockdownu, bo już nie mogłam wytrzymać w mieszkaniu, kiedyś w parku wpisałam na telefonie na YouTube hasło „żałoba”. Znalazłam audycję z terapeutką z Fundacji Nagle Sami. Miałam wtedy pierwszy raz poczucie, że jest ktoś, kto może mnie zrozumieć, a nie wmawia mi, że będzie dobrze czy, jak wiele razy wcześniej słyszałam, że mam się ogarnąć.
Wysłuchałam tego, wróciłam do domu i od razu do nich napisałam, czy mogłabym się umówić na konsultację, a oni odpisali dosłownie po 20 minutach, że jak najbardziej, i zapisali mnie na najbliższy termin. Miałam do wyboru psycholog albo psychoterapeutkę. Wybrałam psychoterapeutkę, panią Monikę, która mi towarzyszy do dzisiaj. Ona potem od razu do mnie zadzwoniła i się umówiłyśmy (byłam wtedy ciągle w Budapeszcie, więc odbywało się to zdalnie). I to był strzał w dziesiątkę – relacjonuje.
Anna, jak wielu ludzi w podobnej sytuacji, którzy zmagają się ze stratą czy z depresją, słyszała komunikaty, które nie dodawały jej sił, a jeszcze ją dołowały. – Słyszałam, że będzie dobrze, że życie jest piękne, że jestem młoda i że mam nie przesadzać. Znajomi mówili, że już tyle czasu minęło, że mam się wziąć w garść – wspomina.
Jej żałoba był to też czas, w którym odeszło z jej otoczenia wielu ludzi, którzy nie wiedzieli, jak ją wspierać. – Dużo osób po prostu zniknęło, przestali się odzywać. Bardzo zweryfikowali mi się znajomi. Jedni zniknęli, a pojawili się tacy z przeszłości i oni byli dużym wsparciem – opowiada. Na początku brakowało jej wsparcia najbliższych, ale z czasem, gdy podjęła terapię, to się zmieniło. – W czasie całej tej walki z depresją ogromne wsparcie i pomoc miałam i nadal mam ze strony mamy i brata, za co jestem im niesamowicie wdzięczna. Zdecydowanie zbliżyliśmy się przez te ostatnie 2 lata – dodaje.
Fundację Nagle Sami, adresowaną do osób w żałobie, po stracie, założyła Olga Puncewicz po śmierci swojego męża himalaisty. Piotr Morawski zginął w 2009 roku w Himalajach, podczas wyprawy na Manaslu. Schodził do bazy, zapadł się most śnieżny i wpadł do szczeliny. Miał 32 lata. Olga została sama z dwójką synów. Sama zmagała się ze stratą. Historię utraconej miłości opisała w książce „Od początku do końca” (współautorem jest Piotr Morawski). Potem, gdy zaczęła dostawać maile od kobiet w podobnej sytuacji, w 2011 roku zarejestrowała Fundację Nagle Sami.
Dzięki niej można skorzystać z psychoterapii indywidualnej i konsultacji psychologicznej. Są grupy wsparcia i webinary. Fundacja prowadzi też szkolenia dla firm, aby były wsparciem dla pracowników po stracie. Robi zajęcia dla szkół, uczy, jak prowadzić interwencje kryzysowe. – Robią konferencje. Mają bardzo szerokie pole działania, nie tylko dla osób po stracie. Jest też grupa na Facebooku dla osób po stracie, które mogą się wzajemnie wspierać – wylicza Anna.
Kontakt z psychoterapeutą, specjalizującym się w pracy z osobami w żałobie, to był początek walki o siebie. – Dla mnie to było niesamowite, że ktoś w końcu mnie rozumie, a nie ocenia. Moja terapeutka zawsze odpisywała na maile, czy była pod telefonem, gdy było ze mną gorzej. Słyszałam, że mam prawo do tych uczuć, do emocji, że mam prawo czuć się tak, jak się czuję, i nie muszę być zawsze uśmiechnięta, nie muszę być zawsze silna. Cały czas mam terapię indywidualną, od pewnego czasu dwa razy w tygodniu. Byłam też na rekolekcjach dla osób w żałobie w Licheniu – opowiada.
Leczenie, szpital i cena choroby
Wiele osób ma opór, aby skorzystać z pomocy psychiatry. Odkłada to, bo się tego zwyczajnie boi. Anna trafiła do ośrodka, w którym mogła odzyskać równowagę. – To była prywatna klinika psychiatryczna, głównie dla ludzi w depresji, bo strasznie bałam się iść do szpitala na NFZ. Zrozumiałam, że to nie tylko śmierć taty, ale przerabiałam całe swoje życie. Ciężko się podnieść, jak się upadnie na sam dół. Nie jest łatwo się odbudować – mówi.
W międzyczasie kilka razy zaliczyła kryzys. Trafiła też kilka razy do szpitala psychiatrycznego. – Był wtedy czas covidu. Gdy otworzyli granicę w czerwcu, byłam w takim stanie, że moja terapeutka wysłała mnie do psychiatry, bo to już było konieczne. Byłam już skrajnie fizycznie zmęczona, bo nie mogłam spać. Trwało to już kilka miesięcy, więc musiały zostać wprowadzone leki. Bałam się trochę – opowiada.
Anna leczyła się w Krakowie, w Szpitalu Klinicznym im. dr. Józefa Babińskiego. – Są takie stereotypy, że drzwi i okna nie mają klamek, czy coś w tym stylu, i że w ogóle w szpitalu jest strasznie, ale nie jest, a szczególnie w Krakowie, bo Babiński jest jednym z najlepszych szpitali w Polsce. Jest tam bardzo dobra kadra. Są świetni lekarze. Dobrali mi leki. Ja trafiłam na bardzo dobrą lekarkę. Zdecydowałam się kontynuować u niej leczenie po szpitalu, prywatnie.
Są tam też zajęcia terapeutyczne, jest wsparcie psychologiczne i pacjenci wspierają się nawzajem. To bardzo wartościowe miejsce. Byłam w 3-osobowej sali, ale to nie przeszkadza. To nawet lepiej, bo człowiek nie czuje się taki sam. Nawiązują się też znajomości. Mam dwie osoby, z którymi mam bardzo dobry kontakt do dzisiaj. Spotykamy się czasem w Krakowie.
Dużo osób myśli, że do szpitala psychiatrycznego idą jakieś świry. Tymczasem jest tam bardzo dużo osób po takich doświadczeniach jak moje, z depresją, z zaburzeniami lękowymi. Można tam z tymi ludźmi przeżyć dobry, wartościowy czas – podsumowuje.
Choroba ma też swoją cenę. Po jednym z kryzysów i pobycie w szpitalu Anna straciła pracę – jedyne źródło utrzymania w Krakowie. Pracowała wtedy na recepcji w hotelu. – Wróciłam ze szpitala i prawie na dzień dobry mnie zwolniono, niby pod pretekstem, że nie mogę pracować na nocki, bo biorę leki, ale wydaje mi się, że oni się po prostu bali, że będzie mi się to częściej zdarzało – opowiada.
To był dla niej kolejny cios. – Dużo rozmawialiśmy z moją terapeutką. Ona była wtedy bardzo dużym wsparciem. To było bardzo trudne. Udało mi się na szczęście wtedy znaleźć pracę w sklepie. Gdzieś musiałam pracować – dodaje. Pracowała więc w sklepie, choć jest po geografii, a część studiów odbyła w Budapeszcie i zna kilka języków.
Rower, zbiórka i walka o życie: „To nie jest jak ból głowy”
Od dwóch lat Anna organizuje akcje wspierające Fundację Nagle Sami. – Dwa lata temu natchnęło mnie, żeby zrobić akcję – wyprawę rowerową z symbolicznym „wyprzedawaniem” kilometrów. Moje życie w depresji to było leżenie przed telewizorem i nic nierobienie, bo nie byłam w stanie nic więcej robić. Ta akcja to była jedyna rzecz, która mnie motywowała, bo trzeba było coś napisać i wstawić na socjale.
Spontanicznie wszystkie swoje pieniądze postanowiłam wydać na rower. Stwierdziłam wtedy, że nie mam nic do stracenia. To było pewnie nierozsądne w tamtej chwili, ale teraz tego nie żałuję. Jazda na rowerze to było dla mnie coś nowego, bo wcześniej tylko dużo chodziłam i grałam w piłkę nożną. Ma to dla mnie też wymiar terapeutyczny i jest okazją do nagłośnienia problemu straty i depresji. Z tej pierwszej akcji udało się zebrać około 9,5 tys. złotych. Fundacja była za to bardzo wdzięczna – wspomina.
To nie była ostatnia akcja, choć choroba znów dała się we znaki i wyprawa była zależna od tego, czy wyjdzie ze szpitala. – Długo myślałam o tym, żeby wyruszyć, ale to były raczej takie marzenia. Potem przygotowywałam się już do tej wyprawy. Chciałam mieć kondycję, ale wylądowałam w szpitalu. Po raz trzeci postanowiłam nie żyć. Przez 2 lata w ogóle nie czułam radości. Czuję ją dopiero od maja. Jest to dla mnie niesamowitym doświadczeniem.
Pomyślałam, że skoro mam się nie zabijać, skoro mam żyć, to muszę tego życia doświadczyć. Muszę go doświadczyć, może sobie coś przypomnę. I stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia, że wyruszę w tę drogę, a przy okazji ruszę z tą akcją, skoro już jadę. To też jest dla mnie motywacją, bo jak widzę, że wpłata idzie do przodu, to mi też jest łatwiej jechać dalej i bardziej mi się chce – mówi.
Wyprawa to blisko 2000 kilometrów. – Jechałam dzisiaj 57 kilometrów. Spotykam po drodze takich ludzi, że pomimo tych niedogodności chce mi się jechać dalej i jestem ciekawa, co się wydarzy – opowiada.
Ta wyprawa to wielki wyczyn dla kogoś, kto zmaga się z depresją. – Przez dwa lata zmagałam się z bardzo silnymi myślami samobójczymi. Nie mam ich w zasadzie od maja. Gdy przychodzą takie myśli, nic się z tym nie da zrobić, bo to nie jest jak ból głowy, że się weźmie tabletkę i jest lepiej – mówi dziewczyna.
Anna za cel postanowiła sobie zebrać 20 tysięcy złotych, bo tyle mniej więcej kosztuje miesięczna działalność telefonu wsparcia Fundacji Nagle Sami – 800 108 108. – Chciałabym zebrać pieniądze chociaż na jeden miesiąc funkcjonowania tego telefonu. Ten telefon ratuje ludziom życie. To jest jedyny ogólnopolski darmowy telefon dla osób w kryzysie psychicznym po stracie bliskich – podkreśla.
Fot. ilustracyjna
Fundacja Nagle Sami
Al. Wojska Polskiego 1A, 01-524 Warszawa - Żoliborz, e-mail: info@naglesami.org.pl,
Telefon wsparcia 800 108 108 , PN-PT 14:00-20:00
Jeśli chcesz przekazać Fundacji Nagle Sami 1,5% swojego podatku dochodowego, wpisz w swoim formularzu podatkowym PIT KRS 0000398530
numer konta do darowizn: 41 1140 2004 0000 3302 8637 7913
Jeśli czujesz, że potrzebujesz pomocy, jesteś ofiarą przemocy, masz myśli samobójcze lub nie widzisz wyjścia z jakiejś kryzysowej sytuacji – nie zastanawiaj się i zadzwoń pod jeden z poniższych numerów. Całodobowo, bezpłatnie i anonimowo otrzymasz tam pomoc:
- 800 70 2222 - Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym
- 116 111 – telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
- 12 421 92 82 – Ośrodek Interwencji Kryzysowej w Krakowie
- 112 – w razie bezpośredniego zagrożenia życia








![[23.02.2026] Pogoda dla Małopolski. Sprawdź swój region](https://cdn.glos24.pl/2026/02/-23.02.2026--Pogoda-dla-Ma-opolski.-Sprawd--sw-j-region_w300.webp)






![Dziesięciometrowy strumień wody w Krakowie. Wyciek w rejonie Placu Imbramowskiego [WIDEO]](https://cdn.glos24.pl/2026/02/Awaria-sieci-ciep-owniczej-w-Krakowie.-Wyciek-w-rejonie-Placu-Imbramowskiego--WIDEO-_w300.webp)



![[QUIZ] To oni decydowali o losach naszego świata. Sprawdź, czy potrafisz rozpoznać najpotężniejszych wodzów w dziejach](https://cdn.glos24.pl/2023/12/Najpot--niejsi-wodzowie-w-dziejach_w300.webp)