środa, 16 listopada 2022 15:24

Były żołnierz GROM-u o Przewodowie: Byłem zaskoczony działaniem naszych służb

Autor Mirosław Haładyj
Były żołnierz GROM-u o Przewodowie: Byłem zaskoczony działaniem naszych służb

Tragedia, do jakiej doszło we wtorek 15 listopada w Przewodowie, zmroziła całą Polskę. Pojawiające się w mediach informacje na temat rosyjskich rakiet i ofiar śmiertelnych, jak również brak oficjalnego stanowiska rządu spowodowały, że widmo pełnoskalowego konfliktu zbrojnego zawisło nad naszym krajem. Obaw związanych z wybuchem wojny nie podzielał Naval, były komandos elitarnej jednostki GROM. – Rosyjskiej prowokacji nie zakładałem, obstawiałem raczej, że będzie to przypadek – mówi w rozmowie z Głosem24 i dodaje: – Jesteśmy krajem strefy przywojennej o czym, mimo dziewięciu miesięcy konfliktu, nie wszyscy zdają się pamiętać.

Naval, który za swoją służbę był wielokrotnie wyróżniany, w tym najwyższymi odznaczeniami wojskowymi, jakie można otrzymać w Polsce za czyny bojowe poza granicami kraju, jest autorem licznych książek o tematyce wojskowej, w tym najnowszej, zatytułowanej "Ekstremalny Poradnik Przetrwania", która ukazała się nakładem wydawnictwa Bellona. Były GROM-owiec zauważył, że chyba najwyższa pora zapytać rządzących o zabezpieczenie naszej wschodniej granicy: – Zamiast mówić dziś o tym, co powinno być w polskiej armii, zadałbym panu ministrowi obrony narodowej pytanie, o to, co on zrobił przez ostatnie 6 miesięcy, żeby zabezpieczyć naszą wschodnią flankę przed tego typu atakiem – czy jest jakiś system, który chroni ludność cywilną a przede wszystkim czy ją ostrzega?

Naval, były komandos GROM-u/Fot.: Naval materiały prasowe
Naval, były komandos GROM-u/Fot.: Naval materiały prasowe

Jak zareagował pan na wiadomość o rakiecie, która spadła za polską granicą?
– Byłem trochę zaskoczony działaniem naszych służb, bo o uderzeniu rakiety na polskim terytorium dowiedziałem się, od mojego kolegi, który zadzwonił do mnie ze Stanów Zjednoczonych. U nich w mediach już wrzało a u nas jeszcze nie było wiadomo, że coś takiego się stało. Więc byłem trochę zdziwiony tym, że to Amerykanie pierwsi wiedzą, co się dzieje na naszym podwórku. W pierwszej chwili nie mogliśmy być pewni, co to jest. Obstawiałem, że jest to rosyjska rakieta, która zboczyła z toru i poleciała za daleko.

Nie pomyślał pan, że może być z tego wojna?
– Nie, pomyślałem raczej o tym, o czym mówimy i rozmawiamy od dawna – że jesteśmy krajem przyfrontowym i wcześniej czy później jakiś zabłąkany pocisk musiał spaść na terytorium Polski. I to się po prostu wydarzyło. Mówię „zabłąkany”, bo nasza granica z Ukrainą jest dosyć długa a tam przecież trwa regularny konflikt zbrojny. Prawdziwa walka taka, jak podczas II wojny światowej a dzisiejsza technologia, technika, zaawansowanie technologiczne też jest obarczone błędem, pomyłką. Więc nie powinniśmy być tym zaskoczeni, że coś przy granicy spadło po polskiej stronie.

Pytam, bo wcześniejsze stanowisko rządu w sprawie wojny i Rosji było jednoznaczne, o czym świadczyły deklaracje padające z ust choćby prezydenta i innych prominentnych polityków. Nie myślał pan, że śmierć dwóch polskich obywateli wystarczy, żeby przystąpić do konfliktu? Nie bez znaczenia jest tu także opinia publiczna i jej chęć odwetu, bo politycy patrzą przecież na poparcie.
– To, że opinia publiczna mogłaby czegoś chcieć, w tym wypadku wojny, to jest jednak za mało, by zapadły decyzje w tym kierunku. Mnie też nie podoba się to, co stało się w Przewodowie i co dzieje się obecnie na Ukrainie. Jestem zresztą ogromnym przeciwnikiem każdego konfliktu zbrojnego, każdej wojny. Ale musimy patrzeć szerzej na Europę i świat. I po to mamy analityków. Nie chcę tutaj mówić o politykach, bo oni kłamią i opowiadają tylko takie rzeczy, które pasują ich wyborcom a nie mówią o tym, co jest dobre dla państwa. Więc politycy mówią jedno, a robią drugie, mam tylko nadzieję, że będą jednak patrzyli całościowo na wszystkie aspekty naszej polityki zagranicznej i tego, co się dzieje na Ukrainie, nie tylko na oczekiwania wyborców, bo to często nie idzie ze sobą w parze. Strasznie mnie drażni to, że w naszej przestrzeni publicznej na tematy wojny i obrony wypowiadają się politycy, którzy są zazwyczaj z wykształcenia historykami, że nie ma w naszej przestrzeni publicznej osób, którzy mają doświadczenie wojskowe.
Całe szczęście, że jesteśmy w NATO, bo jako jego członek nie zrobimy niczego, czego, mówiąc kolokwialnie, sojusz nie „klepnie”, nie zaakceptuje. Jak ktoś mówi, że wyrastamy na dużego gracza w NATO i tym podobne, to rzeczywiście, mogę się z tym zgodzić, ale z zastrzeżeniem, że tylko przysłowiową gębą i gadaniem. Realne prowadzenie wojny w kontekście posiadanego przez Polskę sprzętu i możliwości wojskowych jest dużo mniejsze niż nasze wychodzenie przed szereg. Zresztą pokazała to wczorajsza sytuacja. To Amerykanie pierwsi ogłosili, że spadła u nas rakieta a dopiero później przyznał się do tego nasz rząd. Jasne, najszybciej dowiedzieli ludzie z miejscowości, gdzie doszło do tragedii, ale patrząc na to strukturalnie, to najpierw wiedzieli o tym Amerykanie. To oni latają nad nami AWACS-em, ich radary są w stanie to wyłapać, nie nasze.

A nie obawiał się pan, że to rosyjska prowokacja i Polska może zostać wciągnięta do wojny?
– Szczerze, to nie przyszło mi to przez myśl. Byłem spokojny, jeszcze wierzę, że w ministerstwie obrony narodowej pozostali jednak jacyś analitycy i wojskowi, którzy patrzą na bieżące wydarzenia trzeźwo. Rosyjskiej prowokacji nie zakładałem, obstawiałem raczej, że będzie to przypadek, bo jak wspomniałem jesteśmy krajem strefy przywojennej o czym, mimo dziewięciu miesięcy konfliktu, nie wszyscy zdają się pamiętać.

A co, jeśli okaże się jednak, że były to rakiety ukraińskie?
– Co by nie mówić, na Ukraińców nie można dużo zwalać, bo trzeba cały czas pamiętać, kto rozpoczął tę wojnę. Więc wszystkiemu, co się wydarzyło i co się jeszcze wydarzy, winni są Rosjanie. W tym przypadku jest to ogromna tragedia, bo zginęło dwóch naszych obywateli. To się nie powinno stać. Ale nie powinno być też tak, że w XXI wieku jedno państwo atakuje drugie. Niestety, zapominamy, że żyjemy w świecie, który jest światem wojen. Nie mniej, Ukraińcy muszą sobie zdawać sprawę z tego, że graniczą z Polską, Słowacją i Białorusią, choć w tym ostatnim przypadku jest to kraj, który czynnie wspiera Rosję. Mimo wszystko, granica polsko-ukraińska nadal jest granicą i powinni dbać o jej bezpieczeństwo. Powinni tak kalkulować działania, żeby ich rakiety nie spadały na nasze terytorium. Tej sytuacja nie załagodzi „przepraszam” – ktoś stracił ojca, męża, brata... Tu nie da się zwyczajnie przeprosić.

Całe wydarzenie jest konsekwencją rosyjskiego zmasowanego ataku rakietowego. Podobny miał miejsce w październiku. Jak pan ocenia rosyjskie działania tego typu?
– W Rosji też są analitycy, też są stratedzy. Od 24 lutego do maja patrzyliśmy na nich z niedowierzaniem, bo prowadzili i chcieli prowadzić walkę tak, jak w czasie II wojny światowej. Tymczasem potężna Rosja dostała mocnego pstryczka w nos od dużo słabszej Ukrainy. Słabszej, mniejszej, ale majaćej pierwiastek zachodniego sprzętu, nowe technologie oraz doradców, pomoc i zaangażowanie Zachodu. Więc Rosjanie, po tym, jak przegrywają w tradycyjnym starciu, wyciągnęli z nich naukę. Już nie przeprowadzają wielkich zmasowanych operacji, nie rozciągają linii frontu, chociaż nadal jest ona bardzo długa, ale zaczęli prowadzić wojnę nowoczesną. A więc niszczą całą infrastrukturę krytyczną, związaną z dostarczania energii, wody… Niszczą oczyszczalnie ścieków, przepompownie wody, sieci przesyłowe. Tak walczą z Ukrainą. Czy jest to barbarzyństwo? Oczywiście, że jest to barbarzyństwo, ale która wojna nie była barbarzyństwem? Po prostu ich analitycy stwierdzili, że nie mają szans wygrać w tradycyjny sposób – w taki, jak podczas II wojny światowej – więc będą uderzali w Ukrainę w inny sposób, w taki, jaki mają. A że nadal posiadają dosyć dużo broni rakietowej dalekiego zasięgu a Ukraina jest trochę jak w takiej podkowie, to zaczęli ją ostrzeliwać. Choć przez sytuację na froncie ta podkowa już się prostuje. Mam tutaj na myśli choćby działania na południu, które są dosyć mocne. Można powiedzieć, że flota czarnomorska praktycznie już nie istnieje, już nie funkcjonuje, bo albo się wystrzelała, albo ją rybki zjadają od spodu. Nie mniej, Rosjanie swoją analizę przeprowadzili tak, że będą niszczyli Ukrainę gospodarczą, bo mają do tego sprzęt, innym nie dysponują.

Czy pana zdaniem możemy się spodziewać, że takie sytuacje będą się powtarzać?

– Już w marcu mówiłem, że w będąc krajem przyfrontowym trzeba kalkulować, że coś takiego może się zdarzyć. Zdarzyło się raz, więc dlaczego nie miałoby się zdarzyć drugi, zwłaszcza, że ten konflikt nadal trwa.

Czy możemy się jakoś zabezpieczyć przed tego typu sytuacjami?

– Zacząłem się uśmiechać na pańskie pytanie, bo jak się popatrzy na zakupy naszego ministra obrony narodowej, naszego rządu – warto zaznaczyć, że to oni kupują a nie wojsko – to są to czołgi i F-35. Nie mówię, że czołgi i myśliwce nie są potrzebne, ale czy nie warto by pomyśleć również o systemie wczesnego ostrzegania w pasie do 50-100 km na całej granicy z Ukrainą? Chodzi o taki sam system, jaki jest nad Kijowem czy Lwowem, taki jaki mieliśmy w bazach, w których stacjonowaliśmy jako GROM. Ten system, jak dla mnie, powinien być tam rozstawiony i to powinno zostać zrobione już w marcu. A zamiast tego słyszymy, że kupujemy system HIMARS, który będzie u nas za 10 albo 15 lat, że kupujemy czołgi… Rosja straciła już możliwości wojny ofensywnej (armię defensywną mają w dalszym ciągu). Ale, choć jest rozbrojona ofensywnie i to tak, że trudno będzie jej kogoś zaatakować w najbliższych dziesięciu latach, nadal zagraża nam rakietowo. Więc zamiast mówić dziś o tym, co powinno być w polskiej armii, zadałbym panu ministrowi obrony narodowej pytanie, o to, co on zrobił przez ostatnie 6 miesięcy, żeby zabezpieczyć naszą wschodnią flankę przed tego typu atakiem – czy jest jakiś system, który chroni ludność cywilną a przede wszystkim czy ją ostrzega? Wtedy istniałaby możliwość jakiegokolwiek działania, tak jak funkcjonowało to w bazie. Czyli byłby sygnał od którego mielibyśmy 12 sekund na to, żeby wyjść, dajmy na to z takiego traktora i położyć się na ziemi. W takich sytuacjach to zawsze Pan Bóg rozdaje karty i rakieta spada tam gdzie spada, nie mniej byłby czas na reakcję. To mogłaby być też informacja SMS-em, że jest możliwy atak rakietowy, którą wysyłałoby Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Dzisiaj mamy narzędzia, którymi moglibyśmy ostrzegać ludność w danym rejonie.

A co z bateriami, które mogłyby likwidować takie zabłąkane pociski?

– To już jest problem. To nie jest tak, że takie baterie roztaczają parasol nad dużym terenem. One są raczej przypisane do małych powierzchni i przeznaczone do ochrony infrastruktury krytycznej, takiej jak lotniska, fabryki, elektrownie i inne obiekty strategiczne dla państwa. Poza Izraelem nikt nie ma możliwości wystawienia takiej ilości baterii, by pokryły i zabezpieczyły znaczny kawałek terytorium.


Naval za swoją służbę był wielokrotnie wyróżniany, w tym najwyższymi odznaczeniami wojskowymi, jakie można otrzymać w Polsce za czyny bojowe poza granicami kraju. Otrzymał m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Krzyża Wojskowego – przyznawany wybitnie zasłużonym w bojach i Krzyż Komandorski Orderu Krzyża Wojskowego – za czyn wybitnego męstwa połączonego z narażeniem życia, a także Złotą Odznakę GROM-u, której otrzymanie jest dla żołnierzy tej jednostki najwyższym zaszczytem.

Po zakończeniu czynnej służby wojskowej założył własną firmę – Naval Polska, udziela się także w wielu ciekawych projektach. W 2012 r. był jednym z konsultantów gry komputerowej Medal of Honor: Warfighter, w której gracze mogą wcielić się w rolę GROM-owca. Jest autorem książek "Przetrwać Belize", "Ostatnich gryzą psy", "Zatoka" i "Camp Pozzi", które ukazały się nakładem wydawnictwa Bellona.

Swoją wiedzą i doświadczeniem stara się wspierać instytucje charytatywne i pozarządowe, m.in. Polską Akcję Humanitarną (PAH), Fundację "Akademia Sportu", a także służby mundurowe. Jest wolontariuszem Muzeum Powstania Warszawskiego. Uczestniczy też w ekstremalnych biegach z przeszkodami, takich jak Runmageddon, oraz ultradługich maratonach przekraczających dystans 100 km.

Polska

Polska - najnowsze informacje