czwartek, 12 marca 2020 09:20

HISTORIA PEWNEGO ZEGARA- Czy trzynastka jest pechowa?

Autor Bernard Szwabowski
HISTORIA PEWNEGO ZEGARA- Czy trzynastka jest pechowa?

Jak wspominałem wcześniej,  moja data urodzenia, to trzynasty września, a  moje nazwisko i imię składa się również z trzynastu liter. W związku z tym, w wielu towarzyskich rozmowach, tzw. na luzie, mam dużo pytań, czy aby, jak się to potocznie mówi, te pechowe liczby nie wpływają w moim codziennym życiu na jakiś niesamowity splot przykrych zdarzeń. Inaczej zadając pytanie: czy aby w związku z tym, nie jestem jakimś pechowym człowiekiem?

Otóż na tak postawione pytania odpowiem, że w moim życiu zdarzały się rożne ciekawe historyjki,  niezwykłe zdarzenia, ciekawe widoki, z których kilka w moich Wspomnieniach opiszę, a które być może zainteresują czytelników. Ale czy one mają jakikolwiek związek z pechową liczbą w dacie mojego urodzenia i pechową też liczbą w sumie liter mojego nazwiska i imienia, nie umiem odpowiedzieć. A oto kilka historii:
Kiedy byłem jeszcze młodzieńcem w wieku około dwudziestu lat, zarejestrowałem w mojej pamięci takie oto zdarzenie. W pewną czerwcową noc siedzieliśmy z dziewczyną na ławeczce przed jej domem. Rozmawiając, wesoło snuliśmy  w swoich marzeniach wspólne plany na przyszłość. Była piękna pogoda, gwiazdy migotały na niebie, cisza jak makiem zasiał, tylko gdzieś w oddali od czasu do czasu słychać było ciche ujadanie psa. A my spoglądaliśmy w górę, aby pozwolić oczom nacieszyć się pięknym widokiem nieba i wyrazistym widokiem dużego i małego wozu, a widok był wspaniały. Jako, że miejsce gdzie siedzieliśmy było usytuowane na wzgórzu, to i widnokrąg dość duży, a horyzont wyznaczał jego wielkość gdzieś w oddali.

W pewnym momencie skierowałem wzrok w kierunku północno-zachodnim nad przysiółek wsi Słonowice (tzw. Budzyń) i zawiesiłem go nad czerwoną jakby łuną na horyzoncie. – Zobacz, Jasia, pali się czy co? – Powiedziałem pytająco. Po chwili już oboje wpatrywaliśmy się w ową łunę, która w rzeczywistości łuną nie była. Z upływem czasu to nietypowe zjawisko zaczęło się powiększać i zajmowało coraz to większe obszary nieba. Spojrzałem na zegarek, minęła północ. Trochę zaczęliśmy się bać, bo godzina dwunasta w nocy, to w różnych opowiadaniach, bajkach i przepowiedniach  czas dla duchów, strachów, różnych złych wróżb i przestróg. Po niedługim czasie czerwień obejmowała już połowę nieba. W związku z tym, jednogłośnie zdecydowaliśmy, że nasze spotkanie powinno już dobiec końca. Pożegnaliśmy się szybko i rozeszliśmy się, każde w swoją stronę.

fot nr 1 : Zorza polarna - foto internet

Kiedy szedłem do domu, miałem ten widok za plecami, a przed sobą czysty nieboskłon Obejrzałem się dopiero gdy dochodziłem do budynku. Łuna obejmowała trzy czwarte nieba. Niesamowity widok. Chociaż obejmowało  mnie jakieś dziwne uczucie, lęk o to, czy to aby nie jest jakieś ostrzeżenie,  będąc na swoim podwórku poczułem się pewny, stanąłem i zacząłem rozglądać się wokoło. Wszystko emanowało czerwienią . Dom, drzewa, trawa, uprawy na polu,  niebo zaś było już prawie całe w „ogniu.” Gdy wszedłem do domu, rodzice już spali. Ja także, nie chcąc ich budzić, położyłem się, spoglądając co chwilę w okno. Gdy wszedłem do domu, rodzice już spali. Ja także, nie chcąc ich budzić, położyłem się, spoglądając co chwilę w okno. Długo nie mogłem zasnąć, ale ostatecznie pogrążyłem się we śnie. Obudziłem się rano. Było widno, świeciło słońce. Opowiedziałem o całym zdarzeniu rodzicom. Wysłuchali mnie z zaciekawieniem i żałowali, że nie powiedziałem im o tym w nocy. W ciągu następnych dni pytałem wiele osób, czy widzieli wspaniałe zjawisko, nikt jednak niczego nie zauważył, zaś moje opowiadania spotkały się z niedowierzaniem i obojętnością. Ale nic dziwnego. Są ludzie, których nie interesuje nawet najbliższe otoczenie.

Znałem jednego takiego delikwenta, który mieszkał obok kasztanów, ale nie widział nigdy w życiu jak kwitną. Przyczyną tego był zapewne alkoholizm. Pił na okrągło, dopiero gdy poszedł na odwyk, przejrzał na oczy.  Myślę, że zjawiskiem, które widzieliśmy z moją dziewczyną, a później żoną, była prawdopodobnie zorza polarna.

fot nr.2 : Kwitnące kasztany – foto Zdzisław Kuliś

Następnym zjawiskiem, którym warto się podzielić z czytelnikami był obiekt niezidentyfikowany. Otóż jesienną porą  1990 roku, około trzydzieści lat od tamtego widziadła, kiedy to dwie moje córki były już zamężne i miały własne dzieci, a ja pracowałem w gminie w Kazimierzy Wielkiej, jedna z nich, wraz z zięciem, pojechała na miesiąc do Niemiec, do pracy przy zbieraniu jabłek. Dzieci pozostały pod opieką moją i mojej żony,  ponadto musiałem dopilnować tynkarzy, którzy kończyli tynki w dwóch pokojach nowo wybudowanego domu córki i zięcia. Ta robota  szła im jak „krew z nosa” i już myślałem, że  zastanie ich tam zima. Na domiar złego, zepsuła się betoniarka i nie było czym urobić zaprawy. Po dokonaniu  oględzin maszyny stwierdzili, że ,,coś się tam urwało i trzeba pospawać’’.  Dysponowali spawarką, więc postanowili to zrobić we własnym zakresie. Była noc, a dokładniej wieczór i tę czynność wykonywali w garażu. Ja byłem tam z nimi  i patrzyłem im na ręce,  jednak gdy jeden z nich zaczął spawać, musiałem wyjść na zewnątrz , aby chronić oczy. Wychodząc spojrzałem w niebo. – O, jaki piękny wieczór – westchnąłem, widząc na niebie miliony gwiazd. Zauważyłem jednak, że pomiędzy nimi coś się porusza i zatrzymałem na tym czymś wzrok. Był to jakiś dziwny obiekt, kierujący się z południa na północ – Może to samolot – pomyślałem, – ale nie, to jest za wielkie i ma zbyt dziwny kształt. Samolot poruszający się nocą widziałem nie raz, to zaś było całkiem inne i co najmniej dziwne.Jakiś niekształtny obiekt ze światłami szeroko rozstawionymi, tworzącymi jak gdyby wielokąt poruszający się niezbyt szybko, tak, że mogłem mu się dobrze przyjrzeć. Nic nie powiedziałem robotnikom, ponieważ nie chciałem przerywać im spawania, ponadto podejrzewałem, że zanim wyszliby na zewnątrz, pojazd zniknąłby z zasięgu naszych oczu. Nazajutrz opowiedziałem kolegom w gminie o tym, co widziałem poprzedniego dnia. Poruszyli ramionami, nikt nic nie widział, nikt niczego nie słyszał i tyle. Dopiero  kilka godzin później, gdy wziąłem świeżą gazetę do ręki, wtedy jeszcze kieleckie Słowo Ludu, niemal krzyknąłem: patrzcie tu jest o tym napisane!   Tytuł brzmiał: niezidentyfikowany obiekt nad Kielcami. To wszystko wyjaśniało, a ja cieszyłem się, że widziałem to samo i nic mi się nie przywidziało.


Natomiast to co opiszę w tym miejscu daje dużo do myślenia i zastanowienia się. Otóż, jak pisałem wyżej, w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, odbywało się we wsiach dużo zebrań, które obsługiwali pracownicy gromadzkiej rady. Wracając pewnego letniego wieczora wojewódzką drogą asfaltową Kazimierza Wielka – Proszowice do domu z zebrania w Słonowicach, zobaczyłem coś niezwykłego. Było ciepło, pogodnie, na drodze żadnego ruchu. Do domu miałem niespełna kilometr. Patrząc przed siebie, szedłem lewą stroną jezdni i rozmyślałem o wszystkim i niczym. Nagle zobaczyłem na asfalcie coś białego. Podszedłem bliżej i wyraźnie zobaczyłem Świętą rodzinę namalowaną na jezdni: Święty Józef i Matka Boża z Dzieciątkiem na ręku. – O Jezu – wyrwało mi się z piersi, – w imię ojca i syna i ducha świętego – zrobiłem znak krzyża,  szerokim łukiem obszedłem malowidło i poszedłem dalej. Po przejściu  paru kroków zobaczyłem  Matkę Bożą samą. Ten twór także obszedłem łukiem, po poboczu i  poszedłem dalej, zauważając po chwili przede mną świętych, namalowanych na asfalcie. Od wszystkich tych malowideł biła jasność bieli, wszystkie były bieluteńkie. Widzę je w mojej pamięci do dziś.

Ciąg dalszy nastąpi.  
Zdzisław Kuliś

DZIERŻAWA

Kiedyś, gdy siądę na skraju Nieba
I popatrzę z góry na ziemię,
Zapewne się nie rozczaruję,
Widząc to piękno oddane człowiekowi,
Którego żaden malarz nie wymaluje.

Te piękne góry, strzelające w obłoki,
Rozlane szeroko morza i jeziora,
Połączone licznymi rzekami,
Dużo drzew i roślinności różnej,
Wszystko to ozdobione kwiatami.

To piękno zostało dane
W dzierżawę człowiekowi,
Aby jemu przez wieki służyło,
A w zamian, by się nim opiekował.
Ale czy to warto było ?

Zdzisław Kuliś
Donosy, maj 2010

Historia - najnowsze informacje