czwartek, 21 listopada 2019 14:59

Historia pewnego zegara. Rozdział IX. Odcinek 38 : Czyny społeczne i Stan Wojenny

Autor Piotr Sosin
Historia pewnego zegara. Rozdział  IX. Odcinek 38 : Czyny społeczne i Stan Wojenny

My także jako gmina pomagaliśmy przy wykopkach, tym bardziej, że byliśmy bezpośrednio z rolnikami związani i znaliśmy ich potrzeby.

To była dopiero frajda. Ubrani w robocze stroje, w wyznaczonym dniu i pięknej pogodzie, ruszaliśmy do danego rolnika, aby mu pomóc, a jednocześnie zaczerpnąć świeżego powietrza, a i gimnastyki trochę też nam było potrzeba. Przeważnie pracowaliśmy przy wykopkach ziemniaków lub buraków cukrowych, których rolnicy na naszym terenie uprawiali dużo, chociażby dlatego, że mieliśmy w samym środku miasta Kazimierza Wielka zmodernizowaną i dobrze prosperującą cukrownię. Praca nasza przy wykopkach polegała na zbieraniu ziemniaków lub buraków do wiader lub innych naczyń i składowaniu na niewielkie kupki, które były ładowane na furmankę lub przyczepę traktorową, najczęściej wynajętą z Kółka Rolniczego. Czyli gospodarz we własnym zakresie wykopywał np. ziemniaki kopaczką tzw. gwiazdową, która ciągnięta przez konie lub traktor rzędami ziemniaków wprowadzała w ruch obrotowy przyrząd w którym były zamocowane pręty stalowe, a one na wysokich obrotach zagłębiając się w glebę wyrzucały na powierzchnię ziemniaki, które zbieraliśmy. Natomiast buraki wcześniej ogłowione były wyorywane specjalnym do tego celu radłem, a naszym zadaniem było ich zbieranie i składowanie na kupy lub bezpośrednio na furmankę lub przyczepę traktorową. Przed południem była przerwa śniadaniowa. Gospodarz lub gospodyni, jeśli takowa była, przynosili na pole świeży chleb, który smarowało się, również świeżutkim, żółciutkim masełkiem, a do tego plaster pachnącego białego sera. I kakao lub herbata, co kto wolał. Tak wzmocnieni smacznym posiłkiem kończyliśmy pracę w różnych godzinach, w zależności od obszaru uprawianych ziemniaków, czy buraków. Jeśli pomagaliśmy przy wykopkach ziemniaków, to na początku zapalane było ognisko. Drzewo do tego celu zwykle przygotował gospodarz. Kiedy ognisko się już dobrze rozpaliło i było dużo żaru, wkładaliśmy w niego, wybrane średniej wielkości ziemniaki, przyłożyliśmy trochę drzewa i ziemniaki wolniutko się piekły, a my pracowaliśmy. Zazwyczaj kosztowaliśmy je dopiero po skończonej pracy. Oj smaczne były one, szczególnie gdy doprawiło się je odrobiną soli, o której ktoś wcześniej pomyślał i przyniósł w maleńkim słoiczku. A po pracy wracaliśmy do naszego biura, do budynku na ulicy Kucybały, a obecnie Kościuszki, skąd rozjeżdżaliśmy się do swoich domów.

fot: nr 1. Bociany, symbol narodzin. (foto Zdzisław Kuliś)

W tym oto budynku zastał nas stan wojenny. Trzynastego grudnia 1981 roku obudziliśmy się w innej rzeczywistości. Do gmin wprowadzono komisarzy wojskowych, którzy tak naprawdę nie wiem jakie mieli zadanie i obowiązki, bo przecież to było objęte tajemnicą, ale według mnie to mieli nas i wszystkich innych pilnować, a jakby coś się działo powiadomić odpowiednie władze. Ten Pan w stopniu pułkownika, który u nas był komisarzem nazywał się Łoś. Ja z tym panem jak również i inni podrzędni pracownicy nie mieliśmy nic do czynienia. Kontakt stały utrzymywał natomiast z władzami gminy. Na długo przed stanem wojennym wprowadzone były w urzędzie gminy całodobowe dyżury. W czasie godzin pracy dyżurów nie było, ponieważ nie zachodziła potrzeba, bo wszyscy pracownicy byli w urzędzie. Dopiero od godziny piętnastej trzydzieści do godziny ósmej następnego dnia wyznaczona osoba pełniła dyżur w sekretariacie gminy. W zasadzie to nic się nie robiło. Siedziało się i oglądało  stary telewizor, który jak chciał, to coś pokazał albo powiedział, a jak nie chciał, to tyko szum i pasy można było zobaczyć. Był to telewizor kolorowy marki Rubin, z wyglądu nawet jaki taki, ale do użytku, to on się nie nadawał, najwyżej popsuć oglądającemu nerwy. Pewnego dnia wypadł mi dyżur w sobotę od godziny dwudziestej drugiej do godziny ósmej następnego dnia.

- Niedobrze, pomyślałem sobie, bo w tym dniu wieczorem mam iść na przyjęcie imieninowe do teściowej. Prosiłem władze, aby mi ten dyżur przesunięto, ale nie wyrazili zgody. W sobotę i w niedzielę niechętnie pracownicy pełnili dyżury. Po południu w tę sobotę od godziny piętnastej do dwudziestej drugiej miał dyżur kolega na co dzień urzędujący w pokoju naprzeciwko mojego. Więc poprosiłem: Rysiu może byś ciągnął ten dyżur do rana, a ja za ciebie wezmę w innym dniu. Trochę się zastanawiał, ale wreszcie się zgodził i z tym rozeszliśmy się. Wieczorem z żoną poszliśmy na przyjęcie, które wyżej wymieniłem i biesiadujemy jak najlepiej. Około godziny dwudziestej czwartej wróciliśmy do domu. Zaledwie weszliśmy, a tu telefon. Dzwoni Rysiek, że czeka na mnie i wygląda oknem, a ja nie przychodzę. Rysiu, przecież miałeś mnie zastąpić do rana, ja co tylko wszedłem do domu za próg, a do tego nie jestem bardzo sprawny. On zaczął wykładać swoje racje, że to miało być tylko na godzinę, a nie na całą noc. Jak nie przyjdę za pół godziny to on idzie do domu. Masz babo placek pomyślałem. No to dobra przyjadę ale za godzinę i masz tam siedzieć. Próbowałem trochę się przespać, ale cóż to jest godzina czasu na spanie. Wsiadłem do używanego fiata 125p , którego już wtenczas miałem i pojechałem pełnić pracowniczy obowiązek. Gdy tylko wszedłem Rysiek wziął aktówkę pod pachę i już go nie ma. Powiedział mi tylko, że nic się nie działo i tyle. Siedzę na tym dyżurze i siedzę i spać mi się chce. Oczy mi się kleją, a do rana jeszcze daleko. Co ja tu będę siedział na darmo i za darmo pomyślałem. Zsunąłem do siebie krzesła, pod spód położyłem pufy od foteli, przykryłem się jakimś płaszczem, który wisiał na wieszaku i położyłem się spać. Za jakiś czas słyszę kroki na korytarzu, wyraźne mocne kroki zbliżające się do moich drzwi. Wreszcie drzwi się otwierają i wchodzi dość dobrze zbudowany mężczyzna w mundurze. A to tak się dyżuruje, słyszę jego wyraźny wojskowy głos. Niewątpliwie był to Łoś. Zerwałem się na równe nogi i co? I nic. Nie ma nikogo. Zaświeciłem większe światło, też nikogo nie widzę. Wyszedłem na korytarz i wołam: Jest tam kto? Cisza jak makiem zasiał. Oświetliłem cały korytarz, schody, ale nie było nikogo. Pogasiłem na korytarzu i na schodach światła i wróciłem do swego pokoju, gdzie pełniłem dyżur. Posiedziałem trochę na krześle i położyłem się na swoim posłaniu, ale już do rana nie zasnąłem. Po przemyśleniu doszedłem do wniosku, że to był tylko sen.

W tym miejscu opowiem jeszcze jedną przygodę, ale nie sen, tylko prawdziwą przygodę jaka mnie spotkała w stanie wojennym. Otóż w tym czasie moja córka Jolanta była już mężatką i z mężem Edwardem i synkiem Norbertem zamieszkiwali w Dąbrowie Górniczej. Za niedługi czas po ogłoszeniu stanu wojennego niespodziewanie przyjechał zięć Edward, z czego się ucieszyłem, ale zastanowiło mnie to, że przyjechał tak bez zapowiedzi i pytam: Edziu coś się stało? Nie, nic się nie stało wszystko w porządku, tak sobie przyjechałem - odpowiedział. Była zima, siedzieliśmy w domu i rozmawialiśmy o różnych sprawach. Potem wyjął plik ulotek solidarnościowych i czytaliśmy je. Ja byłem ciekawy co tam piszą solidarnościowcy. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że mój zięć Edek należy do Solidarności.

fot: nr 2. Logo Solidarności. (foto Internet)

Ciąg dalszy nastąpi Zdzisław Kuliś

NARODZINY

Tak ładnie szumią drzewa,

W trawie wtórują świerszcze,

A jeszcze ładniej, gdy trzeba

Pocieszyć zranione serce.

Słońce już jasno świeci,

Z dala skowronek śpiewa,

A my, poważni faceci,

Liczymy na gwiazdkę z nieba.

Więc jeśli o gwiazdce mowa,

Niech nam umysły oświeci,

Skończmy te puste słowa

My, dorośli faceci.

Rozmaryn już się rozwija,

Róże kwitną pachnące,

A rozłożyste kaczeńce

Kwitną na chłopskiej łące.

Bocian krąży nad nami,

Rozwija skrzydła narodzin,

Nowy duch w nas wstępuje.

Nie wiecie, o co mi chodzi?

Zdzisław Kuliś

Historia - najnowsze informacje