czwartek, 31 grudnia 2020 19:38

Leon Krzeczunowicz – nieznany superbohater z Małopolski

Autor Mirosław Haładyj
Leon Krzeczunowicz – nieznany superbohater z Małopolski

Powstaje scenariusz filmowy o Leonie Krzeczunowiczu – nieznanym bohaterze polskiej konspiracji.

Jak zapewnia scenarzystka projektu Anna Mączka, w zamierzeniu „Misja Rolanda” nie ma być martyrologią, ale opowieścią o superbohaterze, który istniał naprawdę.

Filmów o tematyce niepodległościowej nie brakuje. Świadczy o tym choćby Festiwal Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci, na którym twórcy prezentowali filmy o takiej właśnie tematyce. Dzięki nim szerokie grono odbiorców może poznać sylwetki nieznanych wcześniej, albo zwyczajnie przemilczanych bohaterów z lat wojny i późniejszych. Rozumiem, że chciałaś, żeby o Leonie Krzeczunowiczu również usłyszano.
– Tak. Właśnie dlatego powstaje ten scenariusz. Leon Krzeczunowicz zauroczył mnie nie tylko odwagą i charakterem, ale również wielkim poczuciem humoru i niesamowitym refleksem i opanowaniem. Dzięki tym atutom doskonale radził sobie w ekstremalnych sytuacjach. Na przykład kiedy podczas wojny przyjechał z Małopolski do Warszawy w celach konspiracyjnych u wylotu jednej z ulic, którą szedł Leon, Niemcy zrobili łapankę. Polak podszedł do nich i w nienagannym języku niemieckim opowiedział jakiś dowcip. Esesmani zanosili się od śmiechu. Wśród nich była umundurowana Niemka. Poklepał ją po plecach i przeszedł z rejonu łapanki na drugą stronę ulicy. Leon Krzeczunowicz nigdy nie tracił zimnej krwi w trudnych sytuacjach. Tak było też wtedy, gdy jechał na spotkanie z kimś z AK umówionym w karczmie pod Wolbromiem.
Jego oryginalność widać było także w ubiorze, którym przyciągał uwagę, tych którzy go nie znali. Zimą nosił czarny kubrak podszyty kotami, czarne, oficerskie bryczesy i buty z ostrogami. Tak ubrany pewnego razu wszedł do gospody pełnej Niemców. I znów uratował go refleks i zimna krew. Zasalutował „Heil Hitler” po czym spokojnie opuścił karczmę. Tuż za drzwiami wskoczył na konia i ruszył stepem, aż się za nim kurzyło. Niebezpiecznych sytuacji, w których narażał swoje życie miał bardzo wiele, ale uchodził cało dzięki niezwykłym cechom swojego charakteru.

Nie boisz się „zmęczenia materiału” polskiej widowni? Tego, że widzowie mogą mieć dość takiej tematyki?
– Nie, gdyby tak było nie podejmowałabym się pracy nad scenariuszem. Mało tego, uważam, że produkcji filmowych poświęconych polskim bohaterom z czasów wojny nadal powstaje za mało. W Stanach Zjednoczonych, w Hollywood, producenci zabijaliby się o prawa do sfilmowania ich biografii.

No dobrze, ale kim tak naprawdę był Leon Krzeczunowicz? Jak go „odkryłaś”?
– Na jego ślad natrafiłam podczas realizowania cyklu reportaży historycznych dla jednej z małopolskich gmin. Jeden z nich miał być poświęcony Sieciechowicom. Zaintrygował mnie zniszczony dwór , który stał w centrum miejscowości. Zaczęłam poszukiwania jego właścicieli. Dotarłam do córki Stanisława Reya i Jadwigi z Branickich, Anny z Rejów Konstantynowej Potockiej. Była to pierwsza osoba , która opowiedziała mi o Leonie Krzeczunowiczu zarządcy sieciechowickiego majątku. Ta funkcja stanowiła doskonałą przykrywkę do jego prawdziwej działalności. Krzeczunowicz był Ormianinem, który musiał porzucić swój majątek w Jaryczowie zajętym przez Sowietów. W Sieciechowicach zbierał pieniądze od małopolskich ziemian na organizację paramilitarną „Tarcza”, zwaną potem„ Uprawa”, którą współtworzył. To właśnie dzięki środkom zebranym między innymi przez Leona mogło istnieć jakiekolwiek zaplecze finansowe dla małopolskiego AK. Pieniądze od ziemian ratowały także rodziny więzionych przez okupanta oficerów, pomagały wykupywać z łapanek Żydów i Polaków, zapewniały byt uciekinierom oraz poszukiwanym przez Niemców partyzantom i żołnierzom.

Poczucie humoru w sytuacjach ekstremalnych i męstwo to chyba jednak trochę za mało, żeby zostać bohaterem filmu fabularnego?
– Zgadza się. Jest coś jeszcze. To magia lub czar, który roztacza dana postać. Istnieje taki typ człowieka, którego się zapamiętuje. Wystarczy, że spotkamy go raz w życiu. Tak było właśnie z Leonem. Oczywiście, osobiście go nie spotkałam, bo zginął w 1944 roku w Gross Rosen, ale sposób w jakim opowiadała o nim hrabina Anna Potocka bardzo mnie zaciekawił. Już wtedy poczułam, że jest to wielka, niebanalna postać, tak naprawdę nie odkryta i nie doceniona przez historyków. Wszyscy, którzy wspominają Leona podkreślają, że był niesamowitym człowiekiem. Wacław Skarbek-Borowski, u którego zarządcą był piszący o Leonie Krzeczunowiczu Michał Żółtowski, cytując zdanie swojego znajomego o Leonie, pisze: „Miał temperament Węgra, spryt Ormianina, rozum Niemca, a serce Polaka”

To rzeczywiście nietypowa mieszanka.
– Tak i z tego powodu jest to dla mnie fascynująca postać, bo realna, nie wymyślona. Człowiek, który potrafi wygrywać. Stanowi pewne przeciwieństwo dla stereotypowego wyobrażenia polskiego bohatera, który ściśle łączy się z postawą romantyczną. Pokazuje, że można dokonywać wielkich czynów i nie „cierpieć” przy tym uciemiężenia, smutku. Nie być targanym wiecznymi rozterkami, niepokojami, dylematami moralnymi i egzystencjalnymi, tak, jak Konrad Wallenrod lub Kordian. Leon miał poczucie humoru, którym „rozbrajał” ludzi. Optymizm pomagał mu pokonywać wszelkie trudności. To u niego cenię. Z tego powodu moim zdaniem był nietypowym Polakiem.

Nie lubisz romantyków?
– Wręcz przeciwnie, kocham. Sama jestem romantyczką, choć to w dzisiejszych czasach zupełnie nie jest „trendy” i przyznam, że nie raz musiałam się z tym ukrywać. Krzeczunowicz nie mógł nie być romantykiem. Nie był to jednak romantyzm „rozdzierający szaty”. Gdy przejeżdżał przez Wiedeń ze swoja żoną podczas podróży poślubnej, przeczytał ogłoszenie, że ma się odbyć międzynarodowy bieg zjazdowy na nartach. Chcąc zaimponować swojej ukochanej postanowił wziąć udział w biegu. Oczywiście w ogóle nie brał pod uwagę faktu, że nie ma żadnych kompetencji. Postanowił naśladować ruchy swojego poprzednika. I tak zajął… dwunaste miejsce. Był naprawdę bardzo barwną postacią i ubolewam, że tak mało znaną.

Rzeczywiście, w szkole o nim nie usłyszymy.
– Najwięcej o Krzeczunowiczu można jedynie przeczytać w doskonałych książkach Michała Żółtowskiego, który znał Leona osobiście. Wspomina o nim posiłkując się lekturą Żółtowskiego jako jedyny z historyków dr Marcin Chorązki z krakowskiego IPN-u a także Kornel Krzeczunowicz w „Historii jednego rodu”. O istnieniu Leona Krzeczunowicza nie usłyszy na lekcjach nie tylko młodzież szkolna ani licealna, ale też i studenci historii.
Postać Krzeczunowicza moim zdaniem stanowczo wykracza poza schemat bohatera narodowego. Był człowiekiem z krwi i kości, potrafił dogadywać się z najbardziej krytyczną grupą wiekową: młodzieżą, która jest bardzo wymagającą wobec swoich ideałów. Potrafił ich zjednać, zmienić i pozyskać dla dobrej sprawy.
Jadwiga Reyówna córka właściciela Sieciechowic wspomina go zresztą tak: „ Leon był czymś w rodzaju świętego czy proroka. Od chwili, gdy ukazał się w Sieciechowicach, liczna młodzież ziemiańska w naszej okolicy odmieniła się jak od różdżki czarodziejskiej. Miejsce zabaw towarzyskich – nieraz pijaństwa – zajęła poważna praca zawodowa. Wesołość nie znikła, lecz stała się jakaś poważna, świadoma wyższych celów. Leona wszyscy uwielbiali. Poszli by za nim w ogień”. (K.Krzeczunowicz, „Historia jednego rodu…”, s. 132.)

Zastanawiam się, czy Leon Krzeczunowicz mógłby zostać kimś w rodzaju idola, autorytetu dla nas, współczesnych, a może i dla młodzieży?
– Z pewnością tak. Przeprowadziłam zresztą w szkole w Sieciechowicach pewien eksperyment. Wymyśliłam grę, w formie quizu dla młodzieży, poświęconą działalności Leona. Nie widziałam, żeby uczniowie się nudzili. Cieszyło mnie ich szczere zainteresowanie tą postacią. Nie mieli żadnego interesu, żeby udawać. Młodzież jest bardzo krytyczna więc bardzo ucieszyła mnie jej reakcja. Z tego co wiem ani młodzi ani starsi nie lubią kabotyństwa, udawania, pozy. Młodzież zresztą natychmiast wyczuje fałsz. Leon zawsze był sobą. Był przy tym skromny, nigdy nie przechwalał się sukcesami. Gdy o nich opowiadał to brzmiało to tak, jakby wszystko stało się przypadkiem. Co istotne był bardzo skromną osobą kochająca spartański tryb życia i sport. Wstawał o czwartej rano, zimą w siarczysty mróz biegał w swetrze by zachować krzepę.
Jak już wspomniałam Leon zdecydowanie wykracza poza schemat typowego bohatera narodowego. Oczywiście jest w nim też tragizm, ale to raczej tragizm sytuacji. Przez Niemców zostaje zatrzymany w sposób „banalny” na rogatkach Krakowa. Podczas rewizji w jego furmance żołnierze znajdują broń. Ten tragizm potęguje fakt, że Leon wtedy wybierał się po raz ostatni do Krakowa. Chciał pozamykać swoje sprawy w mieście, bo wiedział, że Niemcy go poszukują. Planował po tym ostatnim wyjeździe ukryć się w lesie u partyzantów. Jak zwykle zaryzykował, ale tym razem szczęście nie dopisało. Dla Niemców był tak cenny, że w jego sprawie nie pomogła nawet interwencja biskupa Sapiehy u okupantów w celu wykupienia więźnia. Leon poniósł śmierć męczeńską. Po wysłaniu z Gross Rosen do obozu koncentracyjnego w Dorze w Turyngii (w Niemczech) usiłował zbiec, lecz został schwytany i rozstrzelany. Wcześniej był katowany, ale jak można się domyśleć po braku aresztowań, nikogo nie wydał. Współwięźniowie w katowni przy ul. Pomorskiej a nawet strażnicy szanowali go za jego heroiczną i niezłomną postawę. Służba więzienna mówiła o nim „ Pułkownik” , a wśród kolegów z pryczy miał opinie świętego. Zamordowano go przed samym zamknięciem obozu 19 marca 1945 roku.

Jak pisze Ci się scenariusz o takiej postaci?
– Wbrew pozorom wcale nie łatwo. Ten człowiek prawie nie miał wad, mądrze podchodził do życia. Brał z niego garściami i nie przegrywał. Nie wspomniałam o wielkiej pasji Leona – jeździectwie. Kochał konie i został najlepszym jeźdźcem cywilnym w czasach Drugiej Rzeczypospolitej. Koledzy z „branży” mówili, że dokonał tego dzięki olbrzymiej pracy a nie talentowi. Po wybuchu wojny, gdy przekroczył trzydziestkę potrafił zostawić swoją pasję i oddać się bez reszty sprawom niepodległościowym.

Leon Krzeczunowicz na koniu Ekspres

Czego jeszcze brakuje do finalizacji scenariusza?
– Mile widziane są wszelkie relacje osób pamiętających Leona. Żółkiewski doskonale opisał tę postać, ale wciąż szukam świadków, zwłaszcza cenne są dla mnie informacje z działalności konspiracyjnej Leona w Małopolsce a także z lat dwudziestych, kiedy razem z przyszłą żoną Wandą Czaykowską brał udział w konkursach hipicznych. W tym miejscu chciałabym się zwrócić do internautów czytających ten wywiad. Będę wdzięczna za wszelkie informacje. Można je przesyłać na adres mailowy: info.leonkrzeczunowicz@gmail.com.

Dziękuję za ciekawą rozmowę i trzymam kciuki za to, żeby na podstawie scenariusza powstał film i znalazł się na dużych ekranach.
– Nie dziękuję żeby nie zapeszyć. Dla mnie największym sukcesem będzie spopularyzowanie tej cudownej postaci. Choćby z tego powodu, że jej mądrość życiowa się nie zdezaktualizowała, że może inspirować wielu młodych ludzi poszukujących swoich dróg w tych dziwnych, pokręconych czasach. Warto się nim inspirować.

Fot.: wiki.ormianie.pl

Historia

Historia - najnowsze informacje