Jednego prezydenta właśnie odwołali, a kandydaci na jego miejsce znów sypią obietnicami. Problem w tym, że część tych planów zależy od tej samej Rady Miasta, część od zmiany prawa albo od decyzji rządu. A czego chcą sami Krakowianie? Sprawdziliśmy ankiety, badania i to, co powiedzieli sami wyborcy po referendum.
W skrócie:
- W badaniach mieszkańców od lat wracają podobne problemy: korki, komunikacja, koszty życia, mieszkania i przestrzeń.
- Referendum pokazało, że Krakowianie chcieli zmiany, ale nie dało jednej odpowiedzi na pytanie, jakiego miasta oczekują.
- Coraz większe znaczenie mogą mieć bezpieczeństwo, najem krótkoterminowy i skutki masowej turystyki.
- W najnowszym sondażu Opinia24 aż 25,2 proc. badanych nadal nie wiedziało, na kogo zagłosuje.
Były obietnice, potem „ławki dialogu”. Kredyt skończył się wcześniej niż kadencja
Krakowianie obietnice już słyszeli. W kampanii 2024 roku Aleksander Miszalski przedstawił szeroki program zmian. Demagog wyodrębnił w nim 33 konkretne, możliwe do zweryfikowania deklaracje. Były wśród nich rozpoczęcie budowy metra, tysiąc mieszkań czynszowych, remont 2 tys. pustostanów, zwiększenie wydatków na transport zbiorowy, ale także nowe formy konsultacji i większy wpływ mieszkańców na decyzje miasta.
Już kilka miesięcy po wyborach o realizację programu zaczął pytać Jan Hoffman. Domagał się informacji o stanie realizacji wyborczych deklaracji Miszalskiego. Gdy nie otrzymał rzeczowej odpowiedzi, sprawa trafiła do sądu, któryprzyznał mu rację w sporze dotyczącym dostępu do informacji.
Później były „ławki dialogu” – jedna z wyborczych obietnic Miszalskiego. Prezydent jeździł po dzielnicach, a Krakowianie mówili wprost, czego naprawdę oczekują w swoim najbliższym otoczeniu: pytali o komunikację, parkingi, zieleń, bezpieczeństwo czy lokalne inwestycje. Z tych spotkań miały wynikać konkretne działania, a miasto na stronie wdobrymkierunku.krakow.pl publikowało później odpowiedzi na zgłoszone postulaty. Tyle że obok informacji o tym, co uda się zrobić, często pojawiały się także wyjaśnienia, dlaczego czegoś zrobić się nie da, nie ma na to pieniędzy, miasto nie dysponuje terenem albo nie jest w stanie wskazać terminu realizacji.
Krakowianie mieli więc okazję powiedzieć władzom, czego chcą. Wielu nie odczuło jednak, że ich postulaty rzeczywiście stały się zmianami w mieście. Oczywiście nie sposób uczciwie rozliczać programu rozpisanego na całą kadencję po niespełna dwóch latach. Tyle że mieszkańcy nie chcieli czekać na jej koniec. Czerwoną kartkę pokazali prezydentowi już w pierwszej połowie. 24 maja mieszkańcy odwołali Miszalskiego w referendum. Za jego odejściem zagłosowało 171 581 osób.
Dlaczego poszli do urn mimo apeli środowiska prezydenta, aby tego nie robić? Exit poll przeprowadzony w dniu referendum pokazał, że wyborcy głosowali z różnymi motywacjami. Najczęściej wymieniali SCT, następnie zadłużenie Krakowa, sposób zarządzania spółkami miejskimi i nepotyzm, rosnące koszty życia, ogólny kierunek rozwoju miasta oraz podwyżki cen biletów. Same niespełnione obietnice były wskazywane znacznie rzadziej.
Referendum dało więc bardzo wyraźne „nie” dla dotychczasowego sposobu zarządzania miastem. Nie dało natomiast gotowego programu następcy. I teraz kandydaci muszą przekonać Krakowian, że wiedzą, co powinno pojawić się po tym „nie”.
Nowy prezydent, stara Rada. To może boleć
Kandydaci znów obiecują. I trudno się temu dziwić – bez obietnic trudno prowadzić kampanię. Tyle że przy części z nich przydałaby się mała gwiazdka.
Bo Krakowianie odwołali prezydenta, ale nie odwołali Rady Miasta. Choć w referendum większość była za jej rozwiązaniem, o pozostawieniu rady zaważyła zbyt niska frekwencja. Rada została więc ta sama. Nowy prezydent nie dostanie więc czystej kartki. Będzie musiał współpracować z radnymi wybranymi w 2024 roku. A to ma znaczenie.
Najlepszym przykładem jest SCT, jeden z głównych tematów obecnej kampanii. Jedni kandydaci chcą jej likwidacji – jeśli prawo na to pozwoli – inni jej okrojenia albo napisania zasad od nowa. Tyle że przyszły prezydent nie będzie mógł zrobić tego sam. O kształcie strefy decyduje Rada Miasta, a dodatkowe ograniczenia wynikają z przepisów krajowych. Innymi słowy: część wyborczych zapowiedzi może pozostać na wiecach i plakatach, zamiast trafić do rejestru uchwał Rady Miasta Krakowa.
Podobnie jest z innymi deklaracjami. Opłata turystyczna? Kraków od lat o nią zabiega, ale potrzebne są odpowiednie przepisy krajowe. Najem krótkoterminowy? Tu również kluczowe regulacje powstają na poziomie państwa. Metro? Premier Donald Tusk zapowiedział program finansowania wart 10 mld euro i deklarował, że Kraków ma być traktowany priorytetowo. To ważna polityczna zapowiedź. Tyle że między deklaracją z kampanii a pieniędzmi na konkretną inwestycję jest jeszcze sporo etapów. Miszalski także rozpoczynał swoją prezydenturę z politycznym i rządowym zapleczem, a jednak jak podkreślali jego oponenci, wyborczych deklaracji o wsparciu "nie dowiózł".
Dlatego zanim zachwycimy się kolejną obietnicą, warto pytać nie tylko „co kandydat chce zrobić?”, ale również „czy naprawdę będzie mógł to zrobić?”.
Tyle kandydaci. A czego chcą mieszkańcy?
Co Krakowian boli najbardziej? Od lat odpowiedź jest podobna
Informacji mamy całkiem sporo. Trzeba tylko uważać, żeby nie wrzucać do jednego worka różnych form sprawdzania opinii Krakowian.
Otwarta ankieta pokazuje opinie osób, które zdecydowały się wziąć w niej udział. Badanie na reprezentatywnej próbie pozwala ostrożniej mówić o ogóle mieszkańców. Exit poll po referendum mówi z kolei tylko o tych, którzy faktycznie poszli głosować.
Najciekawsze jest to, że niezależnie od tego, w jaki sposób pytano mieszkańców, ciągle wracały te same problemy.
W kwietniu 2025 roku Biuro Badań Społecznych Obserwator przeprowadziło telefoniczne badanie na grupie 1805 dorosłych Krakowian. Respondentów dobrano tak, aby próba możliwie dobrze odzwierciedlała mieszkańców pod względem wieku, płci i dzielnicy.
I tu nie było większych wątpliwości, co boli najbardziej.
47,8 proc. badanych wskazało korki, remonty i utrudnienia w ruchu. Dalej były problemy z parkowaniem – 22,8 proc., potrzeba lepszej komunikacji – 22,5 proc., zanieczyszczenie powietrza i środowisko – 16,6 proc. oraz chaos przestrzenny i „betonoza” – 13,6 proc. Za mało zieleni wskazało 8,5 proc. badanych, a bezpieczeństwo – 5,9 proc.
Co ważne, problem z poruszaniem się po mieście nie pojawił się nagle. Wracał także w poprzednich edycjach badania. Bez względu na to, kto urzęduje w pałacyku przy placu Wszystkich Świętych i czy do pracy jeździ Lexusem, czy rowerem, Krakowianin nadal stoi w korku. I najwyraźniej ma tego dość.
Metro? Niekoniecznie. Ważniejszy rachunek za mieszkanie
Metro jest jednym z najbardziej efektownych tematów obecnej kampanii. Tyle że gdy mieszkańców co powinno być priorytetem władz miasta, metro wcale nie znalazło się na czele listy.
W reprezentatywnym sondażu przeprowadzonym w 2025 roku na grupie 750 mieszkańców budowę metra wskazało 14,21 proc. badanych. Ważniejsze były poprawa jakości chodników i ulic – 30,88 proc. oraz rozwój linii tramwajowych – 23,19 proc.
Do tego Krakowianie podchodzili do wielkich zapowiedzi z dużą rezerwą. Ponad 77 proc. badanych nie wierzyło, że budowa metra rozpocznie się w terminie zapowiadanym wówczas przez władze miasta.
Jeszcze bardziej przyziemną odpowiedź daje „Barometr Krakowski 2024”.
Gdy pytano mieszkańców o sprawy, które powinny być priorytetami władz miasta, pierwsze miejsce zajęły koszty życia – 42 proc. Dalej znalazły się czystość powietrza – 30 proc., parkingi – 22 proc., bezpieczeństwo – 19 proc., a następnie m.in. rynek pracy i łatwość przemieszczania się po mieście.
To nie są tematy, które efektownie wyglądają na wielkim billboardzie. Trudno przygotować spektakularną wizualizację wyborczą z hasła: „chcę płacić mniej za życie i spędzać mniej czasu w drodze”. Ale właśnie takie sprawy mieszkańcy odczuwają codziennie.
Nie tylko ławka przed blokiem. Krakowianie mają całkiem konkretną wizję miasta
Jeszcze świeższe dane przynosi tegoroczne badanie „Jaka przyszłość Krakowa?”, przygotowane podczas prac nad strategią rozwoju miasta.
Tu trzeba od razu zrobić ważne zastrzeżenie: nie był to reprezentatywny sondaż. Od 2 marca do 17 kwietnia internetową ankietę mógł wypełnić każdy zainteresowany. Zrobiły to 3464 osoby. To dużo, ale struktura uczestników wyraźnie różniła się od struktury całej populacji Krakowa.
Mimo to badanie dobrze pokazuje, czego oczekuje duża grupa osób aktywnie zainteresowanych przyszłością miasta. I właśnie tu obraz robi się szczególnie ciekawy.
Znów wraca transport i mobilność. Dalej są bezpieczeństwo, jakość przestrzeni i „miasto bliskie”, czyli takie, w którym większość codziennych spraw można załatwić możliwie blisko domu. Do tego środowisko i odpowiedzialne finanse.
Bardzo wyraźnie pojawia się też potrzeba ochrony istniejących terenów zielonych. Jednocześnie uczestnicy ankiety dostrzegają problem dostępności mieszkań. Czyli mieszkania – tak. Ale niekoniecznie za cenę zabudowania wszystkiego, co jeszcze zostało zielone.
Jeśli chodzi o kulturę, większość badanych wybierała mniejsze, lokalne wydarzenia zamiast wielkich imprez. Z kolei w relacjach z sąsiednimi gminami zdecydowanie najważniejszy okazał się transport metropolitalny.
Turyści są mile widziani. Ale czy wszędzie i za każdą cenę?
Przez lata sukces Krakowa mierzono m.in. kolejnymi rekordami liczby odwiedzających. Więcej turystów to więcej klientów restauracji i hoteli, miejsca pracy i pieniądze zostawiane w mieście.
Ale mieszkańcy Starego Miasta czy Kazimierza coraz częściej patrzą na ten sukces zupełnie inaczej. Kolejne mieszkania zamieniają się w apartamenty wynajmowane na doby, a nocny hałas i ruch turystyczny stają się jednym z powodów protestów i sporów o to, dla kogo właściwie jest centrum miasta.
W najnowszej miejskiej ankiecie dotyczącej przyszłości Krakowa pojawiały się właśnie takie postulaty jak ograniczanie negatywnych skutków turystyki, regulacja najmu krótkoterminowego czy opłata turystyczna.
Teraz temat dostał dodatkowe paliwo przez przygotowywane zmiany prawa. Do tego powróciła dyskusja o opłacie pobieranej od turystów, z której wpływy mogłyby pozostać w mieście. Przeciętnego mieszkańca nie musi interesować dokładna konstrukcja przepisów, rejestrów czy opłat. Pyta o to, czy w jego kamienicy da się normalnie mieszkać, czy nocą można spać i czy centrum Krakowa nadal jest także miejscem do życia, a nie tylko turystycznym produktem.
Czego więc chcą Krakowianie? Nie tyle mniej turystów, ile miasta, które lepiej radzi sobie ze skutkami turystyki i nie przerzuca ich na mieszkańców.
Bezpieczeństwo? Kampanię może zmienić jeden wieczór
W badaniu z 2025 roku bezpieczeństwo jako jeden z najważniejszych problemów Krakowa wskazało 5,9 proc. badanych. To wciąż dużo mniej niż korki, parkingi czy komunikację, ale temat był coraz częściej zauważany. Wystarczyły jednak dwa dramatyczne zdarzenia, żeby wrócił z zupełnie inną siłą.
Najpierw był brutalny napad zakończony śmiercią 36-latka. Potem tragedia na Solnej, gdzie zginęło małżeństwo, a ich ośmiomiesięczne dziecko zostało ranne. Wróciły pytania o kibolskie porachunki, nocne rajdy i o to, czy miasto wcześniej wystarczająco reagowało na sygnały o zagrożeniach. Temat szybko wszedł też do kampanii.
To pokazuje, jak szybko może zmienić się hierarchia problemów. Wystarczy jeden mocny impuls, by sprawa, która wcześniej była daleko na liście, przy urnie stała się dla części wyborców najważniejsza.
Kraków może wygrywać rankingi. Mieszkańcy chcą przede wszystkim normalnie w nim żyć
Jakie wnioski? Kraków może pojawiać się wysoko w międzynarodowych rankingach, przyciągać miliony turystów, inwestorów i studentów. Może budować metro, nowe linie tramwajowe i kolejne prestiżowe obiekty. Jednak ostatnich badań opinii mieszkańców nie wynika, aby najbardziej marzyli o mieście, którym można pochwalić się w folderze. Krakowianie mówią: „dajcie nam miasto, w którym da się normalnie żyć”.
Da się sprawnie dojechać do pracy. Zapłacić za mieszkanie. Wyjść z dzieckiem do parku. Bezpiecznie wrócić wieczorem do domu. Mieć sklep, szkołę, przychodnię i kulturę blisko siebie. I nie dowiadywać się o ważnej decyzji dotyczącej własnej ulicy dopiero wtedy, gdy wszystko jest już przesądzone.
Czego więc naprawdę chcą Krakowianie?
Nie da się mechanicznie zsumować kilku badań i stworzyć z nich „programu wyborczego Krakowian”. Są jednak sprawy, które pojawiają się tak często, że trudno je zignorować:
- sprawniej poruszać się po mieście – mniej czasu tracić w korkach i mieć dobrą komunikację;
- móc sobie pozwolić na życie w Krakowie – koszty życia i mieszkań nie mogą rosnąć bez końca;
- nie zabudować wszystkiego – chronić zieleń i rozsądniej planować przestrzeń;
- mieć pewność, że miejskie pieniądze są wydawane odpowiedzialnie;
- czuć się bezpiecznie na ulicach i drogach;
- ograniczać najbardziej uciążliwe skutki turystyki i najmu krótkoterminowego;
- mieć miasto przede wszystkim dla mieszkańców, nie tylko turystów, inwestorów i wielkich wydarzeń;
- być słuchanym przed podjęciem decyzji, a nie dopiero wtedy, gdy zaczyna się protest.
Kto ma naprawić Kraków? Co czwarty wciąż nie wie
W badaniach dość dobrze widać, co mieszkańców uwiera. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, komu chcą powierzyć naprawianie tych problemów. W najnowszym sondażu Opinia24 dla Polityki Insight 25,2 proc. badanych wciąż nie wiedziało, na kogo zagłosuje. To aż co czwarty.
Nie mamy za to reprezentatywnego badania, które odpowiadałoby na jeszcze prostsze pytanie: ilu Krakowian w ogóle wie, że 27 września odbędą się przedterminowe wybory prezydenta miasta?
Na ulicach pojawiają się plakaty. Kandydaci zbierają podpisy, organizują konferencje, nagrywają filmy i przedstawiają kolejne pomysły. Do Krakowa przyjeżdżają liderzy ogólnopolskich partii. Ale dla kogoś, kto lokalną polityką interesuje się tylko od czasu do czasu, to wciąż może nie być jasny sygnał, że za kilka tygodni znowu trzeba będzie pójść do urn.
Jest jeszcze drugi problem: czy mieszkańcy w ogóle będą chcieli głosować? Po doświadczeniu z Miszalskim kolejna długa lista obietnic może już nie wystarczyć.
Najważniejsze pytanie jest jednak inne: czy kandydaci naprawdę wiedzą, co dziś najbardziej boli Krakowian, czy tylko obiecują to, co dobrze wygląda na plakacie i dobrze brzmi na wiecu? I czy potrafią uczciwie powiedzieć, co da się zmienić od razu, co potrwa kilka lat, a czego w dwa lata po prostu zrobić się nie da?
Kraków właśnie przekonał się, że prezydenta można odwołać. Teraz trzeba jeszcze wybrać takiego, który nie tylko obiecuje, ale wie, co naprawdę trzeba naprawić – i potrafi uczciwie powiedzieć, ile to potrwa.


















