piątek, 15 kwietnia 2022 20:39

"Nie zapomnę smaku uroczystego niedzielnego śniadania." Święta na Powiślu Dąbrowskim

Autor Marzena Gitler
"Nie zapomnę smaku uroczystego niedzielnego śniadania." Święta na Powiślu Dąbrowskim

Każdy z nas marzy o najpiękniejszych świętach, ale nic nie przebije tych, które pamiętamy z dzieciństwa. Tych smaków, oczekiwania i radości. Na Powiślu oprócz tradycyjnych zwyczajów, znanych na każdej polskiej wsi, były też regionalne obrzędy, które przypominają członkinie Stowarzyszenia Klub Seniora „Sami Swoi” w Oleśnie oraz Dyskusyjnego Klubu Książki dla Dorosłych w tej miejscowości. Obydwa te kluby działają przy miejscowej Gminnej Bibliotece Publicznej.

Moja mama śp. Teofila Klich często powtarzała, że Święta Wielkanocne to wyjątkowy czas, w którym symboliczne obrzędy religijne, tradycja ludowa i wiosenny świat przyrody stanowią jedno - wspomina Wielkanoc Barbara Wesołowska.

- Wielki Tydzień zaczynał się od święcenia własnoręcznie zrobionych palm. Nasze były ozdobione kolorowymi kwiatami z bibuły, bukszpanem, puszystymi baziami, i żółtymi żonkilami. Po poświęceniu palm na sumie wbijało się jej fragmenty w rogi pól uprawnych. Jeszcze przed Wielką Sobotą zaczynaliśmy przygotowywać święconkę. Do niej przygotowywane były pisanki z wydmuszek jaj kurzych i gęsich, które gotowano w wywarze z łusek z cebuli dla koloru i ręcznie zdobiono. Moja mama piekła baranka z ciasta i zajączka, które oprócz jaj, miały główne miejsce w koszyku. Wszystko było udekorowane zielonym owsem i rzeżuchą.

Nie zapomnę smaku uroczystego niedzielnego śniadania, które było po rezurekcji – opowiada pani Barbara. - Na stole był żurek z chrzanem, jajkiem i kiełbasą ze święconki, do tego biała kiełbasa na ciepło. Zajadaliśmy się szynką wiejską wędzoną w jałowcowym dymie i własnoręcznie zrobionym pasztetem z królika. Ze słodkości były lukrowane baby drożdżowe, pascha i kołacze z serem, oraz serniki. Na pięknie udekorowanym zieleniną stole (bukszpan, narcyzy) nie mogło zabraknąć jaj w majonezie, również pięknie udekorowanych.

Chrześcijańskie symbole Wielkiej Nocy w moim domu dotyczyły przede wszystkim Wielkiej Soboty. Do południa tradycyjnie było święcenie koszyka. Zabieraliśmy do butelki wodę święconą, która stała przed drzwiami kościoła w dużej bali. Wieczorem przed kościołem rozpalano ognisko, skąd zabierano ogień i odpalano nim gromnice od paschału.

- Okres przedświąteczny sprzyja wspomnieniom, ja wrócę tu do lat 50- tych ubiegłego wieku - opowiada inna gospodyni z Gminy Olesno, Teresa Motyka. - Wychowywałam się w wielodzietnej rodzinie, te wczesne lata powojenne były bardzo trudne i biedne, więc oczekiwania na święta wyglądały zupełnie inaczej. Cały 40-dniowy Wielki Post był rzeczywiście postem bardzo przestrzeganym, nie było mowy o tym, żeby w tym czasie pokazało się mięso, wędlina czy nawet smalec w jadłospisie. Również nie można było się cieszyć, nucić piosenek czy podrygiwać tanecznie, więc po takim trudnym okresie, szczególnie dzieci wyczekiwały na te radosne święta.

- Prawie w każdym domu było świniobicie i wyjazdy do młyna po mąkę na wypieki. Babki, serniki, makowce musiały być na każdym świątecznym stole. Koszyki szykowane do święcenia w Wielką Sobotę były bardzo starannie pakowane, bo tylko to co było poświęcone można było jeść w Wielkanoc.

Utkwił mi w pamięci zwyczaj poranków Wielkanocnych, wtedy tatuś rano budził nas na rezurekcję śpiewem pieśni Wielkanocnej „Wesoły nam dziś dzień nastał…”, ale dla nas dzieci, najważniejszy był tylko ten wers:”…żywot nam się poprawi”, co dla nas oznaczało, że wreszcie będziemy się mogli objadać smakołykami – wspomina z uśmiechem. - Każdy wstawał z ochotą, bo po przyjściu z kościoła czekał zastawiony stół świąteczny, na którym najważniejszy był żurek biały z kiełbasą, boczkiem, jajkami i pyszny świeży chleb upieczony przez mamusię. Po takim jedzeniu nie można już było wcisnąć cokolwiek, a były jeszcze szynki, jajka na cztery sposoby, chrzan, buraczki, jakieś sałaty i oczywiście słodkie wypieki.

Nawet w tamtym okresie pogoda była stabilna, było ciepło i wiosennie. Był zwyczaj, że nowo kupione buty wiosenne można było założyć dopiero idąc ze święconką. Pamiętam jak szłam z rodzeństwem z koszykiem, w którym był cukrowy baranek. Okrywałam go serwetką, żeby mocno grzejące słonko nie roztopiło mi tego baranka. Za to w Poniedziałek Wielkanocny trzeba było mieć kilka zmian ubrania, bo Śmigus Dyngus królował i nie przepuścił nikomu.

Swoimi wspomnieniami dzieli się też Helena Szmyrko: - Święta Wielkanocne są okazją do spotkań w gronie przyjaciół i rodziny. Niosą świeży powiew wiosny, optymizm i nadzieję na pokonanie zła, ponieważ zwycięża dobro, miłość i prawda. Seniorzy preferują tradycyjne świętowanie w gronie rodzinnym. W moim rodzinnym domu wszystko zaczyna się od odnowy duchowej, czemu sprzyja udział w nabożeństwach i śpiewach wielkopostnych. Potem następuje czas domowych porządków, wymiatania kurzu, wpuszczaniu do mieszkania świeżego powietrza i nieśmiałych promieni słonecznych. Dzieci malują pisanki i pomagają w przystrojeniu domu młodymi baziami oraz przygotowaniu specjałów spożywczych, niestety ze szkodą dla naszego zdrowia, bo królują potrawy mięsne oraz słodkości – ale co tam! – śmieje się pani Helena.

- U nas w pierwszy dzień świąt do uroczystego śniadania zasiada ponad 20 osób samej najbliższej rodziny. Świętowanie zaczynamy od misągu czyli specjalnie przyrządzonej święconki. Każdy samodzielnie kroi na swój talerz to, co było dzień wcześniej święcone w kościele. Wszelkiego rodzaju wędliny: szynkę, kiełbasę, boczek kroi się w kosteczkę, dodaje się pokrojone także w kosteczkę jajko. Wszystko przyprawia się obficie tartymi buraczkami, chrzanem i śmietaną. Następnie należy wszystko dokładnie wymieszać i zjeść do ostatniego kęsa. Potem następują życzenia, rozmowy i delektowanie się smacznym jedzonkiem. Dzień mija na wspomnieniach, pogawędkach i radości ze wspólnego przebywania. Drugi dzień świąt przeznaczamy na spotkania z pozostałą rodziną i przyjaciółmi. Jeżeli pogoda dopisze, dzieci tradycyjnie korzystają ze śmigusa-dyngusa. Różnie te zabawy wyglądają, ważne, aby było bezpiecznie.

- Szczególnym wydarzeniem poprzedzającym Święta Wielkanocne w zamierzchłych już nieco czasach był zwyczaj chodzenia po wsi tak zwanych ,,cyprusiów’’ inaczej ,,zapuśników’’ - opowiada Renata Kinel.

- Były to grupy składające się głównie z dwóch mężczyzn, którzy chodzili od domu do domu. Jeden z nich przebrany za tzw. ,,babę’’ chodził z wielkim wiklinowym koszem, do którego zbierał podarowane od gospodarzy jajka, a drugi miał w rękach cepy (pierwsza wersja maszyny do młócenia zboża), zrobione własnoręcznie ze słomy. Jego zadaniem było pilnowanie kosza z jajkami i zarazem atakowanie przeciwnika. Takich grup zapuśniczych, wyruszających na podbój wioski w czasie dwóch dni poprzedzających środę popielcową było wiele, a każda z nich starała się być dominującą i zależało jej na tym, aby zebrać jak najwięcej jajek, które potem można było sprzedać w miejscowym sklepiku. Musieli oni odpowiednio zadbać ,,o swój wizerunek’’, aby zyskać litość i przychylność mieszkańców. Pomazani węglem, w poszarpanych ubraniach głośno wykrzykiwali: ,,obdarujcie jojecko, choć jedno jojecko”. W tym czasie w całej wiosce panowało wielkie, radosne poruszenie. Grupy te nie tylko przekrzykiwały się między sobą, ale również toczyły bójki, starając się wyeliminować rywali. Cała atrakcja polegała na tym, by cepami uderzać w kosz pełen jajek i tym samym pozbawić przeciwników ich zdobyczy. Ludzie chętnie obdarowywali zapuśników jajkami, gdyż traktowali to jako zwiastun szczęścia i dostatku oraz zapowiedź dobrych urodzajów . Odchodząc z odwiedzanego domu, w którym spotykali się z gościnnością domowników żegnali ich słowami: ,,Od dziś będę Pana Boga prosił, aby w tym domu nawet kogut jajka nosił’’.

fot: Dom Malarek w Zalipiu oraz Gminna Biblioteka Publiczna w Oleśnie

Dąbrowa Tarnowska - najnowsze informacje